wtorek, 14 października 2014

Za szybko, czyli i tak nie zdążę

Na ławeczce przed blokiem siedzą dwie bardzo starsze panie, uważnie obserwując otoczenie.
Przebiegam obok, tupiąc obcasami. Właśnie zawiozłam Starszego na angielski, za 15 minut mam odebrać Młodszego z piłki, ale najpierw muszę zdążyć do szewca, u którego trzy tygodnie temu zostawiłam buty, które miały być gotowe następnego dnia. Zamyka zakład za dwie minuty.
- Patrz pani, te młode to one wszystkie tak się teraz spieszą. – dobiega mnie z ławeczki.

Tup, tup, tup, przebiegam obok tej samej ławeczki trzy minuty później. Panie siedzą nadal. Nieco zwalniam i nadstawiam ucha.
- I czemu one, pani, tak się spieszą? I tak nie zdążą, i tak nie zdążą.

Starsze panie mają rację. I tak nie zdążę.
Mimo to gnam, pędzę, a nie nadążając, pogrążam się w rozpaczy i frustracji.
Za dużo. Za bardzo. Za szybko.

W pracy sprawa pilna goni bardzo pilną oraz najpilniejszą. Każdy dzień mojej zwłoki wywiera wymierne skutki na czyimś życiu.
Kręgosłup, przyzwyczajony przez lato do niemal codziennej porcji ruchu na świeżym powietrzu, gwałtownie protestuje przeciwko zmianom.
Starszy, czwartoklasista, wrzucony w nową szkolną rzeczywistość, potrzebuje intensywnego wsparcia.
Młodszy nie potrzebuje wsparcia, ale potrzebuje, by z nim być.
Mąż, na kolejnym zawodowym wirażu, w zasadzie też by czegoś potrzebował, ale nie mam czasu zapytać czego.
Złota jesień mija niepostrzeżenie, a ja nie mam w kieszeni żadnego kasztana.
Z listy osób, do których koniecznie muszę w tym tygodniu zadzwonić lub – w najgorszym wypadku – napisać maila, bo inaczej obrażą się na śmierć i już nigdy się nie odezwą, uznając że je lekceważę, od trzech tygodni nie skreśliłam żadnego nazwiska, za to dopisałam dziesięć nowych.
Moja babcia, lat osiemdziesiąt cztery, nie widziała mnie od miesiąca.
Więcej niż połowa naszych rzeczy nadal spoczywa w kartonach, niewypakowana od czasu przeprowadzki, która miała miejsce dwa miesiące temu.
Wyrzuty sumienia, poczucie winy.

Gdy o szóstej rano, zamknięta w łazience, w czasie porannych ablucji przeglądam gazety, widzę, że wszędzie Religa.
Religa pracoholik, wizjoner, człowiek, którego zasługi – mierzone tak w skali indywidualnej, z perspektywy pojedynczych pacjentów, którym osobiście uratował życie, jak i globalnej, z perspektywy nas wszystkich, którzy obecnie korzystamy z kardiochirurgii na światowym poziomie – są nie do przecenienia.

W ostatnim „Magazynie Świątecznym” Gazety Wyborczej (11-12 października 2014r.), rozmowa z Tomaszem Kotem, odtwórcą roli Zbigniewa Religi w obsypywanym zewsząd pochwałami filmie „Bogowie” (mąż, nieśmiało: „Może byśmy poszli na to do kina?” Po chwili pełnych wymownych spojrzeń dodaje, usprawiedliwiająco „Nie, no faktycznie, teraz to kiedy, nie da rady”).

Pyta Donata Subbotko:
Odnalazł pan w Zbigniewie Relidze coś bliskiego sobie?
- Byłem na zjeździe kardiochirurgów, gdzie spotkałem jego zwolenników i oponentów. Mówili różne rzeczy, ale jedni i drudzy powtarzali, że on był taki gwałtowny, szybki. Pomyślałem, że skoro podkreślali to ludzie mający na niego odmienne spojrzenie, to kluczem do Religi musi być jakiś rodzaj rozdygotania. (…)
         Jest taka piękna teoria pięciu minut – żeby chociaż tyle mieć codziennie dla siebie. Pięć minut to nie jest wiele. Przez pierwsze dwie minuty nie ma problemu z podsumowaniem dnia. Byłem tu i tam, spotkałem tego i tamtego, ale dalej jest przestrzeń, w której może się wyświetlić coś sensownego – czy czegoś nie spieprzyłem, czy nie powiedziałem za dużo albo za mało. Chodzi o to, żeby spać spokojnie, mieć czyste sumienie. To chyba tworzy całość życia, nie?”

A zaraz obok rozmowa Anny Dudzińskiej z profesorem Andrzejem Bochenkiem, współpracownikiem Zbigniewa Religi.
„Praca z nim musiała być nieprawdopodobnie trudna.
- Religa nie miał domu, mieszkał w szpitalu. Wymagał od nas, żebyśmy żyli tak samo. Jak nie było nas przez pięć minut, wydawało mu się, że w ogóle nie pracujemy. A przecież mieliśmy rodziny. To było trudne do wytrzymania. Nie dawałem rady. Ciążył nam mit Wincentego Pstrowskiego, przodownika pracy z Zabrza. Ale teraz widzę, że to była cena, którą warto było zapłacić.”

Przez ostatnie trzy tygodnie śnią mi się wyłącznie koszmary.
Za dużo. Za szybko. Niedobrze.
Czy to jest cena, którą warto zapłacić? 

41 komentarzy:

  1. O mamuniu, Ty to ja? ;)
    A nie, buty od szewca odebrałam po miesiącu :)
    W niedzielę poszłam z mężem i młodszym na spacer do lasu - Sukces!
    Kartonami się nie przejmuj, przynajmniej rzeczy się nie kurzą. A panie starsze niestety maja rację, nie zdążymy..
    Z całego serca - spokojnej nocy wreszcie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może ja to Ty?;)
      Starsze pokolenie łączy wspólnota doświadczeń z czasów walki z komuną, a nasze z czasów walki z zegarkiem i kalendarzem. Zamienił stryjek...
      Sukcesu gratuluję i zazdroszczę. Ja też w niedzielę byłam na spacerze, ale niestety bez męża, który poświęcił się i został, by ugotować nam obiad. Wspólnie to chyba najprędzej pójdziemy na sanki (chyba że śniegu nie będzie, to nie trzeba będzie się męczyć z synchronizacją kalendarzy).

      Usuń
  2. Myślę, że pytanie z gatunku retorycznych. Gnałam, pędziłam, miałam poczucie winy. Od czasu, kiedy usiadłam, zwolniłam, przewartościowałam żyję spokojniej i szczęśliwiej i codziennie znajduję dla siebie nawet więcej niż pięć minut. No ale ja jestem w innej sytuacji. Takich ludzi jak Religa podziwiam, ale nie umiałabym z nimi pracować. No ale też myślę, że taki komfort niespieszności przychodzi z wiekiem, bo choć bywają chwili kiedy robi się za szybko i za dużo, to bywają też chwile, kiedy jest wolno i jest czas na spotkania ze znajomymi, czas dla bliskich, czas dla siebie. Pozdrawiam i życzę dobrych hamulców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi, że w porównaniu z takim okresem np. dziesięć lat temu ja też zwolniłam, i to bardzo. I wcale nie jestem nieszczęśliwa, tak mię tylko dopadła jesienna depresja;)
      Myślę, że w przypadku Religi olbrzymią rolę odgrywał jego zawód. Bycie lekarzem to jednak nie to samo, co bycie piekarzem czy kierowcą autobusu. Choć osiągnięcie mistrzostwa w każdym zawodzie wymaga poświęceń, to jednak jest olbrzymia różnica w ich skali.

      Usuń
    2. Absolutnie nie chciałam sugerować, że jesteś nieszczęśliwa :), tyle, jedynie, iż patrząc na siebie sprzed lat (właśnie np. dziesięciu, choć u mnie radykalna zmiana miała miejsce w 2008 r.) widzę, jak wiele zmieniło się na korzyść i ja czuję się szczęśliwsza dzięki temu zwolnieniu tempa. Jeśli u Ciebie jest podobnie, to może jest to jakieś optymistyczne przesłanie, że idzie ku dobremu.
      Takiego lekarza życzyłby sobie każdy pacjent.

      Usuń
    3. Związek między wzrostem poziomu szczęśliwości a zwolnieniem tempa niewątpliwie istnieje. Patrząc jednak z drugiej strony, w takiej sytuacji najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi powinni być emeryci, a chyba tak nie jest (tylko czemu, ach czemu, gdy myślę o emeryturze, bezwiednie się uśmiecham?:P)

      Usuń
    4. Po pierwsze znam dwóch szczęśliwych emerytów:) po drugie usmiecham się jeszcze szerzej. A po trzecie mam nadzieje, ze będę trzecim szczęśliwym emeryta za jakiś czas

      Usuń
    5. Ale przyznaj sama, że trójka (licząc z Tobą) szczęśliwych emerytów, to mało jak na całą emerycką populację?:) A tak serio, sama też znam sporo takowych. Niestety równie często widuję tych zgorzkniałych i niezadowolonych.

      Usuń
  3. W poniedziałkowy poranek, diagnozując u siebie (i w świecie) podobny stan, usłyszałam od pewnej miłej Pani: zawsze są dwa wyjścia.
    Problem z tym, że jakoś ciążko zrozumieć: obok ścieżki, którą biegniemy jest wyjście "odłączyć się" ("to niemożliwe", "nie tak łatwo", "a co z.... zobowiązaniami, pracą, kredytem, wyzwaniami, itd").

    Na "Bogów" czekam w jakimiś miłym, kameralnym kinie. Stan >"Religa" wyskakujący z szafy< na razie mnie omija.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, zawsze można kupić chatę w górach i zacząć wypasać owce. Bądź wyjechać na rozlewisko... Mam jednak wrażenie, że - na dłuższą metę - to niekoniecznie dla mnie. Choć być może po prostu ciężko mi to zrozumieć:)
      W moim kameralnym kinie "Bogów" już grają. Cóż, dołączy do setek innych filmów, które chciałam obejrzeć, ale jakoś nie wyszło...

      Usuń
  4. Jest nas więcej! Czy to Cię pocieszy? Za dużo spraw, informacji, książek, filmów... Wciąż w niedoczasie... i TYLKO DWOJE dzieci. Może niech to będzie pocieszeniem? Wyobraź sobie uroczą 3 lub 4 pociech, które wieczorem proszą o pomoc w odrabianiu lekcji, uwagę i przytulanie.
    No dobra... czekaj na e-mail :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że naprawdę czuję się raźniej! Dzięki temu, że jest nas więcej, a nie dzięki temu, że inni mają jeszcze gorzej, rzecz jasna!
      E-mail, powiadasz... Dopiszę Cię do listy tych, do których muszę zadzwonić albo napisać! (o rety, już na niej jesteś! I to od trzech tygodni...)

      Usuń
  5. Pytanie tylko, czy Ty to CHCESZ robić dalej. Czy sprawia Ci przyjemność. Czy dobrze się z tym czujesz. Czy, prócz poczucia dobrze spełnionego obowiązku jest coś więcej. Bo trzeba mieć skrzydła, albo chociaż poczucie, ze się je ma. Myślę, że to wiesz.
    Niestety, mieszkamy w takim kraju, gdzie skrzydła są na jednym z ostatnich miejsc. A potem leżymy we własnym łóżku, ostatnim statku i pytamy: jak to? To już koniec? Przecież tyle chciałe/am zrobić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy o co pytasz. Ale w zasadzie: tak, chcę. Bo zaczynam coraz lepiej widzieć efekty kilkunastu lat ciężkiej pracy, bo ciągle mam skrzydła, choć w paru miejscach nieco poharatane. Ale chciałabym lepiej, więcej, chciałabym wszystko.
      Ech, dajcie mi kozetkę.

      Usuń
    2. O wszystko pytam :) Za jednym razem, czy życie Ci się podoba - takie, jakie masz. Podoba Ci się!! Jupi! To najważniejsze! I najlepsze, że chcesz więcej i bardziej! Suuuper! Poleż chwilę, popraw koronę i zapieprzaj dalej :*

      Usuń
    3. Czekaj, czekaj, to ten garb to korona? Hura! Teraz na pewno pójdzie już z górki!
      PS. Właśnie zapieprzam. Poleżę między pierwszą a szóstą, ale - odkrywszy, że mam koronę - może wreszcie się wyśpię:P

      Usuń
    4. Sen jest dla mięczaków! :P

      Usuń
    5. Ty mię tu nie wkręcaj, stawonogu ty!:P

      Usuń
  6. Wchodzę do Ciebie i czytam o sobie (włącznie z dialogiem o kinie). Cuda? I ta myśl, że też nie zdążę. Pojechać do szwagra rowerem (Kraków), wybrać się z rowerem, namiotem i dziećmi (Jura), itd. itp. Już nawet znajomi się śmieją z mojego "może za rok" :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cuda to chyba są takie raczej pozytywne, a tu smutkiem trąca.
      Z jednej strony należałoby pogodzić się z tym, że nie zdążymy, ale z drugiej, warto byłoby przemyśleć, czy lista priorytetów aby dobrze ułożona. Patrzę na mojego ojca, który od zawsze miał (i ma nadal, ciągle te same) miliardy planów, ciągle przesuwanych z uwagi na obiektywne czynniki, brak środków, brak czasu i wiem, na sto procent, że ja tak nie chcę. Nie idź jego drogą.

      Usuń
    2. Jak to było? Nie chcem ... :(

      Usuń
    3. I to wcale nie jest znak naszych czasów. Z czytanej właśnie "Lalki":
      "(...) Lecz im mniej wychodził, tym częściej marzył o jakiejś dalekiej podróży na wieś lub za granicę. Coraz częściej spotykał we snach zielone pola i ciemne bory, po których błąkałby się, przypominając sobie młode czasy. Powoli zbudziła się w nim głucha tęsknota do tych krajobrazów, więc postanowił natychmiast po powrocie Wokulskiego wyjechać gdzieś na całe lato.
      — Choć raz przed śmiercią, ale na kilka miesięcy — mówił kolegom, którzy nie wiadomo dlaczego uśmiechali się z tych projektów."

      I właśnie nie wiedzieć czemu na wzmiankę o moich też się uśmiechają. Z przekąsem :)

      Usuń
    4. "Lalkę" to też bym sobie chętnie znów przeczytała... Ale przytoczony przez Ciebie fragment to raczej studium przypadku niż opis powszechnych obyczajów. Beznadziejnego przypadku, dodam, zastrzegając, że wszelkie podobieństwa do osób aktualnie żyjących są absolutnie przypadkowe!:P

      Usuń
  7. Ja już nigdzie nie pędzę, ale i tak żyłam na mniejszych obrotach niż żyje się obecnie. Moje czasy były może siermiężne, ale za to żyło się wolniej, spokojniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozmawiałam o tym z moją mamą, która też tak uważa. Próbowałyśmy wymyślić z czego to wynika (przecież teoretycznie powinno być gorzej, skoro nie było pralek, zmywarek, samochodów w powszechnym użytku, itp,), ale nie wpadłyśmy na nic lepszego niż to, że świat się zmienił.

      Usuń
    2. To prawda zmienił się i to bardzo. Jest niby więcej udogodnień, ale równocześnie więcej pożeraczy czasu i więcej ambicji do spełnienia.

      Usuń
    3. Pożeraczy czasu starannie unikam (poza internetem, ale i ten ostatnio mocno dawkuję), więc zostają te nieszczęsne ambicje... Ale czy trzydzieści lat temu zachowywałabym się inaczej? Mam wrażenie, że nie, ale może po prostu nie wiem jak to było.

      Usuń
    4. Pewno nie, bo przecież wtedy też realizowano swoje ambicje.

      Usuń
    5. A ja akurat sobie pomyślałam, że w moim zawodzie to trzydzieści lat temu byłabym na bezrobociu, przymusowo posłana na zieloną trawkę, bądź wysłana tam samodzielnie z powodu braku umiejętności realizowania ówczesnych wytycznych (tak mi się przynajmniej dzisiaj wydaje). Kto więc wie, może i spełniałabym się plotąc niespiesznie wianki z mleczy?:)

      Usuń
    6. A to, swoją drogą, tempo życia dziś zdecydowanie szybsze, nasze mamy często nie są w stanie zrozumieć, dokąd tak gnamy i po co. One (pewnie nie wszystkie), ale wiele realizowało się wyłącznie w roli matek i żon, my realizujemy się na równi w roli kobiet spełnionych zawodowo :) Więc z jednej strony wyżej napisałam, że jest nadzieja, a z drugiej uświadomiłam sobie, że skoro życie nabiera coraz większych rumieńców to... sama nie wiem.

      Usuń
    7. Moja trochę popracowała w nowej kapitalistycznej rzeczywistości, więc nie zadaje zbędnych pytań. Zwłaszcza, że nie bez powodu od dzieciństwa tłukła nam do głów, że musimy skończyć studia.
      Ideałem byłaby praca osiem godzin dziennie, znakomicie płatna i niewysysająca wszystkich życiowych soków. Oraz niebrudzące się podłogi i okna, tudzież samogotujące się obiady. Może ktoś, kiedyś, wszystko to wynajdzie?

      Usuń
  8. Ja staram się nie pędzić. Zorganizować czas na to co ważne i pilne, ważne, ale mniej pilne, a to co nieważne ograniczać. Czasem się udaje, czasem zapomnę i zaczynam gnać, ale wtedy pojawia się frustracja i przypominam sobie, że nie tędy droga. Cenię sobie ten tak zwany slow life i miło mi gdy córka zauważy, że jestem jedyną mamą w szatni, która nie pogania. Inna sprawa, że pracuję na swój rachunek, w domu (więc odpadają dojazdy w korkach) i sama dawkuję sobie pracę. Mogłabym więcej, za większe pieniądze, ale kosztem czegoś innego... No właśnie, grunt to nie chcieć za dużo.
    A film "Bogowie" polecam (byłam wczoraj o 10 rano ;))
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Starać też się staram. Ale może zapiszę się do Ciebie na korepetycje z niepoganiania w szatni;)
      Praca na własny rachunek ma na pewno szereg dobrych stron, a możliwość samodzielnego zarządzania własnym czasem jest jedną z nich. Cóż, gdy akurat mojej nie da rady przerobić na wersję domową, a póki co, nie chciałabym robić niczego innego. Pozostaje mi więc ustawiczna praca nad sobą, ewentualnie udział w kursie pt. "jak przerobić absolutnie nieperfekcyjną na perfekcyjną w każdym calu".

      Usuń
  9. A ja tak trochę z innej beczki.. Znaczy z tej samej, ale bez wtrącania się w sprawy pośpiechu czy Religi.
    Zadzwoń do babci! Ale zbierz rodzinkę i ją odwiedźcie. Kilka pieczeni na jednym ogniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rada niewątpliwie słuszna, gorzej z możliwościami jej wcielenia w życie. Ale jedno jest pewne: muszę czym prędzej przesunąć babcię na szczyt listy priorytetów!

      Usuń
  10. Tak się czułam przez ostatnie lata, pędziłam aż upadłam i się już nie podniosłam. I przeorganizowałam życie, zamieszkałam na, pardon my French, na zadupiu Europy i żyję duuuużo wolniej. Nie nudzę się, bo zajęć mam wiele, ale mam poczucie, że mam więcej czasu dla dzieci, dla siebie, dla świata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja balansuję na krawędzi, ale jeśli nic mnie nie popchnie (lepiej jednak, żeby nie), to może się na niej utrzymam, choć ostatnio niebezpieczne podmuchy jakby silniejsze niż wcześniej. A może to moje rezerwy coraz słabsze.
      Tobie zazdroszczę odwagi, której ja nigdy nie będę miała. Najwyraźniej dostałam w życiu angaż do innej niż Ty roli:)

      Usuń
    2. Albo inny angaż, albo, jak podejrzewam, bardziej trafnie dobrana praca, albo to, że jeszcze balansujesz. U mnie zdarzył się taki podmuch, że już się sama nie pozbierałam, rezerwy dopiero teraz napełniam, ale regularnie wyciągam z półki "Schreimutter" i zastanawiam się, co robię źle i dlaczego własne dzieci tak mnie wyprowadzają z równowagi... ale chyba robię się zbyt osobista, jak na bloga. Możemy przenieść się na maile. A Tobie życzę utrzymania równowagi i poszerzenia krawędzi w twardą drogę.

      Usuń
    3. Sądzę, że pierwsze połączone z drugim. Bo gdyby nie te dwa, już dawno straciłabym równowagę. I choć do matki idealnej bardzo mi daleko, wystarczyło że raz przeczytałam "Schreimutter" i - przynajmniej w tym zakresie - nieco się naprawiłam. Teraz zapominam i nie zdążam - to znacznie lepiej niż dawne "drę mordę", prawda?:)
      Maile bardzo chętnie, ale na razie nie mam czasu na nic, także na mailowanie. Twoje życzenia są więc niezwykle na miejscu, dzięki!:)

      Usuń