sobota, 28 lipca 2018

R.Monforte "Rosyjska namiętność" i T.Révay "Biała wilczyca", czyli w drodze na listy bestsellerów


Gdybym chciała zostać bohaterką bestsellerowej powieści dla kobiet, musiałabym:
a)  być piękna i młoda, przynajmniej na początku historii (powiedzmy, że, patrząc retrospektywnie, dałoby się załatwić);
b)  łamać męskie serca na prawo i lewo (zdarzyło się, nie raz, że tak nieskromnie wyznam);
c)    mieć silny charakter (ho, ho! co jak co, ale ten warunek spełniam z naddatkiem);
d)    żyć w przełomowych czasach (zdaje się, niestety, że się udało).

W związku z przejściem wstępnej selekcji, niniejszym zaczynam (przydałoby się zarobić trochę kasy) od szkicu, gdyż będąc znakomitą główną bohaterką, postanowiłam napisać bestsellerową, adresowaną do kobiet, autobiografię.

Opiszę w niej najpierw swoje bajeczne dzieciństwo, dyskretnie akcentując odebrane staranne i wszechstronne wykształcenie, następnie wstawię pierwszy wątek dramatyczny (jeszcze się nie zdecydowałam czy będzie to gwałtowny zwrot akcji jak śmierć ukochanego dziadka i choroba babci-staruszki, zmuszająca mnie do porzucenia dotychczasowego wygodnego życia i skupienia się na zmianie pieluch i opatrywaniu odleżyn (główna bohaterka bestsellerowej powieści dla kobiet w niczym nie prezentuje się lepiej niż w skromnym białym fartuszku, ze znakiem czerwonego krzyża na piersi!), czy może wzmianka o szeregu drobniejszych niepowodzeń typu oblany egzamin wstępny na studia i wykrycie przez jednego narzeczonego, że jednocześnie spotykam się z drugim, co doprowadzi do braku jakiegokolwiek narzeczonego). Potem przyjdzie czas na długi (bo bestsellerowa powieść dla kobiet musi liczyć sobie najmarniej 450 stron!) opis życiowej stabilizacji u boku, lub nie u boku, jeszcze się nie zdecydowałam, Ukochanego. Ukochany jest w tym przypadku figurą kluczową, bez Ukochanego nie ma bestsellerowej powieści dla kobiet. Ukochany może tkwić u boku, wierny jak pies, ewentualnie może ranić na wskroś. Ważne jest jednak, by był. Następnie przyjdzie czas na podkręcenie dramatyzmu. Najlepsza byłaby wojna, ta sprawdza się znakomicie, jednak zdecydowawszy się na powieść autobiograficzną i nie chcąc wywoływać wilka z lasu, aczkolwiek las tuż za progiem, poprzestanę może, sama nie wiem jeszcze na czym. Ważne, by opisać główną bohaterkę na tle dramatycznych wydarzeń, którym – a jakże! – będzie mogła bohatersko stawić czoła. Nie złamie jej nikt i nic, zawsze wierna sobie i Ideałom (kto wie, może jakaś dotacja z któregoś z Narodowych Centrów wpadnie, oni lubią bohaterów-zawsze-niezłomnych), aż do śmierci. Śmierci nie należy jednakże opisywać, to zarzyna znoszącą złote jajka kurę.
Ważnym elementem szkicu jest też tytuł i okładka. Tytuł musi chwytać za serce, niedwuznacznie sugerując czego można się spodziewać. Nieważne czy ma sens, czy nie, ważne by chwytał. Coś w stylu „Polska namiętność” albo „Wielki biały romans” (słowa klucz, z myślą o Centrach Narodowych i ich dotacjach, ach, jaka jestem sprytna!). Do tego mgliste zdjęcie młodej kobiety, wpatrującej się rozmarzonym spojrzeniem prosto w obiektyw. Najlepszy byłby słowiański typ urody, najważniejsze jednak, by była młoda, piękna i mglista.
Och, co to będzie za bestseller!

W ostatnim czasie przeczytałam dwie, napisane z myślą o czytelnikach płci żeńskiej, książki: „Rosyjską namiętność” Reyes Monforte i „Białą wilczycę” Theresy Révay.

Po pierwszą sięgnęłam dlatego, że lubię muzykę Prokofiewa i wydawało mi się, że powieść opowiadająca historię jego pierwszej żony, Liny, dramatyczną skądinąd i bez koloryzowania, pozwoli mi spojrzeć na twórczość tego kompozytora z całkiem innej perspektywy.

Po drugą, gdyż koleżanka z pracy od dawna opowiadała jak bardzo znakomita jest to lektura ("koniecznie musisz to przeczytać, kooooniecznie!").

„Rosyjską namiętność” przeczytałam do końca, bo była ostatnią nieprzeczytaną książką, jaką wzięłam na urlop i naprawdę nie miałam co czytać. W międzyczasie zasnęłam czterdzieści razy; czterysta razy parsknęłam, zirytowana, by wreszcie, zmęczona parskaniem, chichotać tylko nerwowo raz po raz, budząc żywe zainteresowanie współplażowiczów.

Siergiej odłączył się od żony, po to by – jak twierdził – przywitać się z paroma znajomymi. Ale przedtem popatrzył na Linę w szczególny sposób, jak rzadko kiedy zdarzało mu się wcześniej. Nie wiedziała, czy ma zacząć płakać, czy wybuchnąć głośnym śmiechem. Nie miała pojęcia, co mogło przemknąć mężowi przez głowę, że skierował na nią takie spojrzenie. Nie umiała rozstrzygnąć, czy chciał ją prosić o przebaczenie, czy wszystkiego żałował, czy podziwiał ją za odwagę stawiania czoła rzeczywistości – czego sam nie umiał – czy też kierował ku niej całą swoją nienawiść, a spojrzenie było formą pożegnania.

No ależ doprawdy. Rozdarcie i niepokój. Bojaźń i drżenie niemalże (mimo wszystko uważam jednak, że Kierkegaardowi lepiej poszło z opracowaniem tego tematu).

Lina Prokofiew
źródło zdjęcia
Lina Prokofiew była prawdopodobnie niezwykłą kobietą, której życie obfitowało w dramatyczne zdarzenia. Na kartach „Rosyjskiej namiętności” jest jednak płaska, tak samo jak konstrukcja każdego zdania w tej książce. Nie wiem co czytał Remigiusz Mróz, zanim napisał swoje płaskie książki, jest jednak wysoce prawdopodobne, że omawiany bestseller pani Monforte znalazł się na jego długiej liście. To, że Rosja w czasach Stalina nie była najlepszym do życia krajem, wie mniej więcej każdy średnio wykształcony człowiek. Ta lektura niewątpliwie jednak jego wiedzy na ten temat nie ubogaci. Mimo szerokiego historycznego tła – samograja, całość jest nudna i jednowymiarowa. Stalin i jego ludzie są źli, Lina Prokofiew – dobra. I piękna, nie zapominajmy, że piękna. Kropka.
Po drodze pojawia się też (tak jak w prawdziwym życiu Prokofiewów) szereg innych, znanych z kart historii postaci: Coco Chanel, Ernest Hemingway, Pablo Picasso. Ja rozumiem, trudno jest napisać dobrą książkę jednocześnie o wszystkich, jednak, jak się wydaje, da radę przy odrobinie wysiłku wykroczyć nieco poza notki z Wikipedii?

Dla odmiany „Biała wilczyca” jest historią wyimaginowanej arystokratki, „białej” Rosjanki (że „białej”, zostaje kilkakrotnie podkreślone w tekście, nie mam pojęcia po co), Kseni Ossoliny. Opowieść o jej – a jakże! – dramatycznym życiu zaczyna się w październiku 1917 roku, w Petersburgu, a kończy w roku 1945, gdzieś w Europie (Ksenia jest w tym czasie we Francji, jej ukochany, pardon, Ukochany, pod Berlinem). Po drodze trup ściele się gęsto, głód zagląda naszej bohaterce w oczy nie raz, jednak ona dzielnie stawia czoła wszelkim przeciwnościom losu (czy ktoś choćby przez chwilę w to wątpił?).
Na okładce wydawca zachęca nas opowieścią o „wielowątkowej historii miłosnej”, rozgrywającej się „na szerokim tle zdarzeń I połowy XX wieku.” Dodaje, że „czytelnik znajdzie tu grozę rosyjskiej rewolucji i luksus paryskiego „wielkiego świata”, szaloną dekadencję Berlina i narastający koszmar hitleryzmu, piekło wojny i nadzieję na lepszą przyszłość.” Być może. Niewątpliwie tak. O ile czytelnik nie oczekuje od książek tego rodzaju niczego więcej niż podania w przyjemny sposób (styl jest w tym przypadku nieco lepszy od tego prezentowanego przez panią Monforte) tych samych wiadomości, które przyswoił już w szkole podstawowej, będzie niewątpliwie zadowolony.

Nie czytałam „Doktora Żywago” ani „Anny Kareniny”. Bardzo się tego zresztą wstydzę i obiecuję poprawę. Być może dlatego łudzę się, że o tym samym można napisać lepiej. Mocniej. Prawdziwiej. W końcu chyba nie bez powodu te książki są nadal czytane, podczas gdy, jak mniemam, pamięć o paniach Monforte i Révay długo nie przetrwa.

Póki co jednak, czując się zachęcona (pisać w końcu każdy może, ja, jak mniemam, trochę lepiej niż trochę gorzej), ruszam cyzelować mój własny autobestseller. Wypatrujcie w księgarniach, już wkrótce!

Reyes Monforte „Rosyjska namiętność”, przełożył Zbigniew Zawadzki. Wydawnictwo WAM, Kraków 2017.
Theresa Révay „Biała wilczyca”, przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon. Świat Książki, Warszawa 2011.

34 komentarze:

  1. Yyyyyyyy. Tym nieinteligentnym stęknięciem pozwolę sobie skomentować dobór wakacyjnej lektury. Ale to na pewno skutek upałów (ten dobór, chociaż stęknięcie również). Natomiast Twoją autobiografię pt. Polska biała wilczyca (zauważ, ile symbolicznych znaczeń kryje ten tytuł!) z podtytułem "W miłości żyła prawem wilka!" nabędę w dniu premiery za własne, ciężko zarobione złotówki. Czuj się ostrzeżona!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że zlitowałeś się, widząc ciszę w eterze? (tak, wiem, ciszy nie można zobaczyć)
      Ależ doprawdy, czy ja nawet w wakacje muszę czytać mądre książki? Chciałam, naprawdę chciałam poczytać o tym jak to jest, gdy ona kocha jego, on ją też, a potem już nie (albo odwrotnie, bez znaczenia). I gdy wokół wicher i zawierucha, ale ich miłość trwa. Och. Ale popełniłam błąd w wyborze, definitywnie. Mea maxima culpa.
      I możesz spokojnie ciułać nawet grosiki, żadne tam złotówki. Do premiery jeszcze bardzo dużo czasu. Cała wieczność:D

      Usuń
    2. Ja nie znam litości, ale dopiero dziś siadłem do kompa i sprawdziłem feedly :P
      Nikt nie mówi o czytaniu w wakacje mądrych książek, no litości, ale coś co się nazywa Rosyjska namiętność do białej wilczycy z góry jest skazane na porażkę :) A można czytać Trędowatą, pośmieje się człowiek, popłacze w finale, zębami zgrzytnie na arystokratyczną zgniliznę i nie jest się narażonym na miałkość fabuły :)

      Usuń
    3. No przepraszam, przywołałam okoliczności wyłączające karalność, przestań już się znęcać. Poza tym przypominam, że ja zawsze w wakacje czytam dziwne książki, nie mogłam w tym roku zrobić wyjątku.

      Usuń
    4. Żeby coś wnieść od siebie ... Yyyyyy. :P

      Usuń
    5. @Momarta Ja rozumiem, że każdy sąd by Cię uniewinnił i nie zamierzam drążyć. Ale mimo wszystko yyyy :D

      Usuń
    6. Nie wiem w jaki sposób inteligentnie skomentować to co napisaliście, yyyyy.

      Usuń
    7. O, i teraz znaleźliśmy wspólny język, yyy :D

      Usuń
    8. Pomyślałabym, że mnie obrażasz, ale po dzisiejszym dniu jestem takim trupem, że nie umiem myśleć.

      Usuń
    9. Och, no gdzieżbym śmiał obrażać :D

      Usuń
    10. A "Annę Kareninę" czytałeś, hę?

      Usuń
    11. Yyy, nie, ale Wojnę i pokój wysłuchałem. Ksawery Jasieński mi czytał.

      Usuń
    12. Nie liczy się:P
      "Doktor Żywago"?

      Usuń
    13. Film widziałem. Ale za to czytałem Siedemnaście mgnień wiosny :)

      Usuń
    14. Ekhem. A ja czytałam "Opowieść o prawdziwym człowieku". Też Borysa. I też na Pe.

      Usuń
    15. Też to czytałem, szalenie romantyczne :P

      Usuń
    16. Nie wiem jak Ty, ale ja płakałam rzewnymi łzami. Znaczy się, romantyczne na wskroś!

      Usuń
    17. Czytałem z wypiekami, szczególnie jak pożerał jeża :P

      Usuń
    18. Znaczy się: romans i sensacja?

      Usuń
    19. Aż przeczytałabym ponownie, zwłaszcza, że stoi gdzieś na półce, w wydaniu z serii Biblioteki Młodych. W sam raz dla mnie:D

      Usuń
    20. Że niby taka młoda jestem?

      Usuń
    21. Całkiem niedawno wypomniałaś mi, że jesteś młodsza ode mnie. Akurat, żeby sobie Bibliotekę Młodych czytać :P

      Usuń
    22. Ależ to nie było z urazą! Ja jestem młoda i taka pozostanę. Do ostatniej zmarszczki!:P
      Ale póki co, na kolejny wyjazd chyba jednak wezmę Annę Kareninę. Z okładką filmową, niestety.

      Usuń
    23. Okładkę zawsze możesz owinąć w gazetkę z Biedronki :)

      Usuń
    24. Och nie! Ale mogę nosić ją na plażę w torebce z logo Sephory:P

      Usuń
  2. Jestem pod wrażeniem! Naprawdę dałaś radę przeczytać te książki?? Ja zdecydowanie wolę poczekać na Twą autobiografię. Czy mogę liczyć na krótką wzmiankę o mej skromnej osobie na choćby połowie strony? ;-) Mogę wystąpić jako np. dama z pieskiem? Taka do towarzystwa? ;-))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dama z pieskiem będzie większym hitem niż dama z łasiczką! Poświęcę Ci nawet cały rozdział, a nawet dwa: jeden Tobie, drugi pieskowi!

      Usuń
    2. A to i może kot się załapie?? Już się cieszę! :-))

      Usuń
    3. Ty się tu nie rozkręcaj! To ma być MOJA autobiografia!:P

      Usuń
    4. Ups... trochę się zagolopowałam... Proszę o wybaczenie....;-)

      Usuń