niedziela, 19 listopada 2017

M.Chmielewska "Dobro jako choroba zakaźna", czyli na Światowy Dzień Ubogich i każdy kolejny dzień

Dzisiaj kościół rzymskokatolicki obchodził Światowy Dzień Ubogich, ustanowiony ledwie w tym roku przez papieża Franciszka. Dzień, który wedle słów papieża ma pomóc wspólnotom i każdemu ochrzczonemu w refleksji nad tym, że ubóstwo znajduje się w samym centrum Ewangelii oraz nad faktem, że dopóki Łazarz leży u drzwi naszego domu, nie może być sprawiedliwości ani też pokoju społecznego.
W mojej parafii dzień ten przemknął bez echa. Znalazło się bowiem szereg tematów ważniejszych niż skupianie się na tych, którzy i tak nie wesprą finansowo budowy nowej świątyni ku czci Pana.

Aby pochylać się nad ubogimi, nie trzeba być ochrzczonym. Przeciwnie, wydaje się, że w naszym kraju chrzest może stanowić przeszkodę, gdyż często powoduje skutki uboczne w postaci usztywnienia kręgosłupa w stopniu uniemożliwiającym jakiekolwiek pochylanie się.
Nierzadko zdarza się, że ochrzczeni uważają się za lepszych i wywyższonych (to nasza religia jest jedyną słuszną, tylko my wiemy jak należy postępować); sądzą, że nie muszą dzielić się z innymi a zamiast tego mogą dzielić innych. Na lepszych i gorszych. Do tych pierwszych zaliczają siebie, rzecz jasna, zaś do drugich tych, którym z jakichś względów się nie udało i trafili na margines życia. Mogą to być bezdomni, alkoholicy, narkomani, ale też niepełnosprawni, chorzy psychicznie czy osoby, które straciły dach nad głową i teraz próbują zbudować swoje życie w innym miejscu. Słowo „uchodźca” stygmatyzuje, „bezdomny” – wyklucza. A tymczasem, według zamysłu papieża Franciszka, dzisiejszy dzień „powinien zwrócić uwagę wierzących, aby przeciwstawili się kulturze odrzucenia i marnotrawstwa, a uczynili kulturę spotkania swoim stylem życia. (…) Bóg stworzył niebo i ziemię dla wszystkich, niestety ludzie wznieśli granice, mury i ogrodzenia, zdradzając pierwotny zamysł i dar przeznaczony dla ludzkości, z której nikt nie miał być wykluczony”.

Można by w tym miejscu załamać ręce i popomstować trochę na „onych”, którzy mieniąc się jedynie mądrymi głosicielami boskich prawd, w rzeczywistości w ogóle się do nich nie stosują.
Można, tylko po co. Czy to zmieni coś na lepsze? Raczej nie, a jeśli nie, czyż nie lepiej zabrać się po prostu do roboty?
To trudne, owszem. Trzeba wyjść z ciepłego domu, rozejrzeć się wokół, przełamać lęk a niekiedy obrzydzenie. Posłuchać drugiego człowieka, a nie tylko wsłuchać się w swój, niezwykle z siebie zadowolony, wewnętrzny głos.

W dzisiejszym świecie często bycie dobrym jest nieoczywiste. Wydaje nam się, że jeśli wrzucimy pieniążek do puszki z takim czy innym logo, możemy odejść w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Przyznajemy sobie prawo do oceniania innych, nie czując jednocześnie potrzeby ich wysłuchiwania. Uważamy, że jeśli mamy już komuś pomóc (oczywiście tylko temu, którego uznamy za godnego naszej pomocy), to wyłącznie na naszych warunkach.
Tylko nieliczni od razu wiedzą, że to droga donikąd. Inni, do których ja także się zaliczam, żeby to zrozumieć, muszą wykonać naprawdę olbrzymią pracę.
Aby nie wyważać otwartych drzwi, dobrze jest czasem w takiej sytuacji posłuchać innych, którzy przed nami taką drogę przeszli.

siostra Małgorzata Chmielewska
źródło zdjęcia
Jedną z takich osób jest niewątpliwie siostra Małgorzata Chmielewska, przełożona wspólnoty „Chleb życia”, prowadzącej domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn. Żyjąca razem ze swoimi podopiecznymi, nie obok nich. Osoba nietuzinkowa i odważna.


„Dobro jako choroba zakaźna” to książkowa wersja prowadzonego przez siostrę Małgorzatę bloga (można go poczytać tutaj). Z okładki dowiedziałam się, że już druga. Poprzednia – „Cerowanie świata” – obejmowała zapiski z lat 2009-2011; ta zajmuje się kolejnym okresem, przypadającym na lata 2012-2014.

Siostra Chmielewska pisze o codzienności. Swojej, swoich ubogich podopiecznych, z którymi mieszka w Zochcinie, swoich przyjaciół i współpracowników. Dzieli się tym co osobiste, ale nawiązuje także do wydarzeń publicznych. Pisze prostym, niekiedy dosadnym językiem. Nie owija w bawełnę. Dobro jest dobrem, zło złem.
Pisząc o codzienności najbiedniejszych, o ich problemach, siostra Małgorzata stawia wyzwanie lenistwu zadowolonego z siebie czytelnika. Mieszkając w większym mieście, nie mając większych problemów z utrzymaniem rodziny, radząc sobie (raz lepiej, raz gorzej) z wyzwaniami jakie stawia codzienność, łatwo popaść w przekonanie, że wszyscy tak mają, a jeśli nie mają, to dlatego, że zbyt mało się starają.
Tymczasem to zupełnie nie tak.

11 września 2013, cztery lata temu, siostra Chmielewska zanotowała:

Wysyp kontroli, jak zwykle jesienią. Wszystkie służby powróciły z wakacji i służą uprzejmie kontrolą. Rytuał coroczny. Warszawscy urzędnicy wymyślili nowe badania, oczywiście przy pomocy firmy zewnętrznej (…); wszystko po to, żeby stworzyć system. System mający skomputeryzować miłosierdzie i zapobiec ekscesom w rodzaju zjedzenia dwóch obiadów przez bezdomnego w jadłodajni. To będzie ekstra! Już nie będziemy musieli patrzeć w oczy ubogiemu.
Będziemy patrzeć na ekran monitora. Jaka ulga! Pozostaje jeszcze podzielić społeczeństwo na kategorie i każdego zaczipować. Przejście z jednej kategorii do drugiej nie będzie możliwe, bo system się zawiesi. Zamiast rozmowy z uczniem – klik w komputer i wyskakuje informacja o dzieciaku oraz instrukcja dla nauczyciela, wyliczona według odpowiedniego algorytmu. Zamiast rozmowy z człowiekiem bezdomnym, wpisujemy jego dane i system wyrzuca nam rokowania na powrót do społeczeństwa, instrukcję postępowania lub – jeśli algorytm pokaże szanse zerowe – skrzekliwym głosem wyda nakaz: zostawić na mrozie, brak szans na poprawę.
Czy mam zbyt bujną wyobraźnię? Oby. Ale nasza potrzeba bezpieczeństwa i skatalogowania życia oraz prostych recept na cierpienie i trud powoli popychają nas w tym kierunku. Niezauważalnie. No i oczywiście wszystko musi mieć swoją cenę. Nazywa się to standaryzacją usług. Kiedyś nazywało się to wychowaniem, pomocą bliźniemu, leczeniem. Teraz mamy usługi. Czy zmiana nazwy nie wskazuje na zmianę mentalności? Przychodzi klient i otrzymuje usługę. W pomocy społecznej tak właśnie nazywa się ludzi, których się wspiera. Klientami. Łatwiej przecież wyrzucić klienta niż bliźniego za drzwi. A co jeśli ktoś wciśnie przy naszym nazwisku „delete”? Oby to nie był Święty Piotr.

Cztery lata to kawał czasu. Można było wyciągnąć wnioski. Zostały wyciągnięte niewątpliwie; mam wrażenie, że system staje się coraz doskonalszy, zaś człowiek, pardon, klient, który korzysta z jego usług, coraz mniej ważny.

20 września 2014. Słowa pisane trzy lata temu, dziś brzmią niemal proroczo.

Rozmowa z młodą dziewczyną, wykształconą, inteligentną. Na temat możliwości obejścia wysokich składek ubezpieczeniowych. Poprzez KRUS. To znaczy przez zakup działki i płacenia w KRUS-ie zamiast w ZUS-ie. Nie chodziło o techniczne możliwości. Raczej o zasady. Moralne zasady. Są dwie szkoły: mam swoje zasady moralne, swój kodeks przyzwoitości, w których ramach stosuję prawo, a druga: to, co jest dozwolone prawem, jest moralne, przyzwoite. Druga opcja jest niestety groźna. W końcu każdy totalitaryzm na tym właśnie się opiera: prawo stanowione przez ludzi jest wyznacznikiem tego, co dobre i co złe. Wystarczy się podporządkować i problemy etyczne z główki.
Główkę się jednak szybko traci. Duszę można też, przy okazji. Można jeszcze szukać w tym prawie dziur i lawirować. I znowu: dla korzyści własnych lub dobra wspólnego, jeśli prawo jest głupie i szkodliwe. Tylko jaki drogowskaz ma nam podpowiedzieć, kiedy w dziurę wpadać należy, a kiedy się nie godzi? Niestety nasze życie zaczyna być coraz bardziej omotane prawem. W imię wolności oczywiście. Przepisy zastępują ludzkie relacje i zdrowy rozsądek. Ich twórcy kierują się różnymi względami, nie zawsze czystym dobrem tych, którzy będą się musieli im podporządkować. Często interesem silniejszych albo po prostu dają upust radosnej twórczości.
(…) Bycie porządnym człowiekiem to ciężka praca. I czasem boli. Bycie wiernym zasadom kosztuje.

Nieco wcześniej, bo 30 maja 2014 siostra Chmielewska zauważa:
Marzymy o wielkich dziełach. Wspaniałych budowlach, a utykamy nosem w drobiazgach i zostawiamy brudne naczynia komuś do zmywania. Marzymy o pokoju, a kłócimy się o szczegóły. Marzymy o pięknie, a rzucamy papier na ulicę. Marzymy o miłości, a skąpimy jej najbliższym. Marzymy o wolności, a pozwalamy się wodzić za nos głupocie. Marzymy o sprawiedliwości, a słabemu rzucamy resztki ze stołu. Marzymy o przebaczeniu i miłosierdziu, ale tylko dla swoich. Marzymy o bohaterstwie, a odwracamy się od cierpiącego wzywającego milczeniem ratunku. Szukamy wielkich duchowych przeżyć i świateł, zostawiając w samotności Boga – Człowieka w skromnym kawałku chleba.”

Takie proste. Takie banalne. Być może dlatego takie niepopularne.

I wreszcie wpis z 8 czerwca 2013 roku, zatytułowany „Co mamy i komu to zawdzięczamy”. Idealne myśli przewodnie na dzisiejszy dzień.

Wczoraj miałam chwilę ciszy w samochodzie i przyszło mi do głowy, ile zawdzięczam innym. Tu i teraz. To, co uważam za przeszkodę, za ciężar, za tak zwaną karę boską lub ograniczenie – w rzeczywistości jest źródłem. Słabość moja i innych, ustawiczne braki: czasu, kasy, siły, ciszy, spokoju (nie zawsze świętego). I zamiast stale tęsknić za tym, żeby było wreszcie dobrze, wystarczy stwierdzić, że dobrze już jest, ale może być lepiej.
Gdybym nie siedziała na końcu świata z kilkunastoma ludźmi, których życie jest na końcu listy ułożonej przez ten świat, gdybym nie miała za kumpla Artura, całkowicie zależnego od innych, którego obecność nie pozwala na robienie tego, co by się niby chciało, bo trzeba się dostosować do jego rytmu i potrzeb…, to nie pisałabym pewnie tego bloga, nie widziałabym tego, co widzę, i zapewne byłabym o wiele gorsza i głupsza. I nieszczęśliwa.
Trzeba umieć zakwitnąć tam, gdzie nas posadzą, powiedziała mi kiedyś stara zakonnica.”

Trzeba umieć. A wszystkiego można się nauczyć, o ile się chce.

S. Małgorzata Chmielewska „Dobro jako choroba zakaźna”. Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2016.

Dla tych, którzy chcą się nauczyć, podpowiedź gdzie odbywają się ćwiczenia praktyczne.

Ci ze Szczecina mogą spróbować wziąć udział w Pierwszym Szczecińskim Tygodniu Ubogich. Szczegóły tutaj.
Ze swojej strony mogę dodać, że wiadomym jest mi z urzędu (my prawnicy lubimy to sformułowanie), że Stowarzyszenie Feniks, które prowadzi schronisko przy ulicy Zamkniętej 5 w Szczecinie, robi naprawdę dobrą robotę, wspierając tych, od których odwracają się wszyscy inni.

Ci ze świata, mogą wziąć udział w Robótce. To już ósma edycja – wiwat Kaczka i Bebe! To wiele nie kosztuje, tyle co znaczek na list. Ale to samo dobro, uwierzcie!

11 komentarzy:

  1. Pamiętam, że kiedyś czytałam o akcji Robótka i jak to bywa w ferworze zajęć wypadła mi myśl z głowy. Dobrze, że przypominasz i to na tyle wcześnie, że można zdążyć przed świętami. Siostrę Małgorzatę Chmielewską darzę dużym szacunkiem, od kiedy przeczytałam z nią dawno temu wywiad. Takie osoby przywracają szacunek do instytucji, która zwłaszcza ostatnimi czasy mocno ten szacunek nadszarpnęła.
    A co do samozadowolenia, to często właśnie w niedzielę obserwując osoby wyznające jedynie słuszną religię odnoszę wrażenie, iż nie widzę ludzi którzy mają poczucie dobrze spędzonego czasu, a ludzi, których rozpiera poczucie wyższości nad wszystkimi innymi, którzy nie spełnili obowiązku uczestnictwa. Może to wrażenie jest mylne, błędne, ale skoro nie tylko ja je dostrzegam, to chyba jest coś na rzeczy. Oczywiście nie powinno się generalizować, ale...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi o Robótce przypomniał Starszy - przyszedł i zapytał czy w tym roku wysyłamy coś do Niegowa:) Uwierz, to wciąga:))
      Nie jestem pewna czy można tu mówić o szacunku do instytucji - jeśli chodzi o instytucję właśnie, mam wrażenie, że nie da się nic zrobić, w każdym razie nie w tym kraju. Kościół to jednak nie instytucja (choć tej ostatniej tak się wydaje), a ludzie. W związku z tym mnie siostra Małgorzata i to co robi przekonuje, że warto nie dać się wykopać z Kościoła i dać się przekonać, że ma on być taki jak chce tego instytucja. Co to, to nie!
      A jeśli chodzi o drugi akapit, to niestety jest on prawdziwy w odniesieniu do osób, które uważają, że wystarczy uczestniczyć, klękać gdy dzwonią, głośno odmawiać paciorek, gdyż to jest całe sedno tej wiary. A że takowych nie brakuje, jest jak jest.

      Usuń
  2. Ostatnio same poważne tematy u Ciebie. O moim pochylaniu się nad ubogimi niech świadczy fakt, że Zochcin to ode mnie jakieś kilkanaście kilometrów jazdy rowerem, a o dziele siostry Małgorzaty wiem tyle co nic. I tak :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tak się składa, że moje życie jest ostatnio śmiertelnie poważne.
      Każdy pochyla się inaczej; bliskość Zochcina może okazać się pomocna (łatwiej ćwiczyć), ale doprawdy poletek do obrabiania jest wiele. Jedne bardziej spektakularne, inne mniej. Najtrudniej chyba w ogóle zacząć. Na początek możesz objeżdżać ich dookoła:P

      Usuń
    2. Na początek, to sobie wrzuciłem na półkę w Legimi książkę siostry :)

      Usuń
    3. To brzmi jak wstęp do początku:P

      Usuń
    4. W tym kotle, w którym ostatnio się kręcę, to raczej może się rozejść po kościach. Jak i wszystkie inne plany, poczynając od biegania :(

      Usuń
  3. Poważne tematy, ale przed nimi nie uciekniemy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy próbują. Nawet całkiem się im udaje. Ale każda szklana bańka kiedyś trachnie.

      Usuń
  4. Ja tę książkę jeszcze mam przed sobą. Jak przeczytam to pewnie co nieco skrobnę na ten temat. A co do bycia ochrzczonym, to jestem ale mam to gdzieś tak na prawdę bo do kościoła nie uczęszczam jak nie muszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie, ale ja zupełnie nie o tym.

      Usuń