niedziela, 1 października 2017

P. Ripp "Uczyć się z pasją", czyli zderzenie ze ścianą

„… gdy już miałam w ręku nauczycielski dyplom i swój pierwszy etat, poszłam ścieżką wyznaczoną przez tradycyjne reguły tego zawodu. Nauczyciel jest po to, żeby oceniać, nagradzać, wyciągać konsekwencje, gdy uczniowie nie odrabiają zadań domowych. Nauczyciel gada i gada, mając nadzieję, że w ten sposób skłoni uczniów do słuchania. Byłam takim właśnie typowym nauczycielem.
Gdzieś w środku czułam, że coś jest ze mną nie tak, jednak do głowy mi nie przyszło, by coś zmienić. W końcu nie po to zostaje się nauczycielem, by się buntować, prawda? Poza tym jak tu podważać system, jeśli byłam święcie przekonana, że działa świetnie. Wpoiły mi to uczelniane autorytety, pomogli im starsi koledzy po fachu, utwierdziły w przekonaniu poważne naukowe podręczniki… System się sprawdza, więc dlaczego mam go zmieniać?
Robiłam zatem to, co uważałam za słuszne: krzyczałam na dzieci, groziłam im palcem, kazałam siedzieć spokojnie i słuchać, a przede wszystkim wystawiałam oceny, traktując je nie jako potwierdzenie wiedzy i osiągnięć, ale jako narzędzie do wymuszania posłuszeństwa.”

To Pernille Ripp, Dunka z pochodzenia, od wielu lat amerykańska nauczycielka.
Poza tym blogerka (dostęp do jej bloga tutaj), autorka bestsellerowych książek o tym, czym powinno być uczenie.
Jej, właśnie wydana w Polsce, książka „Uczyć (się) z pasją” to książka o tym (i tu pierwszy raz w życiu odwołam się do okładkowego blurba, z którego treścią (chyba także pierwszy raz w życiu) w pełni się zgadzam (i nie tylko dlatego, że autorką tych słów jest Marzena Żylińska)): „jak jej autorka przestała być nauczycielką realizującą program, a stała się nauczycielką wspierającą rozwój swoich uczniów.”


Cięcie.
Nowe ujęcie; w całkiem innej scenografii.

31 sierpnia, Szczecin.
Starszy (debiutujący w nowej szkole jako siódmoklasista), nieco zakłopotany, mówi do Matki:
- Wiesz, że mi się nawet chce iść do tej nowej szkoły?! Nie myślałem, że kiedyś coś takiego powiem

15 września, Szczecin.
Starszy (który pierwszy tydzień września spędził na obozie integracyjnym, a w czasie drugiego pisał niemal na każdej lekcji „diagnozy”, dzięki czemu nie było z czego zadawać do domu ani robić kartkówek), w rozmowie z Matką:
- Nie, no ta nowa szkoła jest spoko. Nauczyciele wreszcie traktują nas poważnie i mają do nas zaufanie.
I wiesz co powiedziała pani od matematyki? Że ona nie będzie nam zadawać do domu, bo jest tu po to, żebyśmy wszystkiego nauczyli się w szkole. Nie myślałem, że kiedyś usłyszę coś takiego od nauczyciela!

20-29 września, Szczecin.
Strzały, zewsząd strzały.
Starszy próbuje się barykadować i osłaniać, ale mimo to dostał w nogę i krwawi.
Matka, z obłędem w oczach i pianą na ustach, wybiega na środek szkolnego korytarza, machając białą gazetą (białego prześcieradła nie miała pod ręką) i krzycząc: „Nie strzelać, nie strzelać! Najpierw ustalmy zasady, na jakich toczy się ta wojna!”

Cięcie.
Kamera wraca do Pernilli Ripp.

Pernille Ripp
źródło zdjęcia
Ładna, długowłosa blondynka, łagodnie się uśmiechając, tłumaczy:

„Nie rozpoczynałam pracy w szkole z myślą, że odbiorę uczniom ich klasę. Żaden nauczyciel tego nie chce. Żaden z profesorów na studiach nie mówi nam, że ucząc w tradycyjny sposób, sprawimy, że uczniowie poczują się bezsilni i bezwartościowi. Na studiach pedagogicznych nie uczy się z premedytacją, jak krok po kroku doprowadzić uczniów do przekonania, że nic nie znaczą w szkole.
Tradycyjna szkoła sprawia, że uczniowie czują się bezsilni, przekonani, że nie mają na nic wpływu, a ich głos nie zostanie wysłuchany. Skąd to wiem? Moi uczniowie mi to pokazali. Jak? Poprzez swój brak zainteresowania i niechęć do odpowiadania na pytania. Uświadomili mi to, ziewając, wzdychając i przewracając oczami, przynosząc wypracowania napisane przez rodziców, byle jakie eseje oraz szepcząc z niezadowoleniem za każdym razem, kiedy zadawałam nową pracę do zrobienia.
Uczniowie pokazują nam, jak bardzo czują się zniewoleni, kiedy cicho powłóczą nogami, idąc szkolnym korytarzem, kiedy mówią, że przerwy między lekcjami to najlepszy moment w szkole, kiedy nerwowo zerkają na zegar, czekając na koniec zajęć. W tym wszystkim jest wyraźny komunikat dla nas. Tylko czy chcemy go usłyszeć?”


Kolejne cięcie.
Szczecin.
Inna blondynka rwie włosy z głowy, nie bacząc na to, że i tak ma ich mało.
Twarz wykrzywia jej grymas – ni to uśmiech, ni to zgroza.

Starszy właśnie oświadczył, że pomylił się: ta szkoła też jest bez sensu.
Lubi tylko w-f (w piątej i szóstej klasie podstawówki był to jedyny przedmiot, który lubił), plastykę i – uwaga, uwaga! – religię.  No dobra, trochę też matematykę i historię. Ale tylko trochę.
Plastyki do tej pory nienawidził. Tymczasem właśnie dowiedział się, że wcale nie chodzi o to, aby ładnie rysował, co niespecjalnie mu wychodzi. Liczą się pasja, emocje i zaangażowanie. Zachowanie nauczycielki („mamo, ona ma 54 lata, ale w ogóle się tego nie czuje”), wpływa na zachowanie uczniów.
Religia. Dotychczas: koszmar senny, o którym wszyscy chcemy zapomnieć. Gdyby Starszy został w dotychczasowej szkole, z pewnością przestałby na nią uczęszczać, co z punktu widzenia jego wiary mogłoby okazać się tylko (sic!) zbawienne. Teraz: lekcja, na którą Starszy jeździ z przyjemnością i bez zastanawiania się (mimo że mógłby nie pojechać i się wyspać). Można? Można.
Ale trzeba chcieć.

Cięcie.
To także Pernille. W akcji.
źródło zdjęcia
Najazd na Pernillę Ripp.
Cierpliwie i spokojnie wyjaśnia: „Kiedy mam do czynienia ze standardami nauczania czy programem, napierw sprawdzam, jakie cele należy osiągnąć. Byłoby cudownie mieć całkowitą swobodę (choć nie zawsze jest ona najważniejsza), jednak wiem, że są pewne koncepcje, umiejętności i wiedza, które muszę uwzględnić. Przewodniki dla nauczycieli wskazują, czego mamy uczyć, ale nie jak mamy uczyć. Realizacja programu nauczania nie oznacza, że nie możemy eksperymentować i korzystać z własnych wniosków i doświadczeń.
To prawda, że wszystkim nam brakuje czasu, jednak musimy znaleźć sposób, by w ramach programu nauczania pozwolić uczniom zgłębiać, badać i odkrywać.”

Obraz tym razem łagodnie zanika. Pojawia się nowy: zeszyt od polskiego. Starszego, a jakże.
W zeszycie zapisanych bardzo wiele stron. Elegancko, w punktach.

- Zapytałem się dzisiaj, mamo, pani od polskiego czemu tyle nam dyktuje do zeszytów. Powiedziała, że po to, żeby miała nas z czego pytać. Najgorsze jest to, że chyba nie żartowała.

Zapytany o to, co dzieje się na lekcjach polskiego, kwituje krótko: Nuda. Pani ględzi i ględzi, cały czas dyktuje, mnie ręka boli od pisania. Mam ochotę wyjść. Albo wyjąć telefon i zacząć grać.

Tempo pracy wysokie. Lektura goni lekturę. Był „Mały Książę” (z obowiązkowym testem ze znajomości lektury: Starszy, który przeczytał całość, zdobył 5 na 8 punktów; niektórzy z kolegów, którzy – jak twierdzą - przeczytali tylko streszczenie, dostali ich 8), za tydzień „Balladyna”.
Starszy, początkowo pełen zapału, obecnie nie zamierza się wychylać (ani czytać lektur w całości). Poza „Małym Księciem” wystarczyła mu historia z zadaniem dodatkowym. Całe popołudnie i wieczór poświęcił na przygotowanie informacji o Antoine Saint-Exupery’m. „Pamiętaj, możesz zajrzeć do Wikipedii, ale niech to nie będzie Twoje jedyne źródło wiedzy”, przestrzegła go wcześniej Matka. Starszy szukał więc, czytał, to tu, to tam. Co jakiś czas przybiegał, chcąc się podzielić właśnie dokonanym odkryciem. Dopytywał (akurat na temat tego autora Matka wie to i owo), notował, fascynował się.
Kiedy wrócił ze szkoły następnego dnia, oznajmił stanowczym tonem: „już nigdy nie będę robił żadnych zadań dodatkowych, aż takim frajerem nie jestem”. Dopytany, wyjaśnił, że pani zachwyciła się efektami pracy jednego z kolegów, który wkleił (w całości) tekst z Wikipedii do Worda, po czym odpowiednio go sformatował i wydrukował jako własny. Jedna z koleżanek, która, podobnie jak Starszy, wykonała pracę samodzielnie, została „nagrodzona” trójką („pani powiedziała, że miała za mało”). Starszy, widząc co się dzieje, przezornie udał, że w ogóle nie zrobił tego zadania.

Nowy kadr.
Ponownie Pernille Ripp. Niezrażona, ciągle entuzjastyczna, opowiada:
„Miałam obsesję na punkcie oceniania. Byłam prawdziwą królową jedynek. Jeśli uczniowie nie odrabiali pracy domowej, brałam do ręki kalkulator i pokazywałam im, jak przez to spada ich średnia. Gdy nie uważali na lekcji, powtarzałam im: „Nie poradzisz sobie na sprawdzianie. Dostaniesz wielką tłustą jedynkę, którą trudno będzie poprawić.”
Jeśli jakiś uczeń źle się zachowywał, była to kolejna świetna okazja do postawienia jedynki. Nie pozwoliłabym, by dziecko, które zachowywało się lekceważąco, dostało u mnie dobrą ocenę. Dobre oceny były zarezerwowane dla tych, którzy siedzieli prosto, byli cicho i wiedzieli, jak być wzorowym uczniem. Wymagany limit sześćdziesięciu procent był jak bat poganiający uczniów w szkolnym wyścigu. Robili zadania, wypełniali karty ćwiczeń, wykonywali projekty – musieli tak postępować, inaczej groziła im jedynka.”

Kolejne ujęcie.
doprawdy, początek października
a tak mało ocen?!
Starszy. Łzy w oczach, choć za wszelką cenę stara się udawać, że właśnie ziewał. Od godziny próbuje zrobić zadanie domowe z fizyki. Nie jest w zbyt dobrym nastroju, bo właśnie odkrył dzięki dziennikowi elektronicznemu (wiwat nowe szkolne wynalazki!), że z wczorajszej kartkówki dostał dwóję.
Jestem za głupi, żeby to zrozumieć.. Nie zdam do ósmej klasy.”
Matka, próbując pomóc, bierze kartkę z zadaniami do ręki. Ok, nie jest może fizycznym orłem, ale bez przesady, na poziomie pierwszego miesiąca pierwszego roku nauczania tego przedmiotu musi dać radę. W końcu ma wyższe wykształcenie, nieprawdaż.
Cisza. Długa cisza.
Matka, po naprawdę bardzo dłuuuugim okresie skupienia, umie zrobić 1,5 zadania (z dwóch, każde wielopunktowe). Chwyta za telefon i dzwoni do innych matek, w tym do koleżanki matematyczki (zadanie trąci bardziej matematyką niż fizyką).
- Takie zadania przerabiamy w trzeciej klasie gimnazjum – dziwi się koleżanka. – Mówisz, że to fizyka? Siódma klasa? Oni nie mają prawa tego wiedzieć!
Starszy idzie na lekcję ze zrobionym jednym zadaniem (tyle zrozumiał). Reszta jego klasy podobnie. Pani niczego nie wyjaśnia, nie tłumaczy. Nie rozdaje uczniom pisanych poprzednio kartkówek (z rozmów między uczniami wynika, że nikt nie dostał więcej niż 3, a najbardziej popularną oceną było 1). Za to robi następną, po czym płynnie przechodzi do następnego tematu. Z którego Starszy (i nie tylko on) nie rozumie nic.

Nie będzie nowego kadru. Będzie puenta.

Pernille Ripp w swojej książce (a także na blogu) cierpliwie wyjaśnia, dlaczego droga, którą podąża większość (nie tylko polskich) nauczycieli, prowadzi donikąd. Na własnym przykładzie pokazuje różnice między „przed” a „po”. Wyjaśnia, że podmiotowe traktowanie uczniów, pozwolenie im na samodzielne dochodzenie do pewnych prawd, obdarzenie zaufaniem, może przynieść wyłącznie dobre skutki. Przede wszystkim dla uczniów, ale także i samych nauczycieli.

źródło zdjęcia
Nie wierzę w to, że jakikolwiek myślący nauczyciel, przeczytawszy tę książkę, pozostanie obojętny. Że nie zacznie myśleć, a potem, może pomału, nieważne, spróbuje coś zmienić.
Jest jednak jeden problem. Musi chcieć.
Jak sprawić żeby zechciał?
Co ja, jako rodzic konkretnego dziecka, mam zrobić w sprawie pań od polskiego i fizyki? A może szerzej: w sprawie polskiego i fizyki.
Bo widzę, jak moje dziecko, które mimo że przez ostatnie trzy lata nienawidziło szkoły, naprawdę chciało znów dać jej szansę, w błyskawicznym tempie powraca do poprzedniego stanu.
Szkoła to nuda. Szkoła to bezmyślne powtarzanie za nauczycielem podawanych przez niego informacji, bez zrozumienia, za to z poczuciem braku sensu.
Jeśli po coś chodzi się do szkoły, to po to, żeby spotkać kolegów. Na lekcjach nie dzieje się nic ciekawego. Rzeczy, których uczą w szkole, nie są do niczego potrzebne.

A tymczasem w Ameryce…

Kiedyś uważałam, że istnieje tylko jeden słuszny sposób funkcjonowania szkoły. Dziś wiem, że szkoła musi się zmienić – za naszą sprawą, od wewnątrz. A częścią zmiany powinno być dopuszczenie uczniów do głosu. Szkoła nie może wyłącznie wymagać, uczniowie powinni mieć prawo głosu jako jej współuczestnicy i współtwórcy. (…)
Celem mojej drogi było – i nadal jest – przywrócenie klasy dzieciom. Jednak nie wszystkie cele udało mi się zrealizować. Każda zmiana napotyka opór, o czym przekonałam się wielokrotnie. Opór ze strony uczniów niemogących pojąć, dlaczego po prostu nie powiem im, co mają robić. Opór ze strony rodziców niezadowolonych, że przestałam zadawać ich dzieciom prace do domu i żądających więcej ocen. Opór ze strony nauczycieli wątpiących w skuteczność mojego stylu nauczania. Wreszcie opór stawiany przeze mnie samą – pełną czarnych myśli, gdy coś poszło nie tak.
Jeśli pragniemy zmiany, musimy być gotowi walczyć o to, w co wierzymy, czasami również sami ze sobą. Możemy zmienić szkołę od wewnątrz, nawet jeśli działania polityków nam to utrudniają.”

Ach, ta Pernille! Próbująca przekonać nas, że i na naszym ściernisku możemy mieć w przyszłości San Francisco…
Ostatnio jakoś wątpię.

Pernille Ripp „Uczyć (się) z pasją. Jak sprawić, by uczenie (się) było fascynującą podróżą”, przełożyi Elżbieta Manthey i Wojciech Musiał.
Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2017.

PS. Jeśli PT Czytelnicy wyrażą takie życzenie, wstawię do bloga zdjęcia zeszytu Starszego od polskiego. Dziś nie było to możliwe, gdyż Starszy zostawił ów zeszyt (jako zawierający same beznadziejnie nudne rzeczy, a więc całkowicie zbędny) na weekend w szkolnej szafce.

38 komentarzy:

  1. Smutno mi się zrobiło po tym wpisie :( Szkoda chłopaka i entuzjazmu, który początkowo wzbudzała w nim nowa szkoła. Zamierzacie coś zrobić? Jest nadzieja?
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi ostatnio jest w ogóle prawie cały czas prawie wyłącznie smutno, także z powodu szkoły.
      Mam wrażenie, że trzeba coś zrobić - problemem jest czas (moja doba nie jest z gumy) oraz niezbyt dobrze sprecyzowany pomysł na to co zrobić.
      Ale siedzieć i płakać nie zamierzam. Liczę na to, że ogarnę to, co chwilowo jest ważniejsze i potem ruszę do boju!

      Usuń
    2. U nas w szkole, też trochę gorzej w tym roku. Dużo zmian kadrowych, dzieci skołowane, atmosfera ciężka.
      Rodzice przenoszą dzieci do innych szkół. Jakoś nieswojo. Może ta reforma odbija się również w ten sposob.
      A Ty sie trzymaj! Znając Cię, na pewno coś wymyślisz. Powodzenia!

      Usuń
    3. Zmiany kadrowe dotknęły zdecydowaną większość szkół. W szkole Starszego też sporo wakatów; z tego co mi wiadomo z wieści od znajomych, w innych szczecińskich szkołach też ciągle jeszcze trwa karuzela. I nie mam najmniejszych wątpliwości: to efekt zmian w oświacie, jakie naszym dzieciom zafundowało państwo. Słowa "reforma" nie uważam za adekwatne...
      Taaaa, ja zawsze "coś wymyślam". Dzięki, że we mnie wierzysz:)

      Usuń
  2. Witaj wrześniowa jutrzenko! Kartkówka z Zemsty (jak nazywała się szpada Papkina?), 3+. Mimo przeczytania lektury. Dziecko chodzi do szkoły. Jeszcze. Może dlatego, że mimo wglądu w librusa ograniczyliśmy komentarze do stopni, kierując się raczej w stronę zachęcania, by przed tymi wszystkimi kartkówkami (było już ze 12, nie żartuję) przyszła do nas to i owo powtórzyć. Cieszę się, że nie muszę chodzić do szkoły. Martwię się, że muszę przez nią przeprowadzić dwoje dzieci. A ocen mamy podobną liczbę. Stawiają u Was 8?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie wyjdę na ojca z piekła rodem, ale wrzesień i październik to w mojej fabryce okres orki, orki i jeszcze raz orki, stąd ma nikła świadomość na temat postępów w edukacji synów. Tak, tak, realizuję czarny scenariusz pracoholika, ale pewnie nie ja jeden. Ze strzępów informacji, które docierają do mnie przy późnych obiadokolacjach wnoszę, że lepiej niż u Was zasadniczo nie jest :(

      Usuń
    2. ZWL: nieczepianie się ocen, to co najmniej połowa sukcesu. My też się staramy:) Najbardziej dobija mnie to, że gołym okiem widzę jak spycha się dzieci w przepaść. Te, którym ktoś wytłumaczy, jakoś dadzą radę. Reszta utonie.
      Być może za naszych czasów też tak było, ale najwyraźniej tego nie zauważałam.
      Jeśli chodzi o ósemki, to mamy też jedenastki. Nie do końca ogarniam ten system ocen - to są jakieś punkty, ustalane w zasadzie dowolnie, a potem przeliczane na procenty. Można mieć 8 na 10, 8 na 12, 8 na 150 - co tylko sobie życzysz. Ważne, żeby zmierzyć, policzyć i przeliczyć, nieprawdaż?

      Bazyl: nie zamierzam rzucać w Ciebie kamieniem. Jeden pracuje, inny robi co innego. Ja też chwilowo zajmuję się głównie całkiem czym innym (ale nie jest to praca). Życie.

      Usuń
    3. Niestety, chociaż nie czepiam się ocen, to nie umiem zmotywować dziecka do jakiegoś wysiłku poza absolutnie minimalnym. A taki wysiłek daje góra 3+, co uważam za poniżej możliwości Starszej. No ale albo rybka, albo akwarium. Mam wrażenie, że zafundowano im po raz drugi wstrząs, który przechodzili już w czwartej klasie: nowe przedmioty, nowi nauczyciele, nowe wymagania. Myśmy to przechodzili raz, a oni mają to po raz drugi. W każdym razie zamierzam się skupiać na przetrwaniu. Swoim i dziecka. I masz chyba rację z tym wpychaniem w przepaść, nie widzę ani jednego nauczyciela, który zrobiłby jakikolwiek większy wysiłek poza odbębnianiem tej koszmarnie obszernej podstawy programowej. (tyle dobrego, że niektórzy przynajmniej mają w nosie wymogi programu i włączają rzeczy, które wypadły - tyle że znowu oznacza to więcej nauki). A ja nie wiem, co dziecku tłumaczyć, czy urządzać tajne komplety, czy powiedzieć jej cynicznie, że ma się skupić na przetrwaniu edukacji podstawowej bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Pokładam nadzieję w kółku teatralnym, li i jedynie. Z ocen, to u nas zrezygnowano ze średniej ważonej, ktorej nikt nie rozumiał.

      Usuń
    4. Ja też nie do końca umiem, ale nie uważam, że to moja wina. Bo co z tego, że ja dwoję się i troję, pokazując mu, że coś (niech będzie nawet ta nieszczęsna fizyka) może być fascynujące, kiedy potem idzie do szkoły i widzi, że liczy się całkiem co innego? To po cholerę ma się starać (i na przykład czytać lektury a nie streszczenia)? Przecież nie jest (i całe szczęście) idiotą.
      A dla Ciebie praca domowa: czy naprawdę uważasz, że 3+ Starszej oddaje jej stan wiedzy? Dlaczego gdyby dostała 5, byłbyś zadowolony, a 3+ kłuje w oczy? Nie czynię wyrzutów, raczej dzielę się stawianymi samej sobie pytaniami. Nas sformatowano w określony sposób i sam widzisz jak ciężko jest się odformatować. Po kiego grzyba robić to naszym dzieciom?
      I jeszcze jedno: gdybym chciała mieć edukację domową, to bym się na to zdecydowała. Ja jako rodzi naprawdę nie jestem od tego, żeby wykonywać pracę za nauczycieli. Starszy siedzi w szkole co najmniej po osiem godzin dziennie. To cała dniówka robocza. I co? I okazuje się, że potem musi pracować w nadgodzinach, razem ze mną. Doprawdy, jeśli to jest normalne, to jestem różowym jednorożcem.

      Usuń
    5. No to masz podobnie. Ile bym się nie nagadał, to jakieś babsko w szkole coś palnie i po ptokach.
      Co do ocen, to niestety tak, to 3+ w większości przypadków jest odbiciem realnej wiedzy, nałapanej ze słuchu na lekcjach. Gdyby do tego dołożyła przekartkowanie podręcznika, byłoby 4. Jak z nią przerobię dwa zadania, to ma jeszcze wyżej. Więc cierpię dlatego, że wiem, że intelektualnie udźwignęłaby to wszystko. Niestety, mam wrażenie, że ich nikt nie uczy się uczyć, a ja dla swojego dziecka nie mogę być nauczycielem, bo żadnemu z nas taki układ nie pasuje. I tak, mnie samemu to, co wyłapałem na lekcji wystarczyło do jechania na piątkach do końca podstawówki. Przestało wystarczać dopiero w liceum. U Starszej widać przestało wystarczać wcześniej.
      A do edukacji domowej nie nadaję się ani ja, ani dziecko, które zbijałoby bąki całymi dniami, bo nie byłoby się w stanie zmobilizować do przeczytania choćby strony podręcznika. To już może niech chodzi do szkoły i wyłapuje te strzępy wiedzy ze słuchu.

      Usuń
    6. Zaplątałem się, a i tak nie wyszło, jak trzeba. Nie chodzi mi o stopnie dla stopni i co ludzie powiedzą, tylko o to, żeby dziecko miało wiedzę, za którą może dostać piątkę. Skoro tej wiedzy nie ma, to niech sobie ma trzy plus, przywyknę do myśli o niemaniu córki wzorowej uczennicy. Nikt się na nią nie uwziął, nikt jej złośliwie ocen nie zaniża - tyle wie, tyle ma w stopniach.

      Usuń
    7. Bo to nie jest tak łatwo. Myślę, że błąd niejako założycielski tkwi w myśleniu, że wiedzę naszych dzieci trzeba oceniać. I mierzyć. I porównywać. I rozliczać. Ale skoro tak jest "od zawsze" i my tak mieliśmy, to nic dziwnego, że trudno jest uwierzyć, że można inaczej. No bo jak to?!
      Resztę mam podobnie, najwyraźniej to pokoleniowa wspólnota doświadczeń. To kłucie w sercu, że przecież ja mogłam (owszem, również do końca podstawówki; ośmioletniej, a jakże), a on nie może? Coś z nim może nie tak? Ale dlaczego, przecież rodzice tacy zdolni?! I w ogóle fe, nieładnie być tak mało ambitnym, wstydź się dziecko, co z ciebie wyrośnie.
      Wbrew pozorom mój Hyde też ma się nieźle.
      A potem przychodzą (oby nie) doświadczenia graniczne i nagle (lub jak kto woli: wtem) okazuje się, że ważne jest całkiem co innego. Dlatego tym bardziej szlag mnie trafia, że muszę tracić energię na coś, co powinno dawno zostać całkiem inaczej ułożone.

      Usuń
    8. Rozliczania nie unikniemy ani my, ani oni. Mierzenia i porównywania też. Ja myślę, że i tak nie jest ze mną najgorzej, skoro umiem (choć z bólem) uznać, że trzy plus to trzy plus, moje dziecko nie jest od tego mniej sarkastyczne i mniej inteligentne. Problem jest we mnie, oczywiście, bo ona uznaje, że ma całkiem przywoite stopnie. No skoro tak, to tak. Będę walczył ze sobą, nie z dzieckiem.

      Usuń
    9. ZWL, u nas jest podobny system oceniania co u Momarty. Punkty przeliczane na procenty. I też mało kto rozumie dlaczego, w ostatecznym rozrachunku, 100% z karkówki waży tyle samo co 100% z pracy klasowej.
      Agnieszka

      Usuń
    10. Co za szczęście, że u nas nikt na to nie wpadł, jeszcze mi przeliczania procentów brakuje :D

      Usuń
    11. Jasne, że nie unikniemy, ale jeśli od najmłodszych lat będziemy im kłaść do głów, że właśnie to jest ważne, to z każdym rokiem z tym światem będzie coraz gorzej. Mało znasz dorosłych, którzy zrobią wszystko, każde świństwo, żeby wypaść "jak najlepiej"? W oczach szefa, rzecz jasna. Ślepe bagnety się też kłaniają. I tylko niektórych boleśnie dźgają w tyłek, większość znakomicie wie jak się ustawić, żeby dźgnęło nie ich a kolegę. Tego nauczyliśmy się w szkole, nie gdzie indziej.
      I nie chcę Cię martwić: bój to nie będzie Twój ostatni. Proponuję wzmocnić kondycję:P

      Usuń
    12. Mam nadzieję, że nie kładę nacisku na oceny, tylko na wiedzę. Znaczy powinna umieć, a nie dostać piątkę dowolną metodą. Dziecko i tak ma własny pogląd na sytuację. Przeżyję. A co do kondycji, to gonię resztkami, nie wiem, czy mi do egzaminu do liceum jej starczy :P

      Usuń
    13. Piękna ta metafora z bagnetem i tyłkami. :-)

      Usuń
    14. Pani od polskiego na pewno podkreśliłaby mi "tyłek" na czerwono. Metafora z użyciem takiego słowa?! Wykluczone!:P

      ZWL: jeśli Twoja córka ma naprawdę szkołę w głębokim poważaniu, zazdroszczę. Jak nic, widomy znak, że nie jesteś aż tak złym ojcem:)
      Ja - w trosce o kondycję własną, głównie psychiczną - już zbieram dane na temat szkół średnich. Mam już jeden typ - szkołę, do której na pewno go przyjmą, bez względu na wynik tego cholernego testu ośmioklasisty. Nie mam pojęcia jak stoi w rankingach, pewnie turla się gdzieś po dnie, ale ludzie (dotyczy to i nauczycieli, i młodzieży) są tam normalni.

      Usuń
    15. Jakoś tak, z czystego egoizmu, staraliśmy się, żeby dzieci się usamodzielniły jak najszybciej. Obiadu sobie nie zrobią, ale w kwestii szkoły przynajmniej starsza ma samodzielne poglądy :) Ja tam mam w nosie szkołę średnią, co będzie, to będzie. Dziecko nie przejawia żadnych wyraźnych skłonności ani talentów, jak będzie chciała zostać kucharką, to też się ucieszę.

      Usuń
    16. "To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.", zdaje się pasować do tematu jak ulał :P

      Usuń
    17. Tia. Jak znam moojego pecha, to odkręcająca wszystko reforma edukacji przypadnie na rocznik Młodszej :P

      Usuń
    18. Dzisiejsze szkolne doświadczenie Starszego (0 [słownie: zero] za "brak zadania" w sytuacji, w której zarówno on, jak i 13 innych uczniów z jego klasy zrozumiał polecenie inaczej niż chciała tego pani nauczycielka) pokazuje raczej, że dupa jest dla sporej grupy osób miejscem, w którym czują się najlepiej.
      I wypluj te słowa, Piotrze drogi! A kysz!

      Usuń
    19. Nie mam już czym pluć, tryskam jadem non stop na wszystkie strony i trochę tracę już impet.

      Usuń
    20. Możesz odpukać. Resztką sił. W razie czego podtrzymam Twą dłoń, bo mnie z kolei cholera jasna roznosi i najchętniej bym kogoś/coś rozrąbała w drobiazgi.

      Usuń
    21. Odpukać mogę, jeszcze mi starczy sił.

      Usuń
    22. No to szybciutko, błagam, bo mam niejasne wrażenie, że nasze młodsze dzieci z tego samego rocznika:(

      Usuń
    23. A to całkiem możliwe. Na marginesie, nie zapominaj, że można jeszcze zreorganizować uczelnie wyższe.

      Usuń
    24. No przecież nawet już próbują. Ale do tego czasu na pewno będę już siedzieć za zamordowanie jakiegoś nauczyciela, więc nie zamierzam się kłopotać.

      Usuń
    25. To faktycznie, nie turbuj się tym zbytnio. Ponieważ moje dziecko nie zrobi matury z braku miejsc w szkołach średnich, to ja też wyluzuję :P

      Usuń
    26. Miejsca się znajdą. Gdzieś tam. Wyluzuj tym bardziej.

      Usuń
  3. U nas za to lajtowo... Ale nie chcę zapeszać. Gimbaza /II kl./ sam ogarnia szkołę - nareszcie!!! A czwartoklasista zadowolony. Jeszcze.... Co prawda ostatnio oznajmił, że nieco rozczarowała go pewna nauczycielka bo dobrze się zapowiadała ale jednak już zaczęła krzyczeć, więc chłopak się zasmucił... Ale grunt, że się w szkole nie nudzą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Waszym szczęściem. U nas nawet Młodszy się popsuł, o co obwiniam częściowo jego szkołę (coś im ewidentnie zaczęło dolegać), a częściowo inne okoliczności.
      Krzyczące nauczycielki - ho, ho, ileż takich przewinęło się przez życie Starszego!

      Usuń
  4. Konrapunkt, ale idealistyczny... >https://www.edunews.pl/badania-i-debaty/opinie/4003-zrob-sobie-finlandie
    Bardzo bym chciała wierzyć, że to możliwe w społeczeństwie, gdzie każdy ma swoje racje...
    nie tylko w gronie wybranych (szkoła społeczna);

    Bardziej realistycznie, publiczna SP 81 w Łodzi - pokazują, że można, ale to droga rozpisana na lata,
    trzeba być supermenką, żeby co dzień i od nowa, wałkować zmiany (z gronem...); //podziwiam energię Pani Dyrektor!

    Jestem średnio optymistycznie nastawiona co do możliwości zmiany - co się ruszy półstopy do przodu,
    to kłody pod nogi i dwa kroki wstecz... U nas (inna łódzka szkoła) - nowe nabory nauczycieli, jakoś średnio nastawionych do "budzenia się" (>>inicjatywa "budzących się szkół); problemy z salami i jak upchnąć w ludzkich porach i warunkach wszystkich w szkole...

    Pocieszające, że moje dzieci uważają, że i tak w szkole najważniejsze są nie lekcje i nauczyciele,
    albo budzi się w nich "bunt" i wierzą w swą siłę sprawczą ("mamo, czy mogę iść do Pani dyrektor, kiedy zbiorę wszystkie argumenty przeciwko "Pani X"?")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie napisany tekst, dziękuję za podrzucenie odsyłacza:) I tak, sądzę, że to możliwe. SP 81 jest chyba tego najlepszym przykładem. O ile ma się róg nosorożca, skorupę żółwia i siłę taranu, obliczoną na lata. Bo owszem, kłód ci u nas dostatek. Ba! niektóre kłody po bliższym przyjrzeniu okazują się krokodylami, które odgryzą ci nie tylko stopę, ale i głowę.
      A ostatni akapit Twojego komentarza dał mi do myślenia. Do kiedy rodzic powinien "załatwiać" takie rzeczy za dziecko, czy w jego imieniu? Jak sprawić, by w tym świecie, w którym większość dzieci nie jest traktowana poważnie, zachowały one jeszcze choćby szczątkowe poczucie sprawczości? Siłaczki tu trzeba, wołajcie Żeromskiego, on wie, gdzie szukać:P

      Usuń
    2. Najpierw napisałam komentarz pod ostatnim wpisem, dopiero potem zajrzałam tutaj, a pewnie warto było odwrotnie...
      Pytasz "do kiedy rodzic powinien >załatwiać< takie rzeczy za dziecko" (a pytaniu mojego nie było takiej intencji , a raczej stała za tym potrzeba potwierdzenia, że jego pomysł ma sens)...

      Nie wiem - może zawsze warto pytać o to samo zainteresowane dziecko?


      Odpowiedź na to i refleksja związana wokół "ćwiczenia" z ostatniego postu będzie zawiła,
      ale nie da się bez przytoczenia cytatu z jednych moich warsztatów z dorosłymi, gdzie zastanawialiśmy się
      jakimi metodami (przy współudziale wspólczesnych książek) można zmienić myślenie o tzw. procesie edukacyjnym.
      Dorośli testowali na sobie jak działanie (plastyczne) może być punktem wyjścia do dyskusji - dialogu- partnerstwa w relacji uczeń - nauczyciel. Zastanawialiśmy się jak można przedstawić patriotyzm (w nawiązaniu do książki "Kto Ty jesteś")
      Jedna z uczestniczek narysowała kontur Polski jako stół z różnymi osobami siadającymi do niego.
      "Patriotyzm - zasiadam do stołu" - taki pojawił się komentarz.

      Skoro chcę zmiany, siadam do tego stołu i próbuję rozmawiać. Bez tego się nie da.

      (wiem, że Twoje zdolności retoryczne mogą przywołać różne przykłady zaprzeczające tej idealistycznej wizji,
      ale pozwól mi w coś wierzyć :)
      Serdecznie :)

      Usuń
    3. Moje zdolności retoryczne są na urlopie dla poratowania zdrowia:P
      A wizja - choć jak najbardziej idealistyczna, to wcale, przynajmniej dla mnie, nie utopijna. Jeśli nie będziemy próbować jej realizować, będzie to znaczyło, że to już koniec.

      Sprowokowanie dyskusji na różne tematy jest też próbą wciągnięcia do rozmowy, prawda? Jeśli ktoś jednak, zamiast rozmawiać, wyciąga cep i wali na oślep, to naprawdę nie mogę nic na to poradzić. Podobnie jak na to, że ktoś nie chce rozmawiać w ogóle.
      Uściski!

      Usuń