poniedziałek, 7 stycznia 2019

Cz.Centkiewicz "Anaruk, chłopiec z Grenlandii", czyli lektura w sam raz do d...


Kiedy miałam 9-10 lat, zaczytywałam się książkami Aliny i Czesława Centkiewiczów.

Była to połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Zamierzchłe czasy, w których nie istniał internet i telefony komórkowe, by nie wspomnieć o konsolach. W telewizji dostępne były wyłącznie dwa kanały TVP, z umiarkowanie atrakcyjnym repertuarem. Egzotyczne kraje mogłam sobie co najwyżej pooglądać w programach Toniego Halika i Elżbiety Dzikowskiej, ewentualnie w czterotomowej Encyklopedii Powszechnej PWN, niezbędnym wyposażeniu biblioteczki każdej polskiej rodziny (tak, to były czasy, gdy wypadało mieć biblioteczkę, choćby w meblościance).

Książki Centkiewiczów, opisujące mroźne, skute lodem krainy i brnących przez nie dzielnych polarników, stanowiły wówczas pożywkę dla mojej dziecięcej wyobraźni, niezainfekowanej przez (nieistniejącą wtedy) imponującą komputerową grafikę i nieskażonej oglądaniem szeregu filmów z fantastycznymi efektami specjalnymi (pierwszy kinowy seans "Gwiezdnych wojen" dopiero mnie czekał).

Po upływie nieco ponad trzydziestu lat świat, nie tylko dziecięcy, wygląda zupełnie inaczej.
Wiedzą o tym wszyscy.
Wszyscy poza polską szkołą.

W polskiej szkole bowiem nadal lekturą dziewięcio- i dziesięciolatków (trzecio- i drugoklasistów, zależnie od decyzji nauczyciela) jest nader często, niezmiennie od wielu, wielu lat, „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”.



„Anaruk…” to książeczka napisana przez Czesława Centkiewicza w roku 1937, jakby nie patrzeć, ponad osiemdziesiąt lat temu.
W opatrzonym przyjazną okładką (autorstwa Joanny Rusinek) wydaniu z 2014 roku to ledwie nieco ponad 46 stron (jednak bitego druku, bez obrazków). 46 stron dziecięcej czytelniczej męki.

Męka to jednak uświęcona dążeniem do celów szlachetnych, w tym zwłaszcza do zdobycia wiedzy. Wydawca podkreśla wszak na odwrocie okładki, że to „opowieść o życiu, obyczajach i wierzeniach mieszkańców Grenlandii – Eskimosów.” Dorzuca, że „bohaterem utworu jest mały Eskimos od dzieciństwa nawykły do trudnej pracy myśliwego i egzystencji w warunkach polarnych”.
Niestety, nie dodaje, że wiedza jaką można zdobyć dzięki tej lekturze ma walor wyłącznie historyczny. Grenlandia tam opisana już bowiem w zasadzie nie istnieje, a zamieszkujące ją dzieci nie parają się bynajmniej myślistwem (użycie zwrotu „w zasadzie” służy zabezpieczeniu moich tyłów, na wypadek gdyby jednak moja internetowa wiedza okazała się być nie w pełni kompatybilna z rzeczywistością).

W poście, zamieszczonym kilka dni temu na fejsbuku, Dorota Trynks podzieliła się swoją rozpaczą, w jakiej pogrążyła się razem ze swoją córką, trafioną „Anarukiem…” jako lekturą.
Jej sprzeciw wzbudziła w szczególności konieczność zmierzenia się m.in. z opisami polowań na polarne zwierzęta. Ani ona, ani jej córka nie chcą bowiem czytać o zabijaniu fok, nie interesują ich tego rodzaju krwiste kawałki.
Jak zwykle w takich przypadkach głosy się podzieliły.
Byli tacy, którzy wyrazili zrozumienie dla jej postawy i tacy, którzy uznali, że przesadza i powinna „ochłonąć”. Bo przecież „nie można dzieciom tworzyć wyidealizowanego świata, gdzie wszyscy są piękni i młodzi i żyją długo i szczęśliwie”. A ponadto „ja to też czytałem. Nie płakałem i nie pamiętam, aby ktoś z mojej klasy się uskarżał.
Czyli jak zwykle.

Próbując znaleźć ucieczkę z tej drogi donikąd, zastanówmy się zatem po co są drugo- i trzecioklasistom lektury szkolne.

Najprościej będzie zajrzeć do obowiązującego w tym zakresie prawa, czyli stosownego rozporządzenia określającego tzw. podstawę programową. Obecnie jest to rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z 14 lutego 2017 roku o bardzo długiej nazwie, dostępne tutaj.
Stanowi ono m.in., że:

- „kształcenie ogólne w szkole podstawowej ma na celu formowanie u uczniów poczucia godności własnej osoby i szacunku dla godności innych osób”;

- „do zadań szkoły w zakresie edukacji wczesnoszkolnej należy planowa realizacja programu nauczania szanująca godność uczniów, ich naturalne indywidualne tempo rozwoju, wspierająca indywidualność, oryginalność, wzmacniająca poczucie wartości, zaspokajająca potrzebę poczucia sensu aktywności własnej i współdziałania w grupie”;

- „edukacja na tym etapie jest ukierunkowana na zaspokojenie naturalnych potrzeb rozwojowych ucznia. Szkoła respektuje podmiotowość ucznia w procesie budowania indywidualnej wiedzy oraz przechodzenia z wieku dziecięcego do okresu dorastania”;

- „ważne jest, aby zainteresować ucznia czytaniem na poziomie szkoły podstawowej. Uczeń powinien mieć zapewniony kontakt z książką, np. przez udział w zajęciach, na których czytane są na głos przez nauczycieli fragmenty lektur, lub udział w zajęciach prowadzonych w bibliotece szkolnej. W ten sposób rozwijane są kompetencje czytelnicze, które ukształtują nawyk czytania książek również w dorosłym życiu”.

Co istotne, w zakresie lektur w klasach I-III, rozporządzenie nie posługuje się żadną sztywną „listą lektur”, a podaje tylko „propozycję lektur do wspólnego i indywidualnego czytania”. Wśród proponowanych tam 24 tytułów nie ma jednak „Anaruka…”

Warto również dostrzec, że Minister Edukacji Narodowej oczekuje, że uczeń będzie „czytał samodzielnie wybrane książki”, nie zaznaczając zarazem, że mają być to książki wybrane przez nauczyciela.
Ba, użyte w innym miejscu sformułowanie, że taki uczeń będzie „słuchał z uwagą lektur i innych tekstów czytanych przez nauczyciela, uczniów i inne osoby” sugeruje nawet, że dopuszczalne, a wręcz pożądane jest wspólne czytanie fragmentów książek w klasie, podczas lekcji.

Czemu zatem w realiach polskiej szkoły w XXI wieku to – co do zasady (przypominam: zabezpieczam sobie tyły, dopuszczając możliwość istnienia wyjątków) nauczyciel samodzielnie i odgórnie wybiera uczniom lektury do obowiązkowego przeczytania w ściśle określonym czasie?
Czemu w polskiej szkole w roku 2019 dzieci muszą czytać lektury samodzielnie w całości w domu, pod groźbą niezaliczenia „testu z lektury”?
Czemu w polskiej szkole uczeń nie może powiedzieć nauczycielowi, że wybrana przez niego książka mu się nie podoba, bo jest dla niego za trudna, albo wzbudza złe emocje? Czemu nie może zaproponować przeczytania w zamian innej książki, o zbliżonej tematyce?
Dlaczego?

Bo nie.
Bo dziecko w tym wieku ma „ćwiczyć samodzielne czytanie”.
Bo wszystkie dzieci od wielu lat czytają tę książkę i wszystkim się podoba, więc ma nie wydziwiać.
Bo niech nie przesadza z tą nadwrażliwością. Ogląda kreskówki i żyje? Więc tę książkę też przeczyta i przeżyje.

Jak to szło?
Respektuje podmiotowość ucznia.
Szanuje jego godność i indywidualne tempo rozwoju.
Albo jakoś tak.
Pitu-pitu, bez znaczenia.

Wróćmy jednak do „Anaruka…”.
Który – mimo całej mojej sympatii do Centkiewiczów – nie jest moim zdaniem dobrym pomysłem na lekturę dla współczesnych trzecioklasistów.

Po pierwsze, to książka napisana językiem – z punktu widzenia dzisiejszego dziesięciolatka - przeraźliwie nudnym. Niewiele się w niej dzieje, a nawet jeśli się dzieje, to jest opisane w sposób wywołujący samoczynne ziewanie. Wątpiących odsyłam do tego posta, w którym jedna z blogerek (dodam, że matka-wielce-czytająca-a-nawet-pracująca-w-wydawnictwie) opisuje udrękę swojego syna (a przy okazji i własną), zmuszonego do przeczytania tej książki.

Czy dziecko, które zostanie przymuszone do przeczytania kilkudziesięciu nudnych stron, dlatego, że jeśli nie przeczyta, to będzie kara (czyli zła ocena), będzie kojarzyło czytanie z czymś przyjemnym? Czy „rozbudzi to u niego zamiłowanie do czytania” oraz będzie działaniem „sprzyjające zwiększeniu jego  aktywności czytelniczej”? Czy „ukształtuje postawę dojrzałego i odpowiedzialnego czytelnika, przygotowanego do otwartego dialogu z dziełem literackim”? (tak, to wszystko to cytaty z przywołanego wcześniej rozporządzenia) Śmiem wątpić.

Po drugie, dlatego, że poznawcze walory tej książki są wątpliwe. Jest ona uważana za rodzaj reportażu – cóż, kiedy, jak się wydaje (podkreślę: tak mi się wydaje, to wyłącznie mój pogląd, oparty o taki research, jaki byłam w stanie zrobić na potrzeby tego posta), Centkiewicz napisał ją, bazując na cudzych opowieściach, sam nigdy w owym czasie na Grenlandii nie będąc.


Wspominałam już, że uwielbiałam książki Centkiewiczów, prawda? Czytałam w związku z tym również autobiograficzną powieść Czesława Centkiewicza „Wyspy mgieł i wichrów”, w której opisuje on swoje polarnicze wyprawy w latach 30-tych. Był wówczas dwukrotnie na Wyspie Niedźwiedziej, na Grenlandii jednak ani razu, a już na pewno nie spędził tam – jak narrator książki – całego roku polarnego. Skąd więc opowieść o Anaruku?
Może autor opierał się na opowieściach jednego ze swoich kolegów, z którymi spędził na Wyspie Niedźwiedziej kilkaset dni (niektórzy z nich byli na Grenlandii)?
A może, co mi wydaje się bardziej prawdopodobne, wykorzystał przeżycia Fridtjofa Nansena, który istotnie, pod koniec XIX wieku zimował w Grenlandii, mieszkając razem z jej mieszkańcami i przyglądając się ich zwyczajom. Opisał je nawet w jednej ze swoich książek, przetłumaczonej dość szybko na język polski. Centkiewicz z pewnością ją znał.

W takiej sytuacji „Anaruk…” nie jest jednak ani reportażem, ani „opowiadaniem, z którego bohaterem nadal mogą identyfikować się młodzi czytelnicy” (jak entuzjastycznie stwierdza jedna z jego recenzentek).  
Oczywiście, mimo to można by wykorzystać go twórczo w czasie lekcji.
Można by, ale czy aby jednak na pewno tak się dzieje?

Czy przypadkiem nie jest tak, że dziewięcio- i dziesięciolatki, pozostawione same z lekturą (przecież muszą doskonalić samodzielne czytanie), już na zawsze pozostaną z pierwszym skojarzeniem: Eskimos = straszny głuptas, który je mydło, a wyrzuca czekoladę (proszę sprawdzić recenzje w internecie) i który nie umie liczyć więcej niż do dwudziestu (że zacytuję Centkiewicza: „tylko bardzo niewielu Eskimosów, specjalnie zdolnych do rachunków, umie liczyć ponad dwadzieścia. Biorą wtedy do pomocy ręce i nogi innego człowieka”)?
Hm, a czy nie było to tak, że szkoła ma formować w uczniach „poczucie szacunku dla godności innych osób”?

Po trzecie, jednak, i chyba najgorsze.
Polska szkoła A.D. 2019 poprzez lekturę „Anaruka…” uczy polskie dzieci brzydkich eskimoskich wyrazów.
Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment książki „Nie mieszkam w igloo” autorstwa Adama Jarniewskiego, Polaka, od 2006 roku mieszkającego na Grenlandii (cytat dzięki uprzejmości autora, jego blog dostępny tutaj):

Słowo anaruk to dość dziwne złożenie, składające się z czasownika „srać” w trybie rozkazującym oraz zaimka rzeczowego „to”, co daje rezultat w postaci nieszczęsnego „sraj to”.

Co proszę potraktować jako puentę. 

Czesław Centkiewicz „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”. Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

21 komentarzy:

  1. Celnie to ujęłaś! :-) Nic dodać, nic ująć... Dodam tylko, że wiem dlaczego często nauczyciel wybiera tę a nie inną książkę. Bo takie właśnie w dużej ilości są w szkolnej bibliotece i do tej a nie innej książki nauczyciel ma tzw. skrypty, testy, zadania potrzebne do przygotowania lekcji.
    Pocieszam Cię jednak, że nie wszyscy tak pracują i nie wszystkie dzieci nauczyciele męczą Anarukiem. Moi synowie na szczęście go nie poznali. Ja jednak "Zachęcona" wpisem przypomnę sobie moją lekturę z dawnych lat....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, dodać to ja bym mogła jeszcze wiele. Niestety niewiele dobrego.
      Przyczyny powszechnego sięgania po Anaruka postrzegam podobnie jak Ty. Najgorsze jest jednak w tym to, że - i nie przypuszczam, aby się myliła - wszystkim się wydaje, że tak musi być. Ani nauczyciele, ani rodzice nie znają obowiązującego prawa i nie mają ochoty, by je poznać. A tymczasem tylko stosując się do przepisów prawa oświatowego i traktując jako nadrzędne zapisane tam szczytne idee, można by już teraz zrobić wiele dobrego, nie czekając na kolejną, od wielu lat niezmiennie tak samo mającą gdzieś dobro dzieci, Dobrą Zmianę.
      I, owszem, jedno z dwóch moich dzieci też nie "przerabiało" Anaruka. Marna to jednak pociecha, gdy rozejrzysz się w internecie. Nie zaryzykowałabym twierdzenia, że szkoły, w których jest on lekturą są w mniejszości.

      Usuń
    2. Dwojga, dwojga dzieci, uch. Na swoje uzasadnienie dodam, że ciągnąca się od kilku nocy bezsenność zaczyna mi padać na mózg:(

      Usuń
    3. A nawet usprawiedliwienie:D Muszę przestać się pogrążać, bo mi resztę czytelników stąd wymiecie!

      Usuń
  2. Ja tam próby zainteresowania czytaniem podejmuję od maleńkości, na własną rękę. Starszy poszedł na swoje i choć od książki odciąga go każda z rzeczy, o której piszesz wyżej, to jednak widzę, że czyta. Młodszy też został zainteresowany czytaniem, ale ... przeze mnie :P Co najciekawsze, nie narzekam na taki stan rzeczy. Mało tego, Młodszy pojechał na narty, a mnie brakuje wieczornych seansików jak diabli :(
    A lektury? 13latek musiał ostatnio przebrnąć przez "Latarnika". Wyglądało to trochę mniej dramatycznie jak we wpisie z linku, ale jednak bez rewelacji. A to przecież też cienizna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ale tu trochę nie o to chodzi. Jasne, rodzic ma swoją pracę do wykonania (aczkolwiek nasz przykład pokazuje, że są przypadki beznadziejne i rodzic równie dobrze mógłby sobie grochem o ścianę porzucać), ale jeśli mamy w ustawie zapisane tak szczytne cele, którym ma służyć czytanie książek w szkole, to fajnie byłoby, aby to szkoła - a nie rodzice - je realizowali. Marzyłoby mi się, aby po takim poście jak mój choć jedna osoba zainteresowała się przepisami i zadała nauczycielowi swojego dziecka kilka pytań. Nie dziś i nie jutro, ale może za rok choć w jednej klasie coś się wtedy zmieni?
      A jeśli chodzi o czytelnictwo domowe, to u nas tak samo. Czytanie z mamusią, jak najbardziej (mamusia, owszem, chętnie:P). Samodzielne? Eeeee, nudy. Mamię go teraz założeniem mu konta na LC i reklamuję jak to będzie fajnie. Myśli... Póki co założyłam mu u siebie półkę. Na razie zbiera się na niej kurz, niestety.

      "Latarnik" przeszedł u nas bez większego echa. Po "Balladynie" wszystko Starszemu wchodzi lepiej:D Każdy ma inne preferencje. Dziś np. koleżanka opowiadała, że jej szóstoklasista (czytający) rwał włosy nad czytaną (w ramach lektury, a jakże!) "Kłamczuchą".

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że wiem. Ale wiem też, że te wszystkie ładne hasła są zazwyczaj ładne tylko na papierze. Wyobraź sobie, że masz 30tkę indywidualnych gustów i musisz dobrać im lekturę, która porwie całą grupę. Ja się nie podejmuję. Nawet jak wyciągniesz zamiast Anaruka Pottera, to i tak z tej 30tki co najmniej 1/3 będzie niezadowolona. Bo straszny, bo to, bo tamto. Dodatkowo sama widzisz i ja widzę, że nawet praca u podstaw daje czasem marne rezultaty, a przecież pracujemy 1 do 1 (no, do dwóch) :) Poza tym ilu ludzi, tyle pomysłów na kanon, co się zawsze okazuje, kiedy ten kanom jest zmieniany. Przydałby się złoty środek, ale czy w obecnej szkolnej rzeczywistości jest do zrealizowania?
      Starszy łyknął "Zemstę", a "Latarnikiem" już ciskał po kątach. Zrozumiesz?

      Usuń
    3. No widzisz Bazylu, a napisałam przecież, że nawet z przepisów nie wynika, że to Ty lub ja (zakładając, że jesteś/jestem nauczycielem) masz/mam wybrać tej trzydziestce lekturę. W klasach I-III (bo dalej jest gorzej, wiem) wystarczy czytać przepisy ze zrozumieniem i będzie ok, nawet w obecnej szkolnej rzeczywistości. Ale to wymaga pracy nad sobą, przełamania schematyzmu w myśleniu. To trudne, bo nam kładziono do głów co innego i nie jest łatwo wyrzucić z siebie to, co się zdążyło już zakorzenić.
      Jestem jednak pewna, że jeśli przez trzy pierwsze lata mądry nauczyciel pracowałby z dziećmi w taki sposób, że pokazywałby im możliwości, zaciekawiał fragmentami świetnych książek, a nawet mniej świetnych, bo nawet takim Anarukiem da się zaciekawić, jeśli weźmie go w ręce mądry pedagog (napisałam to i to wcale nie jest z mojej strony ściema), to potem dzieciom byłoby prościej zmierzyć się nawet z tym upiornym kanonem. Z którego jedna książka podejdzie, a druga nie. Jednemu ta, druga inna. Rozumiem w pełni.

      Usuń
    4. Ba, żeby to było tak proste jak przełamanie schematyzmu we _własnym_ myśleniu. System mieli niestety nie tylko maluczkich, ale i niepokornych, bo za takich uznawani są rewolucjoniści w skostniałym myśleniu. A większość nie chce być zmielona. A dzieci? Jakoś przeżyją. Jak zawsze :(

      Usuń
  3. Z biegiem lat będzie lepiej, w starszych klasach by nie męczyć dziatwy szkolnej lekturą są tylko fragmenty Odysei, Pieśni o Rolandzie, Tristana i Izoldy, Cierpień młodego Wertera, Procesu, Ferdydurke, Chłopów itd., itd. Efekty już są - studentka V roku zgadywała (!) kto jest autorem "Syzyfowych prac" i nie trafiła. Ale co się dziwić, to takie nudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale studentka V roku czego? Polonistyki? Bo jeśli nie, to nie widzę problemu. Klasyczne wykształcenie dobre było parę dekad temu. Ja wiem, że rozwiązanie gazetowego quizu o klasyce z wynikiem 14/14 daje nam +10 do ego, ale czasy się niestety zmieniają i ludzie zamiast szerokiego spektrum wiedzy wszelakiej wybierają wąską specjalizację. Czy to dobrze, nie mnie sądzić, ale tak właśnie wygląda współczesny świat :P

      Usuń
    2. Prawa. Ja widzę problem. Oczywiście, można nawet twierdzić, że Ziemia jest płaska bo w końcu do czego nam potrzebna jest wiedza o jej kształcie, albo o tym, że obraca się wokół Słońca, albo o dacie wybuchu II wojny światowej, itp., itd. Wąska specjalizacja, powiadasz, bo czasy się zmieniają... Jak wąska?

      Usuń
    3. Myślę, że to już zależy od indywidualnych potrzeb danej jednostki. Jestem w stanie zrozumieć, że można nie wiedzieć czyim marszałkiem był Dyndalski (oryginalne pytanie z 1 z 10) i cieszyć się życiem, mało tego, być wybitnym specjalistą w jakiejś dziedzinie :) To może odbiję piłeczkę, a jak szeroka powinna być wiedza ogólna człowieka z wyższym wykształceniem, żeby nie było siary? :P

      Usuń
    4. Oczywiście, można wielu rzeczy nie wiedzieć, nawet tego kim była Kopernik, że nawiążę do klasyka i cieszyć się życiem. Ale naprawdę sądzisz, że czasy, które ciągle się przecież zmieniają są wyjaśnieniem dla ignorancji i głupoty? :-) Odpowiadając na Twoje pytanie, zakładam że na oczywiście poziomie ogólności humanista będzie znał liczbę pi do drugiego miejsca po przecinku, wiedział kim był Einstein i jaki jest pierwiastek kwadratowy z 9, zaś inżynier będzie odróżniał Iliadę od Odysei, wiedział że Kraszewski napisał Starą baśń a Sienkiewicz Quo vadis a nie Chłopów. Będąc realistą, ezoteryczną wiedzę o tym, o co chodzi z O cichy jestem jak wy! o Atrydzi nie mówiąc już o Arma virumque cano, Troiae qui primus ab ori pozostawiam klerkom :-)

      Usuń
    5. O, jak pięknie sobie podyskutowaliście, bardzo się cieszę, naprawdę!:D
      Marlow, niestety biorę stronę Bazyla. Ale Twoje stanowisko rozumiem, choć już, z naciskiem na to "już" właśnie, nie podzielam.
      Jeszcze niedawno też wydawało mi się, że pewne rzeczy "trzeba" wiedzieć, I że każdy powinien je wiedzieć. Teraz uważam, że przykładamy do tego za dużą wagę. To wiedza encyklopedyczna, ważniejsze są realne kompetencje. Tak twarde, jak i miękkie.
      W opisanym przez Ciebie przypadku studentki zastanowiłabym się raczej nad tym, dlaczego historia Borowicza ("przerobiona" wszak przez nią z pewnością jako lektura obowiązkowa) nie zostawiła żadnych śladów w jej pamięci. Co zaszwankowało? Ja mam parę pomysłów, między innymi dlatego, że w tym roku czytał tę książkę, jako lekturę, mój syn. Z tego co mówił, wynika, że w jego klasie przeczytał ją tylko on i jeszcze jedna osoba; reszta poprzestała na streszczeniach i/lub filmie. On przeczytał ją zaś wyłącznie dlatego, że gdy po pierwszym rozdziale zamierzał ją rzucić w kąt, zaczęłam z nim o tej książce rozmawiać, osadzając ją w kontekście, zwracając uwagę na różne rzeczy, których on nie dostrzegł samodzielnie. W efekcie wkręcił się w lekturę, a po zakończeniu stwierdził, że było to nawet niezłe. Dodam, że nie lubię Żeromskiego, ale mimo to wykonałam pracę, którą powinna wykonać szkoła.
      Żyjemy w takiej a nie innej rzeczywistości i można się albo na nią obrażać i bulwersować, albo przyjąć do wiadomości, że istnieje i starać się w niej zafunkcjonować, pokazując, że da się ją rozszerzyć.
      A dla dopełnienia obrazu sodomki z gomorką dodam, że jestem bliska nie zauważania błędów ortograficznych, o ile wypowiedź ma sens:D

      Usuń
    6. A może nawet niezauważania, kto wie?:P

      Usuń
    7. Momarto, ależ doskonalę zdaję sobie sprawę z tego, że model który przedstawia Bazyl jest w natarciu, do niego należy przyszłość i zmiana tego stanu przypomina zawracanie Wisły kijem. Tyle, że chodzi mi o coś innego - odejście od etosu inteligencji, nie przekłada się na wąską specjalizację ale na bylejakość. Jeśli ktoś nie ma pojęcia o muzyce klasycznej, jazzie ,etc. a kwintesencją muzyki jest dla niego disco-polo, to nie ma przecież w tym żadnej wąskiej specjalizacji ale wyłącznie poddanie się dominacji chłamu. Jak ktoś, kto nie ma pojęcia o kanonie literatury może kompetentnie wypowiadać się o literaturze, itd., itp.? I tylko o to mi chodziło - to że jednak się wypowiada a jego wypowiedzi przez innych, podobnie "niezorientowanych" są odbierane jak wyrocznie to już zupełnie inna sprawa i temu nie przeczę :-)

      Usuń
    8. Hm, nie do końca rozumiem w kontekście wcześniejszych wypowiedzi. Ta pani studentka, o której wspomniałeś, prowadzi blog o literaturze, poświęcony książkom kanał na YT, ewentualnie zajmuje się inną tego rodzaju działalnością, występując w roli autorytetu?
      A co do reszty. Postrzegam to podobnie, choć inaczej:D Dzięki internetowi mamy dostęp do nieograniczonej wręcz liczby informacji, udostępnianych przez każdego, w związku z czym coraz mniejsze znaczenie zaczyna odgrywać posiadanie encyklopedycznej wiedzy (np. o tym kto napisał "Syzyfowe prace":P), a coraz większe - umiejętność krytycznego podchodzenia do podawanych danych i ich weryfikowania. Tego powinny być uczone dzieci w szkole, a nie są. I jasne, takie umiejętności zdobywa się także dzięki czytaniu, które rozwija umysł i wyobraźnię. Ale człowiek idzie na łatwiznę, woli to, co ma podane gotowe na tacy. Np. przez youtuberów. Mam takiego jednego, z jakąś wstrząsającą liczbą subskrypcji, na swoim osiedlu. Obejrzałam kilka filmów - kompletny, z przeproszeniem, idiota (jakbyś był zainteresowany, proszę: https://www.youtube.com/channel/UC4uocvXN4aPFQG6paBaMb1A). Jednak nie dla 10-12-latków, którzy snują się hordami w okolicach jego domu, spijając każde słowo z jego ust i jarając się możliwością dotknięcia maski jego samochodu (starsi też są, ale ta grupa wiekowa rzuca się w oczy, moje własne dziecko drży, gdy go widzi). Oni wolą obejrzeć tysiąc filmików zrealizowanych przez swojego idola, niż przeczytać dwie strony książki, jakiejkolwiek. A przecież chodzą do szkół, gdzie o youtuberach nie uczą, natomiast zmusza się ich do czytania. Jak dla mnie to wystarczający dowód na to, że obecny model lekturowy jest przeciwskuteczny, jeśli chodzi o zachęcanie do czytania. Trzeba zacząć myśleć całkiem inaczej. A na początek zacząć stosować ze zrozumieniem przepisy, przywołane przeze mnie w poście.

      Usuń
    9. Dyskusję z Bazylem (korzystając z chwili Twojej nieuwagi) zeszła na alternatywę (jak rozumiem) - kanon inteligenta vs. wąska specjalizacja, która moim zdaniem jest fałszywa. Studentka nie prowadzi (o ile mi wiadomo) bloga o literaturze ale to niczego nie tłumaczy, tak jak nie tłumaczy odpowiedzi na pytanie czy mieli w szkole "Jądro ciemności"? - a to coś z fizyki? (to już ktoś inny), albo rozbrajającego wyznania absolwentki filologii polskiej, że nie słyszała o "Żywych kamieniach" Berenta (to tak a propos wąskiej specjalizacji). Internet jest tylko medium - kiedyś trzeba było sięgnąć do papierowej encyklopedii, dzisiaj wystarczy kilka kliknięć. Zgadzam się, że obecny model jest - ja bym powiedział mało atrakcyjny, ale przecież jakimś cudem w czytelniczym obiegu są "ramotki" znacznie starsze niż nieszczęśni Centkiewiczowie (za którymi sam nie przepadałem) i mają się całkiem dobrze.

      Usuń
    10. Z jednej strony mam jakąś 60 procentową skuteczność w 1 z 10 (wiedza encyklopedyczna, o której mówi momarta), z drugiej nie znam Berenta. Koło inteligenta nie wiem czy stałem. No i piszę o książkach (w większości chłamie, wg Twoich norm), nie mając pojęcia o kanonie (przyjmijmy dla ułatwienia, że chodzi o jakiś encyklopedyczny kanon w stylu "Sto najwybitniejszych ..."). Nie lubię disco polo (italo disco zresztą też nie), ale nie mam pojęcia o jazzie (no, chyba że mówimy o pojęciu w rozumieniu "Podoba mi się Herbie Hancock"). :P Wychodzi mi z tego równania jakiś ćwiercinteligent z aspiracjami. I może coś w tym jest :D

      Usuń
    11. To ja dla równowagi stanę po stronie Marlowa i jego kanonu inteligenta. Choć mnie nie tylko o ten kanon chodzi, ale i swego rodzaju wspólny kod kulturowy, który zanika.
      A co do tego,że jest internet i wszystko można sobie znaleźć, to przecież też trzeba wiedzieć, czego się szuka ;) i po co.

      A jeśli chodzi o same lektury, to może być tak, że biblioteka szkolna 'rządzi' i 'dzieli' i tego się nie przeskoczy bez jej dofinansowania oraz może zaproponowania paniom listy ;) Ale też może być tak, że panie są już przyzwyczajone do jakiejś lektury i zwyczajnie nie chce im się poznawać nowych, czego nie usprawiedliwiam.

      Usuń