poniedziałek, 16 września 2019

PSO, czyli Prawo Sobie Olewamy (w szkole)


Pierwsze 2 tygodnie szkoły za nami (do wakacji jeszcze tylko 283 dni; stan na 16 września).
W większości placówek upłynęły pod znakiem PSO (przedmiotowych systemów oceniania), WSO (wewnątrzszkolnych systemów oceniania), lub – jak byłoby najpoprawniej, bo w zgodzie z ustawą o systemie oświaty - oceniania wewnątrzszkolnego.

Jak stanowi przepis (art. 44b ust. 8 ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty, dostępna np. tutaj): „Nauczyciele na początku każdego roku szkolnego informują uczniów oraz ich rodziców o:
1) wymaganiach edukacyjnych niezbędnych do otrzymania przez ucznia poszczególnych śródrocznych i rocznych ocen klasyfikacyjnych z zajęć edukacyjnych, wynikających z realizowanego przez siebie programu nauczania;
2)  sposobach sprawdzania osiągnięć edukacyjnych uczniów;
3) warunkach i trybie otrzymania wyższej niż przewidywana rocznej oceny klasyfikacyjnej z zajęć edukacyjnych.”

W tłumaczeniu zatem na język polski: nauczyciel musi poinformować o tym:
1) za co postawi uczniowi określoną ocenę (wyrażoną w skali 1-6, w każdym razie na koniec roku szkolnego),
2) jak sprawdzi czego uczeń się nauczył
oraz 3) co uczeń może zrobić, jeśli chce poprawić ocenę na koniec roku szkolnego (w stosunku do tej, która mu "wychodzi").

Nauczyciel nie musi informować o niczym więcej, choć oczywiście jeśli chce – może. To jednak co wymienione wyżej, MUSI zrobić.
Z rzeczy przymusowych nauczyciel nie może zapominać jeszcze o jednym. O tym mianowicie, że jeśli chce stawiać oceny, to tylko za to, za co przewiduje je ustawa.

O tym, za co można oceniać ucznia, pisałam szerzej tutaj. Przypomnę więc tylko zwięźle, że oceny z poszczególnych przedmiotów (bo są jeszcze oceny z zachowania) można stawiać wyłącznie za osiągnięcia edukacyjne ucznia (art. 44b ust. 1 pkt 1 ustawy o systemie oświaty). A polega to na rozpoznawaniu przez nauczycieli poziomu i postępów w opanowaniu przez ucznia wiadomości i umiejętności w stosunku do wymagań określonych w podstawie programowej kształcenia ogólnego lub efektów kształcenia i kryteriów weryfikacji w podstawie programowej kształcenia w zawodzie szkolnictwa branżowego oraz wymagań edukacyjnych wynikających z realizowanych w szkole programów nauczania” (art. 44b ust. 3 pkt 1 ustawy o systemie oświaty). Uff!

Ustawa ustawą, trzeba ją zastosować w rzeczywistości.
W tej zaś od lat niewiele się zmienia. Bo nie ma to jak utarta praktyka i „wszyscy tak robią”. To zwalnia z myślenia i daje nieco wolnego czasu. Nauczycielom. Gdyż rodzic dziecka szkolnego w pierwszych tygodniach września podpisuje hurtowo wklejone do uczniowskiego zeszytu a wręczone uprzednio przez nauczyciela, zapisane gęstszym lub rzadszym maczkiem, kartki.

A co na kartkach? Oto subiektywny przegląd. Przykłady dobrane z kilku szczecińskich szkół podstawowych, z rozmaitych klas (jednakże tylko z przedziału IV-VIII; zdjęcia powiększają się po kliknięciu w nie).

Przykład 1, historia klasa VI:


Długo, zawile i... nie na temat.
Ani słowa o tym do czego odnosi się tak pracowicie i skrupulatnie rozpisany przedział procentowy i ocenowy. Konia z rzędem temu, kto odgadnie, które treści podstawy programowej wpadają do której przegródki. Czy jeśli uczeń będzie wiedział wszystko o Łokietku, a o Kazimierzu Wielkim kompletnie nic (strzelam, nie mam pojęcia czego w tym roku szkolnym uczą się na historii szóstoklasiści), to na koniec roku szkolnego dostanie 3 czy 2?
Ocenianiu podlega w zasadzie wszystko (również to czy zeszyt jest w kratkę, w linie czy gładki oraz czy w piórniku ucznia jest klej), w tym również to, co ocenie w świetle ustawy nie podlega (aktywność, zadania domowe, diagnoza - bez wyjaśnienia czym ta ostatnia jest).
I wreszcie najważniejsze. Nieważne, że ustawodawca uważa, że uczeń może poprawić  planowaną ocenę roczną. W tej szkole i klasie oceny z historii poprawić nie może. Koniec i kropka. O!

Przykład 2, historia klasa VI po raz drugi:


W zasadzie można napisać: jak wyżej (a to dwie całkiem różne podstawówki!).
O ocenie rocznej wiadomo tylko tyle, że stanowi sumę punktów zdobytych w ciągu całego roku, ale już za co można dostać ile punktów, o tym nauczyciel milczy. 
Milczy również o możliwości poprawy oceny rocznej, nie zapominając jednakże o nałożeniu obostrzeń w zakresie możliwości poprawy ocen cząstkowych. Ciekawe w jaki sposób ustalił, że przy poprawie pracy pisemnej można otrzymać tylko 90% pierwotnie możliwych do zdobycia punktów? Czemu 90, a nie np. 50, albo 95%, hę?
Czytający wyraźnie czuje też ból, który towarzyszył przyjęciu przez nauczyciela do wiadomości faktu istnienia sześciostopniowej skali ocen. No okej, skoro już muszę, to niech będzie, że stawiam szóstki. Ale tylko tym, co mają 100%, buchacha!
No i jak zwykle: oceny (negatywne) za brak zeszytu, podręcznika. To może dla równowagi przewidzieć pozytywne za uśmiech na twarzy? Umocowanie prawne mniej więcej takie same.

Przykład 3, biologia klasa 7


Powtórzę się: jak wyżej i jeszcze wyżej (a dodam, że to kolejna, trzecia już, podstawówka).
Nie ma tego co być powinno, jest za to mnóstwo innych rzeczy, niezgodnych z przepisami. 
Pewną nowością jest natomiast to, że ten nauczyciel lub zagadki. "Ocena na koniec okresu i roku nie jest średnią arytmetyczną ocen cząstkowych". Hm, ciekawe czy za odgadnięcie czym w takim razie jest (poza tym, że słodką tajemnicą nauczyciela) przewidziane są nagrody?

Przykład 4, przyroda klasa 4:


Tak, to czwarta już podstawówka. W tej jeszcze nie byliśmy.
Tym razem widać staranność w przepisaniu fragmentów ustawy. Która, jak wszystkim wiadomo, napisana jest językiem zrozumiałym dla każdego dziesięciolatka (bo w tym wieku są czwartoklasiści, choć akurat w tej klasie większość stanowią dziewięciolatki, ups!).
Dużo słów, mało treści. 
Kiedy uczeń dostanie jaką ocenę? Nie wiadomo.
Jak może uzyskać wyższą ocenę na koniec roku? Nie wiadomo.
Ale wiadomo (po lekturze wcześniejszych przykładów), że można dostać oceny (dziwnym trafem wyłącznie negatywne) za to, co nie powinno podlegać ocenie w ogóle.

Przykład 5, język polski, klasa 6:


Żeby nie wyjść na zrzędę: widać, że nauczyciel postarał się dobrać język do możliwości percepcyjnych uczniów. Brawo!
Niestety jednak i w tym przypadku nie poinformował o tym, o czym miał obowiązek poinformować.
Nie ma ocen, są punkty. Nie wiadomo ani jak będą one przeliczane na oceny, ani kiedy i co na ile punktów nauczyciel oceni.
Wiadomo też, że poprawa nie jest czymś mile widzianym (znów tylko 90% punktów). Na pytanie o możliwość poprawy oceny rocznej odpowiedzi udziela tylko echo.
A jako prawniczka nie mogę przyczepić się do podstawowej rzeczy. 
"Zawrzyjmy umowę" - pisze nauczyciel. Brzmi to nieźle, naprawdę.
Dopóki człowiek nie wie, że umowa to wspólne ustalenia dwóch stron. Do których dochodzi się zazwyczaj w drodze negocjacji.
To jak, proszę pani (lub pana), co do którego z punktów jest pani/pan otwarta/y na sugestie uczniów?

Przykład 6 i ostatni, klasa 8, matematyka:

Wizualnie bomba!
Jasno i przejrzyście.
Koniec komplementów.
Bo jeśli chodzi o treść, niczym tak naprawdę to PSO nie różni się od poprzednich.

I co?
Mi bardzo smutno, a Wam?

Jak widać na załączonych obrazkach, w większości PSO nie ma tego co być w nich powinno, za to jest mnóstwo rzeczy niepotrzebnych, stojących ponadto często w jawnej sprzeczności z ustawą.
Często są one napisane językiem trudnym do zrozumienia przez dorosłych, a co dopiero przez dzieci.

Skłania mnie to do wystąpienia z apelem.

Drodzy nauczyciele!
Ustawodawcy, gdy nakładał na Was obowiązek przedstawienia uczniom (i ich rodzicom) zasad oceniania, naprawdę nie chodziło o to, byście pisali uczniom za osiągnięcie ilu procent (procent czego?) będziecie stawiali jaką ocenę. Oni mają wiedzieć czego mają się nauczyć, by wiedzieć, że dostaną np. trójkę. Muszą też wiedzieć w jaki sposób będziecie to sprawdzać, jakie kryteria zastosujecie.
To nie jest czas na puszczanie wodzy fantazji i wymyślanie za co by tu jeszcze można było ocenić ucznia.
Nie macie prawa stawiać ocen za estetykę prowadzenia zeszytu, najdrożsi pedagodzy. (Chyba że chodziłoby o przedmiot kaligrafia, ale o ile się nie mylę, fala resentymentalnych powrotów do podstaw programowych jeszcze nie dopłynęła do czasów międzywojennych.)
Za aktywność na lekcji też nie.
I za brak zadania domowego również nie (ale o tym dyskusje na różnorakich forach toczyły się już w ubiegłym roku szkolnym).
A tym bardziej za brak zeszytu. Oraz za to, że nie jest on w kratkę, a uczeń ma długopis z różowym, nie niebieskim wkładem.
I nie możecie napisać uczniowi, że nie może poprawić oceny na koniec roku. No naprawdę nie możecie, serio, serio. Bo on ma prawo ją poprawić. Tak stoi zapisane w ustawie. Której nie możecie zmieniać, bo tak.

Naprawdę, nie mamy złych ustaw edukacyjnych. Mamy tylko złe wyobrażenie na ich temat, które – kompletnie nie rozumiem dlaczego – w większości szkół faktycznie owe ustawy zastępuje.

Wróćmy zatem do przeciętnego rodzica, masującego nadgarstek po złożeniu kilkunastu podpisów w kilkunastu zeszytach.
Cóż oto robi przeciętny rodzic w takiej sytuacji?
Brawo, zgadliście.
Nic.
Przeciętny rodzic nie czyta tego co podpisuje. Jeśli zaś czyta, niezupełnie rozumie (ja tam mu się wcale nie dziwię). Jeśli rozumie, macha ręką.
Bo to tylko „takie papierki, wiecie państwo, Unia kazała/RODO (niepotrzebne skreślić), teraz taka biurokracja wszędzie”.
A poza tym, jeśli czegoś nie wiesz, to się nie denerwujesz, nieprawdaż? I cóż z tego, że dotyczy to Twojego dziecka? Ja chodziłam do szkoły, ojciec chodził do szkoły i przeżyliśmy, to i ono przeżyje.

Może tak, może nie. Ja tam oglądałam ostatnio od środka poradnie i oddziały psychiatryczne dla dzieci i młodzieży. Kłębiące się tam tłumy nie biorą się znikąd. Śmiem zaś twierdzić, i nie tylko w oparciu o doświadczenia mojego własnego dziecka, że jednym ze źródeł ich pochodzenia (choć, rzecz jasna, nie jedynym) są szkoły.

Czas na literacką dygresję.
Dzięki lekturze „Rany” Wojciecha Chmielarza, o której pisałam w poprzednim poście, przypomniałam sobie ostatnio reportaż Mariusza Szczygła „Śliczny i posłuszny”, opisujący historię nauczycielki (nazwanej na potrzeby reportażu Ewą T.), która zakatowawszy sześcioletniego pasierba i odbywszy orzeczoną wobec niej w związku z tym karę pozbawienia wolności, powróciła do pracy w szkole  (reportaż do przeczytania w książce M. Szczygła „Nie ma” lub tutaj). Ponieważ było to w moim przypadku kolejne czytanie tego tekstu, tym razem mogłam skupić się na jego tle, które dotychczas pozostawało w cieniu najbardziej wstrząsających faktów.
A w owym tle Mariusz Szczygieł napisał m.in. tak:

Ponieważ bywało się tu i tam, to czytając zasady uczestnictwa na lekcji matematyki u E.T., doznało się nawet pewnego szoku. Jedna z jej zasad brzmi: uczeń używa na lekcji długopisu w kolorze granatowym, użycie innego składa się na ocenę niedostateczną.
Może pan odnaleźć stronę WWW szkoły, gdzie Ewa T. aktualnie pracuje, i sprawdzić, jaki regulamin obowiązuje w sali, gdzie ona uczy".

Sprawdzam i nie chciałbym być uczniem Ewy T.
Uczniowie muszą przebywać w klasie w bezwzględnej ciszy. Uczeń, który nie usłyszy tego, co mówi nauczycielka, dostanie jedynkę. Uszkodzenie czegokolwiek w sali uczeń musi naprawić na swój koszt i otrzymuje ocenę niedostateczną. Nieporządek na ławce ma wpływ na ocenę. Uczniowie mają zająć miejsca raz im wskazane i mogą je zmienić, tylko kiedy nauczycielka wyda takie polecenie. Do jej poleceń trzeba stosować się natychmiast. Ma to się odbywać w ciszy, a uczeń musi się skoncentrować na prawidłowym i szybkim ich wykonaniu.
Żeby uczeń nie zapomniał o regulaminie, ma obowiązek wydrukować go z internetu i wkleić na drugą stronę zeszytu, zaś na pierwszej napisać, że nauczycielem jest profesor T.

Podpisując w tym roku kilkanaście PSO, nie mogłam odgonić się od krążących natrętnie wokół mojej głowy pytań.
Czy którykolwiek z rodziców dzieci, które uczyła Ewa T. przeczytał ustalony przez nią regulamin? Czy którykolwiek z nich zareagował na to, co w nim przeczytał?
Jak to możliwe, że dyrekcja szkoły, w której uczyła Ewa T. zezwoliła na to, by nauczyciel ustalił i egzekwował takie zasady? I dlaczego było to możliwe?

Tak, oczywiście, to przypadek skrajny.
Aczkolwiek czy naprawdę zamieszczanie w PSO postanowień jawnie sprzecznych z ustawą to nie jest skrajność? A robią to niemal wszyscy nauczyciele; przejrzałam kilkadziesiąt PSO z pięciu różnych szczecińskich szkół. Nie znalazłam ani jednego, które odpowiadałoby minimum wymogów przewidzianych ustawą.
Mnie to przeraża.

Co zatem robić?
Odpowiedź zależy od tego czy jesteś rodzicem, czy nauczycielem.
Jeśli tym pierwszym – przemyśleć, spisać swoje przemyślenia i porozmawiać. Z nauczycielem lub dyrekcją szkoły. O zmianie filozofii. O potrzebie respektowania prawa. O przywróceniu uczniom ich podmiotowości.
Jeśli jesteś nauczycielem - przeczytać ustawę. Pomyśleć. Zapytać. Otworzyć się na rozmowę. I na uczniów.  

Róbcie zresztą cokolwiek innego co przyjdzie Wam do głów. Tylko róbcie. Zanim szkolne mleko się rozleje, a wielu uczniów poparzy.

10 komentarzy:

  1. Nie mieszkam od wielu lat w Polsce, ale tu gdzie mieszkam jest pewnie podobnie.
    "Krycie d..." - zbieranie dokumentacji na okoliczność gdy rodzice lub uczniowie oskarżą nauczyciela o ... o coś tam oskarżą.
    Niestety u podstaw leżą często pretensje rozhisteryzowanyvh rodziców. Niestety jest i prawdziwe dno - nauczyciele potrafią uwziąć się na ucznia bez powodu, albo, co gorsze, mogą mieć powód.
    Pozostaje mi tylko się cieszyć, że mam to bezpowrotnie za sobą.
    Dla rozbawienia dwa wspomnienia z mojej szkoły.
    Rok 1954, klasa 8 czyli pierwszy rok szkoły średniej.
    Język rosyjski, bardzo dobry nauczyciel, uczyłem się chętnie aż tu koniec roku, nauczyciel zapowiedział przegląd materiału całego roku. Wezwał mnie do odpowiedzi i polecił zarecytować wiersz przerabiany 9 miesięcy wcześniej. Oczywiście poległem, w rezultacie ocena na koniec roku 3 (w skali 2-5).
    Rok 1948 - klasa 2. Pisać wolno tylko ołówkiem lub piórem maczanym w kałamarzu. Pióro wieczne można używać dopiero od klasy 4 gdyż "psuje charakter". Długopis nie był jeszcze znany.
    Mogę zapewnić, że po edukacji w tamtych czasach wszyscy absolwenci mieli bardzo dobry charakter.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nie ma co szukać winnych takiego a nie innego stanu rzeczy. Układanie oskarżeń w zgrabną spiralę jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Smutne jest jednak to, że od lat w szkołach niewiele się zmienia. Nie chce mi się robić kwerendy i szperać aż tak bardzo wstecz w przepisach, ale przypuszczam, że również za Pańskich czasów nigdzie nie stało napisane, że pisać można tylko piórem (edukację rozpoczęłam na początku lat osiemdziesiątych, argument o "popsutym charakterze" jeszcze wówczas był używany). Wszystko tkwi w głowach. I przekonaniu, że uczeń to taki gorszy człowiek, o mniejszych niż nauczyciel prawach.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Wybacz, że nie komentuję, ale mam już tak serdecznie dosyć wszelkich absurdów i rozwiązań, które zamiast poprawiać nam jakość życia tylko ją psują, że gdybym zaczął spod moich klawiszy popłynąłby strumień narzekań, być może nie do powstrzymania :P

      Usuń
    3. No tak, już parę razy toczyliśmy taką dyskusję. Ja jednak ciągle nie mogę się nadziwić jak to możliwe, żeby tak olewać prawo i nie ponosić z tego tytułu jakichkolwiek konsekwencji

      Usuń
    4. Przykład idzie z góry :P

      Usuń
    5. No weź, wrzuć coś optymistycznego!

      Usuń
    6. Pojeździłem w weekend na rowerze i połaziłem po lesie, w którym nie ma już wysypu, więc można na luźno, bez ciężkiego wiadra :)

      Usuń
    7. Ja do lasu zawsze na luźno. Biorę przykład z psa:)

      Usuń
  2. Bosz, podziwiam jednak, że CHCIAŁO CI się ogarnąć te wszystkie druczki tutaj... To dopiero rodzicielski aktywizm!
    A na serio - chyba wiesz jak wygląda sprawa pytań/wątpliwości/dyskusji "nad papierkiem" - wszystkie instytucje wyrażają z reguły zdziwienie, że A) chcesz czytać b) masz pytania c) oczekujesz zmiany zapisów, z którymi nie zgadzasz...
    W szkole jestem "matką problemową", u operatora/w banku/dostawcy "klientką awanturującą się". bo jednak staram się zrozumieć to, co podpisuję.
    Masz jednak rację co do tego,że szkoła jest początkiem nie-rozumienia prawa i lekcją, że to "tylko dla formalności" - budowania fikcji. Moje dzieci bywają już chyba zmęczone moim buntem wobec uczestniczenia w takim procesie. Czy jednak - w dłuższej perspektywie - będzie warto być "wzorcem" (modelem) niezgody?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O dziwo, to była całkiem dobra zabawa. Zapominasz, że jestę prawniczkom:P
      A co do końcowego pytania (bo ono jest kluczowe). Warto. Na pewno warto. W dłuższej perspektywie. Ale trzeba cały czas pilnować, aby nie zapamiętać się w buntowaniu. By dialogować, słuchając, nie monologować w zacietrzewieniu. Doskonalić umiejętności interpersonalne i socjotechniczne. Trudne to.

      Usuń