środa, 2 maja 2018

S.Majcher "Gotuję, nie marnuję", czyli nie marnuj papieru (i pieniędzy nań)

„Oszczędność, niestety, nie jest cechą charakterystyczną polskiej gospodyni. Prawdą jest również, że praca zawodowa kobiet ogranicza w poważnym stopniu czas przeznaczony na prowadzenie gospodarstwa domowego. Stąd dążenie do maksymalnego upraszczania prac związanych z utrzymaniem w porządku mieszkania, a zwłaszcza z przyrządzaniem posiłków.”

To wstęp do wydanej 35 lat temu książki kucharskiej – poradnika „Nie tylko dla jaroszów” autorstwa Zofii Zawistowskiej. Choć służył on wówczas przekonaniu czytelnika (czy raczej czytelniczki – autorce zdawało się nie mieścić w głowie, że codziennym gotowaniem dla rodziny mogą zajmować się mężowie i ojcowie) do dań jarskich, głównie z ekonomicznej konieczności (informacja dla młodszych wiekiem: w roku 1983 w Polsce obowiązywały kartki na mięso), to jednak wydaje się częściowo odpowiadać także na pytanie dlaczego dzisiaj, pod koniec drugiej dekady XXI wieku, marnujemy tyle jedzenia.

Niemarnowanie jedzenia to teraz temat trendy. Po okresie rozpusty i zachłyśnięcia się powszechną dostępnością wszystkiego (najgorzej wydaje się obecnie być z pieniędzmi, wszystko inne jest na wyciągnięcie ręki), przyszedł czas na opamiętanie.

Ratuj jedzenie, które dla innych jest marzeniem” – to hasło akcji prowadzonej przez polską Federację Banków Żywności. Kto jest jej adresatem?
Na pewno ja i moja rodzina. Niestety wyrzucamy, niestety nie przejadamy, niestety kupujemy za dużo i bez sensu. I tak już od pewnego czasu.

Nie wiem, czy marnowanie żywności jest tylko problemem lepiej sytuowanych mieszkańców większych miast. Ale owszem, z mojego punktu widzenia jest to rodzaj nowobogackiej, zglobalizowanej fanaberii (mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa!). Przeradzającej się coraz szybciej w chorobę.

Wszystko jest wszędzie i niemal zawsze.
Chcesz truskawek w środku zimy? Nie ma sprawy.
Masz ochotę dziś na kurczaka po tajsku, jutro na bigos, zaś pojutrze na łososia z grilla? Nic nie stoi na przeszkodzie, w końcu żyje się tylko raz.
Lubisz mieć wybór? Cóż prostszego – wystarczy kupić pięć gatunków sera i drugie tyle rodzajów warzyw (pomidor, ogórek, papryka, rzodkiewka i sałata), by potem móc wybrzydzać przy robieniu śniadania. A gdy okaże się, że masz ochotę na brie, podczas gdy w lodówce jest tylko rokpol, gouda, camembert, półtłusty twaróg i serek ricotta, zawsze możesz wysłać dziecko do sklepu.
Z drugiej strony, gdy wychodzisz codziennie z domu o siódmej rano, a wracasz o siódmej wieczorem, doprawdy ostatnią rzeczą, którą chcesz sobie jeszcze zaprzątać głowę, jest planowanie zbilansowanych posiłków na kolejny dzień.
Jeśli jednak mimo to przychodzi Ci do głowy myśl, że tym czego potrzebujesz jest świeżo wydana książka o tym jak nie marnować jedzenia, pamiętaj – bierz czym prędzej nogi za pas!



Sylwia Majcher jest – jak pisze o sobie na platformie „Z nami zdrowo” – „dziennikarką, blogerką i mamą, której dzieci najbardziej lubią czarne oliwki i hummus”.
Jakaż szkoda, że nie przeczytałam tego zdania, zanim kupiłam jej książkę. Byłabym kilkadziesiąt zeta do przodu, a w koszu miałabym dokładnie tyle samo niezużytego jedzenia, ile mam po zapoznaniu się z jej poradami.
Ale owszem, oficjalnie moje dzieci też najbardziej na świecie uwielbiają szpinak i kaszę pęczak. Gdybym miała konto na którymś z serwisów społecznościowych, ustawiłabym sobie jako profilowe ich zdjęcie, koniecznie bosonogich, nad miską z tymi boskimi pokarmami, a zachwyceni rodzice innych dzieci lajkowaliby mnie, spijając z mych internetowych ust wszystkie kolejne wyrazy. Kto wie, zachęcona sukcesem, może nawet wydałabym książkę o tym jak żywić dzieci. Choć może raczej o tym, jak ładnie ustawić je do zdjęcia.

Przeczytawszy „Gotuję, nie marnuję”, opatrzoną podtytułem „Kuchnia Zero Waste po polsku” (bo w tym kraju najlepiej sprzedają się angielskie nazwy, wiadomo), dowiedziałam się, że wszystko jest bardzo proste, a najlepiej zacząć od tego, że w sobotnie przedpołudnie wszyscy członkowie mojej rodziny usiądą razem i opowiedzą, na co mają apetyt. Wystarczy wówczas zanotować ich sugestie i wziąć pod uwagę przy tworzeniu domowego jadłospisu na najbliższy tydzień. Ponadto nie należy kupować na zapas, gdyż „nawet na niewielkich wsiach (…) sklepy otwierają się o świcie”, zaś „jeśli kończysz pracę w nocy, w drodze do domu na pewno spotkasz miejsce, gdzie uzupełnisz lodówkę”.
Dowiedziałam się również, że źródłem moich problemów jest chęć ugotowania posiłku z przeznaczeniem na więcej niż jeden dzień, gdyż na to, co zjadłam wczoraj, dziś nie będę już miała ochoty.
Poczułam się wprawdzie skonsternowana, gdy w innym miejscu dowiedziałam, że autorka zna „takie idealne domy, w których jadłospis powstaje na cały tydzień i nie ma odstępstw od ustalonej wizji. Zakupy robione są najczęściej w weekend i potem sukcesywnie wykorzystywane zgodnie z określonym harmonogramem.” Wytłumaczyłam to sobie jednak tym, że mieszkańcy owych domów z pewnością posiadają także idealne kubki smakowe, które zawsze mają ochotę na to, co na dany dzień z góry zaplanowano im w jadłospisie. Potem przypomniał mi się również mój nieżyjący sąsiad, który przez 30 lat niezmiennie żądał w niedzielę rosołu, w poniedziałek pomidorowej, we wtorek ogórkowej i tak dalej, a jego żona była z tego powodu zachwycona, gdyż nie musiała martwić się i wymyślać co by tu ugotować na obiad. Czym prędzej zapragnęłam być więc jak ona. No, może bez brodawki na policzku.

Wiem, to z mojej strony czysta złośliwość,
ale nie mogłam sobie odmówić umieszczenia
tej książki w mojej szafce z zapasami na czarną godzinę
Następnie okazało się, że nie powinnam mieć w domu więcej niż jeden rodzaj ulubionej kaszy i jedno opakowanie jednego rodzaju makaronu. Szkoda, że nie wiedzą tego moje dzieci, namiętnie jadające pomidorówkę z makaronem nitki, który jednak nijak nie nadaje się do innych niż zupa dań obiadowych. Poza tym promocja na włoskie makarony (50% zwykłej ceny, a to robi różnicę) nie zdarza się codziennie, ale być może nie da się jednocześnie oszczędzać i nie wyrzucać.
Dalej autorka zapewniła mnie, że moje życie odmieni się, gdy zacznę mrozić, suszyć, kisić i wekować. Ponieważ dotąd wykonywałam tylko pierwszą i ostatnią z wyżej wymienionych czynności (dzięki czemu moja zamrażarka od dawna jest najzimniejszym koszem na śmieci w całym domu, a regał w piwnicy stał się miejscem eksperymentów chemicznych [czy ten słoik wybuchnie po 10 latach od zawekowania, czy dopiero po 12?]), poczułam się mała i nic niewarta. A że naprawdę bardzo pragnę zmiany, postanowiłam czym prędzej wcielić w życie wszystkie przeczytane porady.

Wróciwszy zziajana do domu w sobotni poranek (wstałam o świcie, gdyż tylko wtedy mogę odpracować weekendową porcję sportu, którego niezmiennie domaga się mój kręgosłup), zjadłam szybko śniadanie, które przygotował mi małżonek (nie, żebym narzekała, ale zrobił mi kanapkę z nowym hummusem, podczas gdy na drugiej półce lodówki, w jej prawym rogu, tuż za słoikiem z musztardą, stało już otwarte opakowanie z połową starego), po czym odwiozłam młodsze dziecko do szkoły muzycznej, a następnie (odsiedziawszy w szkole czterdzieści pięć pełnych strasznych dźwięków minut) przywiozłam je stamtąd. Wówczas (a było południe) spróbowałam zlokalizować pozostałych członków rodziny (młodsze dziecko przezornie trzymałam na krótkiej smyczy). Niestety, okazało się, że w międzyczasie rozpełzli się w niewiadomych kierunkach.
Przekląwszy szpetnie pod nosem i skonsultowawszy się wyłącznie z Młodszym, udałam się na samodzielne zakupy. Kupiłam wszystko do sobotniego makaronu oraz niedzielnego kurczaka.
Gdy wróciłam, usłyszałam, że mąż nie chce makaronu w sobotę, zaś starszy syn kurczaka w niedzielę. Zgrzytnęłam zębami i oświadczyłam, że będzie makaron i już, a jak im się nie podoba, niech zrobią sobie coś innego. W odpowiedzi mąż ostentacyjnie udał się samodzielnie do najbliższego sklepu, po czym przystąpił do gotowania grochówki. W zamierzeniu miało być jej troszeczkę, jednak niechcący sypnęło mu się za dużo grochu.

W niedzielę przy śniadaniu nie obyło się bez zgrzytów, gdyż mąż zrobił wszystkim kanapki ze starym hummusem, który trzeba było skończyć. Niestety, nikt nie miał na niego ochoty (ja też).
Następnie starszy syn oświadczył, że na obiad to on zjadłby najchętniej szparagi, a kurczaka nie chce. Może ewentualnie zgodzić się na pomidorówkę (akurat nie było). Grochówki też nie chce.
Ostatecznie na obiad Starszy zjadł kanapki z dżemem (otworzył słoik truskawkowego, gdyż nie lubi porzeczkowego, którym zajada się z kolei Młodszy). Mąż grochówkę. Ja z Młodszym dojedliśmy wczorajszy makaron. Kurczak został się niczym sierotka.

W poniedziałek wstałam o świcie, aby kupić pieczywo (w sobotę zapomniałam, a w niedzielę sklepy były nieczynne). Niestety, najbliższy otwarty od rana sklep z  pieczywem jest oddalony od naszego domu o dwadzieścia minut drogi pieszo. Do listy zakupów czym prędzej dopisałam więc psa, uznając, że dzięki niemu poranny spacer będzie miał więcej sensu. Po powrocie zorientowałam się, że zapomniałam powiedzieć mężowi, który wstał w międzyczasie, aby przygotować śniadanie, żeby nie otwierał nowego opakowania sera, bo w lewym rogu trzeciej półki lodówki jest otwarte poprzednie. Kanapki ze świeżym serem są jednak znacznie smaczniejsze niż ze starym, przyznaję.
Oba słoiki z dżemem zostały tego dnia otwarte i nietknięte. Dzieci nie mogą jeść przecież codziennie tak niezdrowych rzeczy, nieprawdaż?
Przygotowanie wypełnionych zdrową zawartością śniadaniówek dla dzieci zajęło mi tak dużo czasu, że dla siebie zdążyłam chwycić tylko jabłko. Pocieszyłam się myślą, że w pracy zamówię zdrowy obiad z pobliskiej wegańskiej knajpy, a ugotowana w piątek kasza jęczmienna (przez jakiś czas łudziłam się, że zdążę wrzucić ją do termosu) wytrzyma jeszcze jeden dzień.

Tego dnia do domu wracałam o 20.30, marząc, by znaleźć się w nim czym prędzej i zalec w wannie. Na śmierć zapomniałam o kurczaku. Gdy dotarłam, okazało się, że starszy syn za nic nie umie zrobić zadań z matematyki, zaś młodszy zapomniał jak gra się gamę harmoniczną b-moll, którą miał tego dnia wyćwiczyć na blachę. Ponieważ w naszej rodzinie to ja mam wykształcenie muzyczne oraz udzielałam onegdaj korepetycji z matematyki, mąż spojrzał tylko wymownie i powiedział, że zrobi tego kurczaka, a ja mam zająć się dziećmi. Zanim powiedziałam mu, że w lodówce na drzwiach jest otwarta pomidorowa passata, przyniósł z piwnicy kolejny słoik i otworzył, dodając jego zawartość do sosu.
Myjąc tego dnia zęby, przewertowałam po raz kolejny książkę Sylwii Majcher, niestety nie znalazłam informacji na temat tego, jak poradzić sobie w takiej sytuacji.

Gdy kładłam się spać, była 23.30. Budzik nastawiłam na 5.00, bo starszy syn miał następnego dnia lekcje na 7.10, a przygotowanie zdrowego, zbilansowanego śniadania (najlepiej z resztek) zajmuje nieco więcej czasu niż posmarowanie chleba dżemem.
Tej nocy spałam fatalnie. Śniły mi się liście rzodkiewki wypełzające z kosza na śmieci i łypiące na mnie z wyrzutem. W związku z tym inne wyrzuty (sumienia) obudziły mnie o 4.58.
Rozpoczął się kolejny fascynujący dzień mojego życia.
W którym – wiem to już teraz na pewno – nie ma miejsca na książkę Sylwii Majcher z jej przepisami i poradami.

Być może mój problem polega na tym, że doskonale wiem, co należy zrobić, aby być tak świetnie zorganizowanym i uporządkowanym jak pani Majcher.
Rzucić mianowicie wszystko w cholerę. Męża i dzieci najlepiej też, bo tylko psują wszystkie plany.
Wiem również i bez czytania w książkach, że to co robię (marnuję jedzenie), jest złe.
Jeśli ktoś pogrozi mi w związku z tym palcem, przywołując szereg liczb (cytuję za autorką: „Federacja Polskich Banków Żywności policzyła, że czteroosobowa rodzina z powodu nieprzemyślanych zakupów i nieumiejętnie wykorzystanych produktów traci rocznie 2500 złotych”), z pewnością bardzo się zmartwię.
Jeśli jednak ów ktoś będzie przy tym epatował swoją doskonałością, rzucając co chwila, niby od niechcenia: „każdy może zmienić te liczby. Trzeba tylko dostrzec w resztkach potencjał”, trafi mnie jasny szlag. A w ślad za nim ciemna cholera.

Nie twierdzę, że zmiany nie są możliwe, nie szukam usprawiedliwienia dla własnej nieudolności. Moje życie wygląda jednak tak a nie inaczej i na razie nie zanosi się na to, aby mogło się zmienić (chętnie porozmawiam z panią Majcher za parę lat, gdy jej dzieci będą nieco starsze, a moje jeszcze starsze. Kto wie, może udzielę jej nawet wówczas kilku porad).
Nie chcę żyć wyłącznie w kuchni, przygotowując codziennie coś nowego (i cóż, że zgodnie z planem?), bo wiem czym to pachnie. Jakiś czas temu z przyczyn zdrowotnych przez pół roku musiałam skoncentrować się głównie na przygotowywaniu jedzenia: owszem, byłam wtedy dużo bardziej sprawna i zorganizowana, znacznie mniej marnowałam, lepiej też się odżywiałam. Przez te sześć miesięcy chodziłam jednak stale niewyspana (żeby zdążyć wszystko przygotować, musiałam wstawać wcześniej, później też chodziłam spać, gdyż np. dania obiadowe na następny dzień przygotowywałam wieczorem) i nie miałam czasu na nic innego poza planowaniem posiłków i ich przygotowywaniem. Przykro mi, na dłuższą metę chromolę takie życie.

Poza tym, w moim domu poszczególni członkowie rodziny mają różne preferencje. Ja jem mało mięsa, a okresowo wcale, mój mąż mógłby żywić się wyłącznie nim. W efekcie często każde z nas przygotowuje sobie inny posiłek, uwzględniając dodatkowo, co nie ułatwia sprawy, życzenia dzieci (każde z nich ma inne, jakież szczęście, że nie jesteśmy rodziną wielodzietną!).

Żywe są też wszelkiego rodzaju uprzedzenia: ugotowanie bulionu z obierek, na który przepis podaje Sylwia Majcher, spowodowałoby, że miałabym do dyspozycji dwa litry tego płynu wyłącznie dla siebie, gdyż nikt inny w moim domu nie tknąłby go nawet palcem u nogi. Ale tak, owszem, czy wspominałam już, że moje dzieci, mając do wyboru chipsy i szpinak, zawsze wybiorą szpinak?


Czepiając się jeszcze bardziej, dodam, że w książce „Gotuję, nie marnuję”, nie znalazłam najmniejszej choćby wzmianki o tym, że owszem, można z powodzeniem wykorzystywać w kuchni liście rzodkiewek czy obierki z ziemniaków, jednak pod warunkiem, że pochodzą z warzyw ekologicznych. Nie przeczę, że ideałem byłoby wykorzystywanie wszystkiego do ostatniego okruszka, jak to robiły nasze babcie (pani Majcher zachęca: „z kilograma ziemniaków można mieć nawet 300 gramów obierek, które zamiast do śmieci trafią na stół jako chrupiąca przekąska”). Babcie te jednak posiadały zazwyczaj własne grządki, na których hodowały własne, niepryskane marchewki czy rzodkiewki. Tymczasem te warzywa, które są współcześnie dostępne w sklepach, obfitują głównie w pestycydy (ziemniaki od lat znajdują się na tzw. liście „brudnej 12-tki”, czyli najbardziej zanieczyszczonych pestycydami warzyw). Z dwojga złego wolę więc wyrzucić, niż zmarnować swoje zdrowie.

Wreszcie, nie można zapominać, że nie każdy jest talentem kulinarnym, który potrafi „z teoretycznie pustej lodówki (…) wyczarować rewelacyjny posiłek”, jak „autorytarnie” stwierdza Sylwia Majcher. Otóż, ja jestem kulinarnym głąbem, który owszem, umie ugotować coś dobrego, a nawet bardzo dobrego, o ile ktoś najpierw mu powie jak ma to zrobić. Przez lata spędzone w kuchni wyuczyłam się wielu rzeczy, jednak brakuje mi owego kulinarnego zmysłu, polotu, który sprawi, że zwiędłe rzodkiewki zobaczę w innej niż tylko kompostowej roli. Potrzebowałabym więc książki dla nielotów, z prostymi jak budowa cepa poradami. Parę takich w omawianej książce znalazłam, za mało jednak, bym uznała, że jest ona warta wydanych na nią pieniędzy.

Spróbuj zawsze myśleć w taki sposób, który pozwoli ci zaoszczędzić czas, energię i w efekcie pieniądze”, zachęca Sylwia Majcher.
Następnym razem pomyślę zatem. Zanim kupię książkę.

Sylwia Majcher „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia Zero Waste po polsku.” Buchmann, Warszawa 2018.

53 komentarze:

  1. Och, jak ja kocham takie poradniki i takie panie :P
    Typowy dialog kulinarny w moim domu wygląda tak.
    Starsze dziecko otwierając pełną lodówkę: Znowu nie ma nic do jedzenia?
    Rodzice: Jak to nie ma? Pełna lodówka.
    SD: ....
    Rodzice: To co byś zjadła?
    SD: ....
    Rodzice: Powiedz, na co masz ochotę, to kupimy
    SD: .... Trzask drzwi lodówki, sucha kajzerka wyjmowana z chlebaka, potępieńcze trzaśnięcie drzwiami pokoju.
    Finał.
    Więc teges. Pizzę robię w czterech wersjach. Obiady ostatnio dzielą się na te dla dzieci, przy czym w grę wchodzi ograniczona liczba składników, i na te dla dorosłych, przy czym dla mojej żony bez mięsa, glutenu i laktozy. Szczęśliwie mamy za domem dwa wielkie kompostowniki i nic się nie marnuje :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakbyś o mojej córce pisał! Suche pieczywo to najczęstszy zapychacz w sytuacjach pełnej lodówki, w której NIC nie ma. I moje głuche prośby: "posmaruj sobie", "weź chociaż kabanosa do tego". taaa...
      Agieszka

      Usuń
    2. Dobrze wiedzieć. Chociaż moja rodzona siostra do 13 roku życia żywiła się kajzerkami i żółtym serem, a potem wyrosła, więc jest nadzieja :)

      Usuń
    3. No proszę, to u mnie jest znacznie lepiej. Jak już zjedzą pęczak ze szpinakiem (wiadomo!), zazwyczaj jedzą większość innych rzeczy. Z naciskiem na "większość" i "zazwyczaj". Ale i tak jakiś czas temu ustaliliśmy z małżonkiem, że w naszej lodówce zawsze musi stać garnek pomidorówki - znakomicie rozładowuje kulinarne napięcia:P

      Usuń
    4. Piotr: przypomniała mi się historia przeczytana kiedyś gdzieś w sieci (przywołuję, z pewnością przekręcając, ale mniejsza o drobiazgi):
      W cukierni:
      - Z czym są te ciastka? - pyta klient
      - Te ciastka są bez, proszę pana. Bez glutenu, bez cukru i bez laktozy. - odpowiada sprzedawca.
      - I bez smaku - rzuca następna osoba z kolejki.
      - Nie szkodzi, to dla żony.

      Może to o Tobie było?

      Usuń
    5. Całkiem możliwe, gdyż zwykle w różnych miejscach kupuję różne tego rodzaju produkta :P

      Usuń
    6. Istotniejszy w tym przypadku wydaje się jednak całkowity brak troski o doznania smakowe małżonki, wstydź się!

      Usuń
    7. No sorry, coś bez mleka, tłuszczu, glutenu, cukru nie ma prawa mieć smaku :P

      Usuń
    8. Wszystko ma jakiś smak. Inna sprawa - jaki.
      Ale jak znam takie osoby jak Twa małżonka, z pewnością argumentuje, że to Twoje kubki smakowe są zalepione syfem i dlatego nie czujesz tej subtelnej harmonii i symfonii jaka rozbrzmiewa w jej ustach (albo jakoś tak):D

      Usuń
    9. A wiesz, że nawet nie? Taka to szlachetna jednostka :)

      Usuń
    10. Piotr u mnie podobnie - w lodówce nigdy nic nie ma. Syn lubi jeść i to bardzo, ale bez tego i tamtego i tego jeszcze. A ja bez mięsa, bez laktozy i bez fruktozy :P

      Usuń
    11. Och, to tym starannie i czulej powinieneś wybierać jej wszystkie bezy!

      Usuń
    12. :D I ostatecznie wychodzi na to, że w domu musi być tona kajzerek, osiem paczek makaronu rurki i popcorn do mikrofalówki. I kasza gryczana.

      Usuń
    13. Zwykle nikogo tu nie ma, a teraz piszecie aż nie nadążam. Foch!

      Usuń
    14. @Momarta: to są najczulej wybierane bezy na świecie :P Równie czule wybieram tofu, soczewicę oraz jogurty sojowe.

      Usuń
    15. O ile czułość przy wyborze tofu rozumiem (niektóre tofu, które są w sprzedaży są całkowicie niejadalne), o tyle z jogurtami sojowymi nie da się chyba nic zrobić. Można tylko zamknąć oczy albo uciec czym prędzej.

      Usuń
    16. Od razu widać, żeś nigdy nie wybierała miłośnie jogurtów sojowych. Truskawkowy czy jeżynowy? Wziąć dwa opakowania czy trzy, bo akurat promocja? Jak trzy, to dwa jeżynowe i truskawka czy odwrotnie? Mnóstwo dylematów, trudne, bolesne wybory :D

      Usuń
    17. Gdybym wybrała jakikolwiek jogurt sojowy, byłby to koniec tej miłości. Dlatego też miłośnie wybieram wyłącznie golonki:D Zawsze tylnie oraz dwie jednocześnie, żeby nie było dylematów - prawa czy lewa. Ot, małżeńska rutyna!

      Usuń
    18. U nas końcem byłaby golonka :P Ale za to do upojenia możemy sobie wybierać śledzie.

      Usuń
    19. O, śledzie też u nas tak działają. Lodówka bez śledzia = nieszczęście w domu.

      Usuń
    20. Czyli są rzeczy, które mogą połączyć zdeklarowanych mięsożerców, zdeklarowanych zwolenników diety bezowej oraz całą resztę? Jest nadzieja dla tego świata!

      Usuń
    21. Śledź to nie mięso, wiadomo :D Poza tym jest bezmleczny, bezglutenowy i zawiera warzywa :D

      Usuń
    22. Mię w szkole uczyli, że śledź zawiera (w brzuchu) plankton, nie warzywa. Ale uczyli mnie też, że są tylko trzy oceany, podczas gdy teraz okazuje się, że jest ich (chyba) pięć, więc mogę się mylić:P

      Usuń
    23. To była komunistyczna szkoła, siejąca dezinformację i ideologię, w kwestii śledzia pewnie też :P Poza tym śledź w cebuli albo z suszonymi pomidorami ewidentnie się liczy jako sałatka warzywna.

      Usuń
    24. Hm, niby tak. Z drugiej jednak strony, była ośmioklasowa, co znów jest jedyną słuszną opcją. Niewątpliwie zaś wiedza absolwenta ośmiu klas jest głębsza niż wiedza tego, który ukończył ledwie klas sześć, nieprawdaż?:P
      A jeśli chodzi o śledzia, na jego korzyść działa też podawanie go z dużą ilością tłuszczów nienasyconych, korzystnie wpływających na stan skóry, włosów i układu nerwowego. Taki śledź w oleju, z cebulą na przykład - aż dziw, że nie stał się dotąd podstawą żadnej z diet!

      Usuń
    25. Ale to było niesłuszne osiem klas!
      Na korzyść śledzia działa WSZYSTKO :D A na dietę śledziową się piszę.

      Usuń
    26. Och. To było brutalne.
      W zamian złośliwie opowiem Ci, że tydzień temu kupiłam TAKIEGO śledzia, że pierwszy raz w życiu, krojąc je do sałatki, zeżarłam sama dwa filety bez niczego (a był to śledź z solanki). O!:P

      Usuń
    27. Brutalne, ale cóż, przywyknijmy wreszcie do myśli, że my też jesteśmy niesłuszni jako uczestnicy minionego systemu.
      Proszę mię tu nie opowiadać o śledziach, bo akurat w domu nie ma ani jednego. Za to w wakacje, korzystając ze zmiany miejscówki, mam zamiar spróbować słynnych kanapek śledziowych z wyspy Wolin. Albo Uznam.

      Usuń
    28. O, proszę, a gdzież to się tym razem wybieracie? I nie to, żebym zniechęcała, ale w lokalnych miejscowościach nadmorskich to akurat słabo z wyposażeniem w śledzie w kanapkach:(

      Usuń
    29. Do Międzywodzia. A kanapki ponoć po niemieckiej stronie dają, takie krążą legendy.

      Usuń
    30. A, jak po niemieckiej stronie, to się zgadza. W Szczecinie też się pojawiały, tyle że efemerycznie. Ostatnio nie widziałam, ale nie jestem na bieżąco.
      Jeśli będziecie spragnieni towarzystwa, oferuję krótkotrwałe nawiedzenie w gratisie (zakładam, że będziecie tam w lipcu, a ja tym razem w lipcu pracuję, co jednak nie wyklucza spontanicznego wyjazdu nad Bałtyk:D)

      Usuń
    31. Przepędzamy dwa środkowe tygodnie lipca i jesteśmy otwarci na życie towarzyskie :) A nie znasz jakiejś dobrej przydrożnej knajpy przy trasie z Warszawy do Szczecina?

      Usuń
    32. No proszę, jeśli Wam się nie odmieni i nie zaczniecie się ukrywać, mogę oprowadzić Was po śledziowej okolicy, a w razie deszczowych chwil (tfu, tfu!) zaprosić do Szczecina, który także leży nad morzem.
      Co do knajp, popytam znajomych, bo ja to zazwyczaj pokonuję tę trasę pociągiem. A planujecie jechać autostradą czy jakoś inaczej?

      Usuń
    33. O ile nie dostaniemy jakichś szpecących parchów, to raczej nie będziemy się ukrywać :) Na autostradę ponoć nas nie stać, więc chyba inaczej.

      Usuń
    34. Momarto, bardzo pyszne bułki ze śledziem można zjeść w Ueckermunde! Taka knajpa na łajbie, koło mostu. Masz rzut beretem, więc rekomenduje spróbować :)
      Agnieszka

      Usuń
    35. Faktycznie, nawet kiedyś jedliśmy, dzięki za przypomnienie!:D A tym razem w czasie majówki wybraliśmy się do Eberswalde - równie przyjemnie, choć bez śledzia.
      A w Szczecinie widziałaś gdzieś ostatnio?

      Usuń
    36. @Piotr: popytam i dam znać. Szpecące parchy? Nad pięknym polskim morzem na zachodniopomorskim wybrzeżu? Phi!
      I z Międzywodzia do Ueckermuende też nie tak daleko:D

      Usuń
    37. Dzięki. Miejscówkę śledziową sobie zapisałem :)

      Usuń
    38. Niestety nie wiem. Kiedyś (2 lata temu?) na rogu Jagiellońskiej i W. polskiego było Fischbrotchen. Mieli smaczne buły z matiasem, ale chyba już się wynieśli. Wiem też, że w restauracji Na kuncu korytarza spotyka się regularnie grupa śledziożerców i w menu mają śledzie w wielu odsłonach.
      Agnieszka

      Usuń
    39. Fischbrotchen było znakomite, niestety umarło na amen, zdaje się. A śledź w restauracji to nie to samo, co śledź w bule, chociaż z drugiej strony, mam tam z pracy wstrząsająco blisko i kiedyś mogłabym spróbować.
      Śledziowe menu wygląda obiecująco: http://www.nakuncu.pl/cbnn2_mala_kolekcja_sledziozercow.htm :D

      Usuń
  2. Jak miło rozpocząć dzień salwami śmiechu, co mnie się przydarzyło czytając twego posta. Niestety także należy do osób, które marnują jedzenie i wcale się z tym dobrze nie czuje, tym bardziej, że pretensje mogę mieć tylko do siebie. Nie mam na kogo zwalić własnej bezmyślności i choć co jakiś czas próbuje to zmienić, to myśl, że miałabym kilka godzin tygodniowo spędzać na pogrążeniu, komponowaniu posiłków skutecznie mnie odstręcza od tego pomysłu. Zwłaszcza kiedy brakuje czasu na kilka godzin tygodniowo na większą aktywność fizyczna, Kilka godzin na porządki, na czytanie, itp... choć może zacznę od dziś mając wszelkie szanse na racjonalne komponowanie posiłków, bo wracam z podróży, a sklepy raczej zamknięte.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miły początek dnia zawsze w cenie - cieszę się, że pomogłam Ci go zapewnić:)
      Planowanie jest niestety absolutnie konieczne, inaczej kończysz tak jak ja, czyli wracasz do domu z trzecim opakowaniem kaszy jęczmiennej, bo nie sprawdziłaś przed wyjściem czy jeszcze jest, a gdy byłaś w sklepie, byłaś absolutnie przekonana, że nie ma. I pewnie dlatego moje szanse na zmianę są nikłe - zdecydowanie wolę poświęcać czas innym zajęciom. Zgroza i pioruny!

      Usuń
  3. O co mi chodziło z tym pograzaniem nie mam pojęcia. Chyba chodziło o pitraszenie, które tablet zamienił na pogrążenie.:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wszyscy doświadczyliśmy takich wyczynów cyfrowej pseudointeligencji, więc luuuz!:)

      Usuń
  4. Wiesz jaką ja mam sposób na niemarnowanie jedzenia? Pies! Kup sobie psa. :) Najlepiej żarłocznego i wszystkożernego, jak mój. Czego nie zje pies, przyjmie kompostownik i problem z głowy. Inna sprawa, że pies niekoniecznie powinien jeść przyprawione jedzenie... I że czasem musi iść na dietę ;)
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już drugi powód, dla którego należy mieć psa (pierwszy przywołałam w poście). Bardzo bym chciała, naprawdę. Ale na razie ciągle skutkowałoby to jego dręczeniem (mało który wytrzyma minimum 10 godzin sam w domu, bez sikania), więc pewnie przyjdzie mi czekać aż do emerytury. A że wtedy pewnie jej wysokość zmusi mnie do wyjadania okruszków ptakom z karmnika i o żadnym marnowaniu jedzenia nie będzie mogło być mowy, okaże się, że będzie to czas, w którym rozwiążą się jednocześnie wszystkie moje problemy:D

      Usuń
  5. Ech, marnowanie jedzenia. Coś przez co trafia mnie szlag i odkładają się boczki, bo robię w domu za tego psa, o którym wyżej, czyli wyżeram resztki. Mam na stanie gotującą Babcię. Fajne jest to, że po powrocie z pracy jest obiad. Niefajne, że babcia gotuje jak dla pułku dragonów. W międzyczasie gotuje Kitek, a to co zostaje z poprzedniego dnia nie trafia wówczas na stół. O i tak :( Zdarza mi się zatem jeść na śniadanie zupy czy drugie dania, bo ... Ok, widzę że już pisałem o trafianiu szlagiem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie w domu mój tata też robił za psa. I to mimo że psa prawdziwego też mieliśmy, ale jego wrażliwy żołądek nie pozwalał mu na zżeranie resztek:P (choć to raczej my mu nie pozwalaliśmy ich zjadać, wiedząc jak będzie potem wyglądało to, co trzeba będzie sprzątać. A że był to duży pies, to i sprzątania było zazwyczaj dużo). Mój mąż natomiast się zbiesił (a próbowałam wcisnąć go w tę rolę, nie powiem), w związku z czym jest jak jest. Czyli źle.
      A ze Twojej Babci nie da się zreformować, jak sądzę, pozostaje mi tylko pokiwać współczująco głową nad Twym losem. Choć zupy na śniadania to czasem jadam sama z siebie, akurat:)

      Usuń
    2. Jak już jesteśmy przy wicach. -Zjadłbyś to! -Psu daj! -Żeby się zatruł?! Babcia niereformowalna, ostatnio było starcie nt. fasolki szparagowej, którą chciała posiać, a ja stawiłem opór. - Przecież wszyscy lubią! - Mamo, jacy wszyscy? A jeśli wszyscy, to czemu jest cała szuflada w zamrażarce. Z tamtego roku! I foch. A ja z miesiąca na miesiąc sobie składam obietnice o przejściu na dietę (nie odchudzaniu, żeby była jasność) i za każdym razem są to czcze starania :(

      Usuń
    3. U nas w domu kot tylko prycha pogardliwie na widok niektórych resztek, które próbujemy upchać po wszystkich członkach rodziny. Reszta grzecznie zjada...
      A fasolkę szparagową chętnie bym Wam wyżerała, gdyby było bliżej. Czuję, że polubiłybyśmy się z Twoją babcią:D
      O przechodzeniu na dietę (nie tylko odchudzającą) wiem wszystko. Łączę się w bólu!

      Usuń
  6. Miałam kiedyś koleżankę mieszkająca we Francji, która, dopóki nie pracowała, planowała jadłospis na trzy tygodnie naprzód. Potem poszła do pracy. Gotuje tylko w weekendy. I pewnie nie marnuje jedzenia, za to zaśmieca Ziemię jednorazowymi opakowaniami. Idealne rozwiązania istnieją tylko w książkach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, no pewnie się da i w realu. Tyle, że wyłącznie w warunkach cieplarnianych, moim zdaniem. Ewentualnie osobom z zacięciem męczenniczo-cierpiętniczo-terrorystycznym ("wykorkuję, a ugotuję tę zupę z obierek", a potem: "dopóki nie zjecie zupy z obierek, nie dostaniecie nic innego!"):D

      Usuń