niedziela, 12 listopada 2017

M. Wójcik "Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu", czyli dlaczego nie pożądam tej książki

Nie czytałam żadnej rozmowy z Marcinem Wójcikiem, nie uczestniczyłam w żadnym jego spotkaniu autorskim, nie obejrzałam w internecie żadnego zapisu spotkania z jego udziałem. Nie mam więc pojęcia po co napisał tę książkę.


Wiedza ta nie byłaby mi do niczego potrzebna, gdybym po lekturze miała choćby cień przypuszczenia czemu to wszystko miało służyć.
Po co autor spotykał się z ludźmi (ksiądz też człowiek), wydobywając z nich intymne zwierzenia. Po co poświęcił tyle czasu na spisanie ich wyznań, nadanie im zgrabnej formy. Po co wydawca zainwestował w tę książkę swoje środki (ok, wydawcą jest Agora, więc pewnie parę spiskowych teorii uda się dorobić). Po co wreszcie ktoś owe dzieło kupił (na szczęście nie byłam to ja, tym razem skorzystałam z dobrodziejstwa jakim jest darmowy dostęp do publicznej biblioteki).

Bo po co ja to przeczytałam, wiem. Z grzesznej ciekawości mianowicie.
Przeczytałam, krzywiąc się niemiłosiernie, im dalej w lekturze, tym bardziej, po czym zaczęłam się zastanawiać o czym to właściwie. I po co mi to było.

Marcin Wójcik
źródło zdjęcia

Wójcik był klerykiem, tego się dowiedziałam. Oznacza to, że temat zna niejako od podszewki. Być może dzięki temu miał większe możliwości dotarcia do rozmówców. Być może dzięki temu wiedział, gdzie w ogóle ich szukać. Ale dzięki temu wcale nie udało mu się napisać czegoś przekonywującego i spójnego.

„Celibat” to zbiór luźno ze sobą powiązanych opowieści, z księżmi w rolach głównych. Podtytuł – „opowieści o miłości i pożądaniu” – powinien w zasadzie już na wstępie pozbawić czytającego  jakichkolwiek wątpliwości.
Nie należy spodziewać się teologicznych dysput na temat tego czym jest celibat i czemu służy. Dowiemy się natomiast, że po sześciu latach studiów również sami klerycy nie mają na ten temat pogłębionej wiedzy – w tekście „Intymny dziennik kleryka” jeden z nich zastanawia się dlaczego nikt nie rozmawia z nimi o seksualności. Z kolei inny odnotowuje, że na szóstym roku znajduje się czas na zajęcia praktyczne z całkiem innej dziedziny („uczymy się jak odprawiać mszę, na jaką wysokość rozkładać ręce i co zrobić, jeśli przy ołtarzu dopadną nas problemy żołądkowe”).


Lektura „Celibatu” pozostawia czytelnika z wrażeniem, że istota życia księży skupia się niemal wyłącznie wokół sfery wokołoseksualnej. Jeśli nie hetero, to homo, nieważne jaki, ważne, że seks. I choć nie przypuszczam, aby autor którąkolwiek z opowiedzianych historii zmyślił (przeciwnie, zakładam, że wszystkie są – niestety – prawdziwe, a jeśli ktoś podkoloryzował, to raczej rozmówcy Wójcika niż sam Wójcik), to jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszystkie one nie składają się na żadną całość. Bo tak jak moje życie nie składa się wyłącznie z seksu, tak i życie duchownych nie tylko wokół niego się kręci.

Czy zamiarem autora było zdemaskowanie kościelnej hipokryzji? Pokazanie biskupów, zezwalających księżom na prowadzenie podwójnego życia, a zarazem odmawiających ofiarom seksualnych nadużyć jakiejkolwiek pomocy? Opowiedzenie o cynicznych księżach, rozbijających rodziny i szastających pieniędzmi? Spowodowanie, że ludziom otworzą się oczy?
Jeśli tak, nie wróżę sukcesu. Bo nie jest nim raczej przekonanie już przekonanych. Inni po książkę albo w ogóle nie sięgną (w końcu dobrze wiedzą czego należy się spodziewać po czymś firmowanym logo Agory), albo przeczytają i pozostaną z absmakiem, jak ja. Bo w 2017 roku nie odkrywa już ona Ameryki, nie oszukujmy się. O tym, że moralna kondycja katolickiego duchowieństwa nie jest najlepsza, wiadomo od pewnego czasu. Mnożą się doniesienia o nadużyciach czy wręcz przestępstwach, w tym także na tle seksualnym. Sposób rozwiązywania tych problemów jest niewątpliwie, oględnie mówiąc, niewystarczający. Jest tu więc spore pole do popisu, także dla reportera. Można by też pogłębić, zarysowany w jednym czy dwóch tekstach, temat niedojrzałości większości kandydatów na księży i tego w jaki sposób seminaryjna formacja tylko tę niedojrzałość umacnia. Ciekawe byłoby też skupienie się na tym, kim są partnerki (lub partnerzy) księży. Wszystkie te tematy Wójcik zarysowuje, jednak boi się postawić kolejnego kroku, w każdym razie ja odniosłam takie wrażenie. Ani na chwilę nie wyłania się zza pleców swoich bohaterów, nie opatruje ich opowieści jakimkolwiek komentarzem. To jego wybór, do którego jako autor ma pełne prawo. Być może jednak dlatego jego książka ostatecznie nie wypada przekonywująco, jest letnia, takie ni to, ni sio.

Być może jest to książka dla księży, byłych księży i przyszłych księży, nie wiem. Być może tylko oni potrzebują nazwania tego, o czym większość wie, choć nie mówi o tym głośno. Może im potrzebne jest przeczytanie kilku szokujących historii, okraszonych paroma „mądrościami” (jak w najnudniejszym – celowo? – rozdziale „Uwiąd rdzenia”, zawierającym swego rodzaju rys historyczny dotyczący celibatu lub w tekście „Większa miłość” złożonym niemal wyłącznie z wypowiedzi seksuologów), wgląd w to, jak odchodzenie od przestrzegania celibatu się zaczyna i jak może się skończyć. Każdy z nich znajdzie coś dla siebie – są tu historie o księżach, którzy odeszli z kapłaństwa, bo się zakochali i potem dobrze/źle* (*niepotrzebne skreślić) skończyli, jak również o takich, którzy nie odeszli i nie odejdą, ale nie dlatego, że wierzą w celibat, tylko dlatego, że takie odejście nie jest im do niczego potrzebne. Pokazana jest perspektywa zakochanej kobiety, ale także ofiary księżowskiego molestowania. Ba! Jest nawet, choć jakiś taki cichy, głos księdza wierzącego w celibat i starającego się go dochować. I wreszcie na koniec, waląca po łbie niedomyślnego czytelnika, puenta w postaci opowieści o tym, że zniesienie celibatu wcale nie oznacza końca problemów, a raczej tylko otwarcie worka z nowymi.

Tak, autor naprawdę się postarał. Tylko nadal nie wiem po co. Skończyłam czytać, przepłukałam usta, bo owszem, momentami zbierała się w nich gorycz, i jestem, znów nówka sztuka. Dajcie mi następną książkę, chętnie przeczytam.

A tymczasem, dziesięć lat temu w tym samym kraju ukazał się zbiór reportaży Wojciecha Tochmana „Wściekły pies” (pisałam o nim tutaj, choć skupiałam się wówczas na całkiem czym innym). Okładka jednej i drugiej książki jakby podobna, niestety nie zawsze inspiracje formą idą w parze z inspiracją jakością.

źródło zdjęcia

Tak bowiem jak okładka „Wściekłego psa” jest autorskim pomysłem grafika, Jakuba de Barbaro, podczas gdy okładka „Celibatu” bazuje na zdjęciu wziętym z banku gotowych zdjęć, tak tekst Tochmana  - tytułowy „Wściekły pies”, jeden z kilku tylko reportaży w zbiorze - jest czymś więcej niż tylko zgrabną historią, dobrze pasującą do banku opowieści. Niewygłoszona nigdy, zajmująca niewiele ponad dwadzieścia stron druku, homilia homoseksualnego księdza zakażonego wirusem HIV robi większe wrażenie i skłania ku głębszej refleksji niż blisko trzysta stronic tekstów Wójcika. U Tochmana jest życie, z jego niejednoznacznością, są wybory, dramaty, jest cierpienie. U Wójcika niby też, a jednak jakieś mniej przekonywujące. Jak gdyby autor wiedział, co chce napisać, ale jednak cofnął się wpół słowa.
Można, jasne. To bardzo wygodne i bezpieczne.

Ja jednak sięgnę po kolejną książkę Marcina Wójcika, poświęconą tematom okołokościelnym, dopiero wówczas, gdy będę pewna, że autor wyszedł już z własnej strefy bezpieczeństwa.  

Marcin Wójcik „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu”. Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017.

19 komentarzy:

  1. dla mnie był to pretekst by zajrzeć w sfery tabu, ale masz rację dużo goryczy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tabu jak tabu, naprawdę nie znasz żadnego księdza prowadzącego podwójne życie? To bardziej hipokryzja niż tabu, moim zdaniem. Albo hipokryzja udająca, że jest tabu.
      I owszem, gorzkie to. O ile jednak poszczególne teksty broniły się jako pojedyncze - gorzkie - reportaże drukowane w Dużym Formacie, o tyle jako całość potrzebowały czegoś jeszcze. Czego zabrakło.

      Usuń
  2. Odkąd ze 20 lat temu przeczytałem uroczą książkę Byłem księdzem niejakiego Jonasza nic mnie już nie rusza. Wtedy to było łamanie tabu, zmowy milczenia i czego tam jeszcze. Kwestie celibatu mam przerobione też na gruncie lokalnym, bo nic tak nie aktywizuje wiernych, jak księżowska kochanka. Kolejny zbiór historii nie wydaje się ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochanka albo porsche :P

      Usuń
    2. U nas parafia uboga, porsche nie wchodzi w grę :P

      Usuń
    3. Kochanka lub kochanek, stwierdziłby uważny czytelnik książki Wójcika...
      A "Byłem księdzem" to był swego czasu hit, pamiętam jak dziś. Niestety(?) nie czytałam, byłam wówczas młoda i pełna wzniosłych ideałów:P

      Usuń
    4. A ja byłem żądny tanich sensacji i jak widać, po latach mi się przydało, jedna książka mniej do czytania :)

      Usuń
    5. Sprytnyś i przebiegły. A do tego wiedziałeś co będzie w tej książce na dwadzieścia lat przed jej premierą, ho, ho!

      Usuń
    6. A może to autor recenzowanej czytał Jonasza i teraz wykorzystał?

      Usuń
    7. Myślę, że nie. Gdyby czytał, pewnie nie chciałby zostać księdzem. Bo gdyby czytał i chciał, to pewnie by nim został i teraz miał się znakomicie (nie ma to jak dywagować na temat treści książki, której się nie czytało i jej wpływu na innych:P).

      Usuń
    8. Najfajniej się dyskutuje o książkach, których się nie zna. I o ludziach, których się nie zna :D

      Usuń
    9. Oj tam od razu się nie zna. Są tacy, którzy znają się na wszystkich i wszystko wiedzą, o! (w rodzinie miałam ksywę "Wszechwiedząca Wiedźma Ple-Ple":P)

      Usuń
    10. Wiedźma Ple-Ple? Och, ach, co za okrutnicy, co za krzywdząca szydera :D

      Usuń
    11. I tam, wybaczyłam im już dawno. A poza tym to faktycznie nader trafne było:P

      Usuń
    12. Odsłaniasz jakieś mroczne czeluście swojego charakteru :P

      Usuń
    13. Dopasowuję się do treści właśnie przeczytanej książki, niczym kameleon.

      Usuń
    14. Może poczytaj coś bardziej kolorowego, te czernie mogą Ci zaszkodzić.

      Usuń
    15. Niestety, na półce same czernie. Baaaardzo głębokie. Ale kto tonącemu zabroni?

      Usuń