poniedziałek, 11 sierpnia 2014

A.Chodkowska-Gyurics, T. Bochiński "Pan Whicher w Warszawie", czyli zamiast podręcznika

Internetowy test z wiedzy na temat powstania styczniowego, oparty na gimnazjalnym podręczniku do klasy III „Bliżej historii”, oblałam sromotnie. Owszem, wiedziałam co to „branka”, ale na śmierć zapomniałam nazwisk kolejnych dyktatorów powstania, nie wspominając już o dokładnej dacie jego rozpoczęcia. (Kto bardziej odważny może tutaj sprawdzić i swoją wiedzę z tego zakresu, jednak musi pamiętać, że późniejsze wytykanie, że miało się 100% prawidłowych odpowiedzi będzie bardzo niemile widziane!)

Ze szkolnego punktu widzenia powinnam się wstydzić. Tymczasem historię jako przedmiot lubiłam od zawsze. Zawdzięczam to jednak nie tyle podręcznikom, co licznym książkom, które czytałam na własną rękę. Do dziś sporo wiem o czasach, gdy księciem Polski był Bolesław Krzywousty – wystarczyło kilkadziesiąt razy przeczytać znakomity komiks autorstwa Barbary Seidler (nie ustaję w próbach jego zlokalizowania w czeluściach piwnic własnych, bądź moich rodziców, ale idzie mi marnie). Również tego, że udało mi się dostać na studia, nie zawdzięczam pilnemu wertowaniu „Encyklopedii II wojny światowej”, a temu, że z licznych opowieści mojego licealnego nauczyciela historii zapamiętałam głównie te o charakterze ciekawostek. Dlatego też, gdy w czasie egzaminu udzielałam odpowiedzi na pytanie o II wojnę światową w Afryce, mogłam rzucić – niby to mimochodem – uwagę, że ważną rolę w czasie bitwy pod El-Alamein odegrał wynalazek polskich inżynierów. Zapewniło mi to wyrazy zachwytu ze strony komisji egzaminacyjnej i zwolnienie z obowiązku odpowiadania na ostatnie pytanie, na którego temat nie miałam do powiedzenia nic poza „nie wiem”.

Mając powyższe na uwadze, w trosce o poziom historycznej wiedzy młodych pokoleń, niniejszym postuluję więc, by czym prędzej wpisać „Pana Whichera w Warszawie” na oficjalną listę lektur szkolnych.


Nim zasiedliśmy do pisania powieści, naiwnie sądziliśmy, że sporo wiemy o tamtych czasach. Życie jednak zweryfikowało ten pogląd. Szybko przekonaliśmy się, że czas między powstaniem listopadowym a styczniowym to wielka, czarna wyrwa w naszej edukacji. Zwłaszcza pod względem znajomości obyczajów i kultury dnia codziennego. Trudno było samych siebie przekonać, że wiedza jaką wynieśliśmy ze szkoły i późniejszych przypadkowych lektur, funta kłaków nie jest warta.” – to zamieszczone w posłowiu słowa autorów powieści, Agnieszki Chodkowskiej-Gyurics i Tomasza Bochińskiego.
Nic dodać, nic ująć.
Nie umiem tak na pewno i na sto procent stwierdzić, że „Pan Whicher w Warszawie” jest książką historycznie godną zaufania. Być może, mimo podjętych wysiłków, autorom nie udało się ustrzec błędów. Na pewno jednak udało im się napisać bardzo przyzwoity historyczny kryminał, którego nie powstydziłby się Borys Akunin i który bawiąc, uczy.

Jack Whicher,
źródło zdjęcia
Trup ściele się tu gęsto, równie gęsto tu jednak od historycznych nazwisk. Wielopolski, Kraszewski, Kronenberg, Chmieleński, Łuszczewska to tylko kilka z nich. Nie można też zapomnieć o tytułowym Jonathanie "Jacku" Whicherze, brytyjskim detektywie oddelegowanym do Warszawy wprost ze Scotland Yardu, uwiecznionym zresztą w literaturze już znacznie wcześniej przez samego Charlesa Dickensa, później zaś przez naszego Pawła Jasienicę. Dzięki uczynieniu z tych postaci ważnych bohaterów powieści, w czasie czytania o zdarzeniach rozgrywających się w Warszawie we wrześniu i październiku 1862 roku można mimochodem chłonąć wiedzę o ówczesnej sytuacji społecznej i politycznej. Znacznie wzrasta też szansa, że stronnictwa białych i czerwonych wreszcie przestaną się czytającemu  zlewać w bezkształtną, tyle że dwukolorową, masę.

To kryminał w starym stylu. Między innymi dlatego, że śledztwo prowadzone jest tu w dziewiętnastowiecznym rytmie, wyznaczonym przez ówczesne możliwości techniczne i komunikacyjne. To czasy bez internetu i telefonu, co jednak nie przeszkadza detektywowi Whicherowi zachwycać się, że „lat temu pięćdziesiąt-sześćdziesiąt czekałbym na wiadomość pewnie kwartał, albo i lepiej, a tu proszę – niecałe trzy tygodni i mam na biurku wszystko, czego potrzebuję. A może kiedyś udoskonalą telegraf na tyle, że w ogóle będzie można zrezygnować z listów. Pomyśleć tylko – w kilka dni otrzymywać informacje z najdalszych zakątków świata. Byłyby to złote czasy dla detektywów.

Ani w Scotland Yardzie, ani w warszawskim biurze carskiej policji w roku 1862 nie dysponowano także niemal żadnymi, usprawniającymi pracę środkami technicznymi. O badaniach DNA nikomu się jeszcze nie śniło, a ustalenie czy znalezione w podejrzanym miejscu plamy są plamami krwi wymagało przeprowadzenia nadzwyczajnych i nader spektakularnych eksperymentów. W tych okolicznościach o powodzeniu śledztwa decydowały spryt, inteligencja oraz łut szczęścia, a typowanie osoby zbrodniarza odbywało się nie w laboratoriach czy przed monitorami komputerów i tabletów, a w dusznych, pełnych papierosowego dymu pomieszczeniach, do których porządny człowiek nie powinien się zapuszczać. 

W książce nie brakuje także pięknych kobiet, zarówno żywych, jak i martwych, dobrych i złych. Dzięki nim w opowieści pojawia się wątek romansowy, osładzający nieco konieczność wdychania rynsztokowego smrodu. Co bardziej wrażliwi nie powinni jednak dać się zwieść widokom miłych historycznych obrazków, przedstawiających ówczesne suknie balowe. W chwili bowiem, gdy będą się tego najmniej spodziewali, mogą zostać zaatakowani opisem wyglądu świeżo odnalezionych zwłok lub przebiegu tortur. Swoją drogą, żywot carskiego policjanta był znacznie prostszy niż XXI-wiecznego funkcjonariusza. Z braku innych środków zawsze mógł on wszak przesłuchiwanego lekko podpiec lub dźgnąć czymś ostrym, podczas gdy teraz surowo karane jest nawet delikatne podtapianie.

Teoretycznie, w każdym szanującym się kryminale najważniejsze jest to, by pod koniec dowiedzieć się kto zabił. Odpowiedź na to pytanie pada także i na ostatnich kartach tej książki, ale – paradoksalnie – wcale nie oczekuje się na nią w napięciu, gdyż nie ona wydaje się najbardziej w tym wszystkim istotna. Ja w każdym razie dwa tygodnie po zakończeniu lektury nie pamiętam już nazwiska mordercy. Świetnie za to orientuję się w zawiłościach powstańczych przygotowań, a gdy zamknę oczy, znów widzę i czuję Warszawę A.D. 1862. A wywrzeć takie wrażenie na czytelniku, to dopiero trudna sztuka!

Agnieszka Chodkowska-Gyurics, Tomasz Bochiński „Pan Whicher w Warszawie”. Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2012.

104 komentarze:

  1. Mówisz polska odpowiedź na Akunina? Musi Kitkowi podsunąć trzeba :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mi się wydaje, chociaż znawczynią i zagorzałą fanką Akunina nie jestem. Jeśli jednak Kitek jest, lepiej niż ja to oceni.

      Usuń
  2. No popacz, a ja mam na półce, ale firma Wydawnictwo Erica nie nastrajała mnie dotąd pozytywnie. I jeszcze Akunina dorzuciłaś do równania:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie skupiałam się na wydawnictwie, ale na samym pomyśle oraz historycznych rycinach użytych w roli ilustracji, co jak widać było dobrym wyborem:) Rozumiem, że dorzucenie Akunina zadziałało jako dodatkowy pozytywny bodziec? Mię jakoś nie rusza, to znaczy mogę przeczytać, ale szału nie ma.

      Usuń
    2. Wydawnictwo miewa dziwne pomysły interpunkcyjne na przykład, stąd moja rezerwa :) Akunina sobie ostatnio odświeżam pod postacią siostry Pelagii, więc owszem, był to dodatkowy bodziec. A o panu Whicherze, tym prawdziwym jest też książka Podejrzenia pana Whichera Kate Summerscale, ponoć niezła.

      Usuń
    3. Pokaż mi wydawnictwo, które nie próbuje ustanawiać nowych interpunkcyjnych reguł!:P Przecinki w dziwnych miejscach mniej jednak działają mi na nerwy niż ciąg literówek. A tu kompletnie nie pamiętam, czy coś mnie drażniło, czy może wszystko było w porządku; może to i lepiej?
      Według posłowia książka pani Kate była jednym z bodźców, który skłonił autorów "Pana Whichera" do jego napisania. Na razie podążam jednak tropami Herculesa Poirot, więc sam rozumiesz, że ani Jack Whicher, ani siostra Pelagia nie mogą stanowić najmniejszej dlań konkurencji:)

      Usuń
    4. Moim zdaniem dowolny detektyw stanowi konkurencję dla Poirota, ale to dlatego, że mam alergię na małego Belga :P

      Usuń
    5. No wiesz?! Jak możesz?! Uwielbiam Poirota, a jego wrogowie są moimi wrogami, o!:P

      Usuń
    6. Och, no chyba jakoś zniosę to, że mam w Tobie wroga:)

      Usuń
    7. A zatem wojna?
      Idę ćwiknąć dzieciom dwa nagie miecze.

      Usuń
    8. Skoro Twój fanatyzm sięga aż wojny, to proszę uprzejmię :P

      Usuń
    9. Później też będziesz prosić, dobrze więc że ćwiczysz.

      Usuń
    10. Znaczy będę prosił, jak mi tymi mieczami zamachasz? Ciekawa perspektywa :)

      Usuń
    11. Mieczami machać nie muszę, wystarczy że zamrożę spojrzeniem, tudzież lodowato kąśliwą uwagą. Strzeż się, bo wczoraj z powodzeniem ćwiczyłam to na ekswłaścicielce naszego nowego domu i okazało się, że rażę nawet postronnych (np. męża)!:P

      Usuń
    12. Czemu zupełnie nie czuję się zdziwiony rodzajem stosowanej broni i taktyki? :D Mam nadzieję, że mąż odzyskał czucie w rękach i nogach po tym zmrożeniu :P

      Usuń
    13. No czemu, no czemu?!:P Mąż radzi sobie świetnie: ja jestem Królowa Śniegu, on Belzebub z piekła rodem, więc wyśmienicie rozmraża, co zamroziłam.

      Usuń
    14. No wiesz, spojrzenie Meduzy niewielu wytrzymuje. Ale skoro on z piekła, to niech się męczy :P

      Usuń
    15. Owszem, niewielu. Dlatego to taka wyśmienita broń. I jak mało miejsca zajmuje w torebce! A mąż nie sprawia wrażenia, aby się męczył. Przynajmniej zazwyczaj:P

      Usuń
    16. Słowa-klucze "nie sprawia wrażenia". Dobrze się, biedulek, maskuje :D

      Usuń
    17. Swój swojemu zawsze współczuje, nie?

      Usuń
    18. Jasne, a komu miałbym współczuć? :P

      Usuń
    19. Mi? Tego, na ten przykład, że mnie ogniem piekielnym przypiekają, bidulkę...

      Usuń
    20. O bidulko, jak Ci źle i strasznie, no doprawdy! Lepiej?

      Usuń
    21. Ani trochę. Nieszczerze współczułeś, i tyle. Ale może chcesz mnie przeprowadzić, bo ja już nie mogę?

      Usuń
    22. Od mojej przeprowadzki minęło pięć lat i ani trochę nie tęsknię za kolejną. Szczególnie że kilka pudeł wciąż czeka na rozpakowanie.

      Usuń
    23. My wywieźliśmy już 45 kartonów i końca nie widać. Tzn. owszem, książki się prawie skończyły. Z naciskiem na "prawie". O tym co będzie, gdy trzeba będzie coś w tych kartonach znaleźć, nawet nie myślę.
      A kilka nierozpakowanych pudeł chyba najlepiej będzie wyrzucić bez zaglądania do środka. Też liczę na to, że takie będę miała, bo na razie z większością rzeczy nijak nie umiem się rozstać:(

      Usuń
    24. Mowy nie ma, w pudłach są książki i to doskonale wiem które.
      Urokiem kartonów jest nieustanne ich przeszukiwanie w poszukiwaniu szczotek do zębów, korkociąga i poszewek na poduszki, dasz radę :)

      Usuń
    25. A to przepraszam.
      Nic nie mów. Ze szczoteczki do zębów nie spuszczam wzroku, ale wiem, że ostatniego dnia i tak wszystko rypnie. A jak cudownie będzie słyszeć co rano: "Mamooo, gdzie są moje ... (tu wstawić dowolne słowo)?!"

      Usuń
    26. Szczoteczki do zębów wpakuj do swojej torebki (chociaż być może łatwiej je będzie namierzyć w stercie kartonów niż w jednej damskiej torebce:P) albo do schowka w samochodzie. Albo przynajmniej sprawdź, czy w promieniu 2 km od domu masz całodobową placówkę sprzedającą szczotki, pastę i mydło. I papierowe ręczniki.

      Usuń
    27. O nie, nie, moja torebka nie jest bezpiecznym miejscem. Domownicy nazywają ją "czarną dziurą" i coś w tym jest:P Jeśli zaś o sklep idzie, czuję się bezpieczna: 100 metrów od domu mam Żabkę, czynną niemal całodobowo (przy okazji odkryłam, że pobliski róg, wyposażony w zgrabny murek jest miejscem, w którym codziennie między 18 a 19 spożywa się browara. Po namyśle stwierdziłam, że to dobrze - łatwiej będzie się nam zaklimatyzować w nowym miejscu. Całkowite odcięcie od lokalnych żuli z pewnością źle odbiłoby się na naszym zdrowiu!:P)

      Usuń
    28. Moja żona ma plecak o podobnych właściwościach:P
      Z Żabką będziecie w stałym kontakcie przez co najmniej miesiąc po przeprowadzce, ale dobrze byłoby mieć też pobliskie AGD oraz placówkę z pościelą i ręcznikami. Oraz skarpetkami. Nożyczkami do paznokci. Itepe.
      Żuli na pewno szybko obłaskawisz, nakłoń ich do wynoszenia pustych pudeł po bananach do pobliskiego składu makulatury :)

      Usuń
    29. Nie, no sprzęt AGD to chyba znajdę, co? Przynajmniej jeden ręcznik też. Gorzej ze skarpetkami, ale liczę na to, że upały utrzymają się jeszcze przez jakiś czas. I zawsze chciałam mieć długie paznokcie!:D
      Za makulaturę słabo płacą, niestety. Sądzę jednak, że pomocne może okazać się przypadkowe zostawienie w kartonie jednej czy dwóch puszek piwa:)

      Usuń
    30. O pralkę na pewno potkniesz się parę razy, ale taka suszarka do włosów albo mikser mają tendencję do znikania.
      W kwestii zaprzyjaźniania się z żulami nie mam eksperiencji, więc jesteś zostawiona własnemu sprytowi :) Myślę, że mogłabyś żulom pozwolić wynieść do skupu puszki pozostałe po parapetówce :P

      Usuń
    31. Mój mikser jest zabytkowy (jeszcze po dziadkach, a oni mieli go jakieś 20 lat), więc zamierzam strzec go jak oka w głowie!:)
      Ja z kolei zaprzyjaźnianie się z żulami mam opanowane do perfekcji, więc śpię spokojnie. Zawsze zresztą mogę na nich nasłać obecnego sąsiada, a przy nim wszyscy wymiękają, zwłaszcza jak się wylegitymuje z odsiedzianych paragrafów. Od tygodni zresztą nic innego nie robi, jak tylko wyznaje, że będzie tęsknił, więc pewnie z chęcią przyjmie taką robótkę!:P

      Usuń
    32. Jeśli nie będzie Ci jakoś specjalnie brakowało aktualnego żula, to może nie zdradzaj mu nowego adresu, bo gotów wpadać na herbatkę. Z prądem. Albo na sam prąd :P

      Usuń
    33. Uwaga ze wszech miar słuszna. Dobrze rokujesz, jeśli chodzi o umiejętność obchodzenia się z żulami:)

      Usuń
    34. Niestety, albo na szczęście, moja okolica w żuli nie obfituje, nie będę mógł doskonalić tej umiejętności :(

      Usuń
    35. Patrząc całokształtowo, myślę że nie masz czego żałować. Ja to chociaż przy okazji zdobyłam niezbędne doświadczenie zawodowe, a w Twoim przypadku zdaje się, że byłoby ono mało przydatne.

      Usuń
    36. No właśnie. A przydatną niekiedy w celach zawodowych kminę przyswajam stojąc po prostu na przystanku :P

      Usuń
    37. Kminę? Nie chcę Cię martwić, ale użycie tego zwrotu chyba daje ci -100 punktów, jeśli chodzi o obchodzenie się ze współczesną żulerią. Oni zresztą nie jeżdżą komunikacją miejską, tylko beemkami albo audikami (nie wiem jak w stolycy, ale na Pomorzu Zachodnim i owszem).

      Usuń
    38. Musimy chyba ustalić definicje, bo u nas żule piją bełta na przystanku autobusowym, wykrzykując rozmaite perły gwarowe. To, co jeździ, beemkami to ludzie sukcesu :P

      Usuń
    39. No widzisz, a mój sąsiad co ma prąd za przedpłatą (a stan konta na liczniku stale 0,00, co widzę codziennie, albowiem jego licznik jest przy moich drzwiach), niżej beemki nie wsiada. Widać u nas żulernia bogatsza!

      Usuń
    40. Najwyraźniej bogatsza:P Albo też szkalujesz swojego sąsiada, człowieka sukcesu, mianem żula. Z czystej zawiści zapewne :)

      Usuń
    41. Sądzę, że jeśli choć raz byś go powąchał, porzuciłbyś myśl jakobym była zawistna.

      Usuń
    42. Człowiek w pędzie ku sukcesowi nie zawsze się po robocie umyje :P

      Usuń
    43. Zależy co nazywasz robotą. On chyba tylko to, o czym można mówić dopiero po dwudziestej drugiej. Ale na nadmiar kandydatek do pracy ostatnio nie narzeka.

      Usuń
    44. Dobrze, że się wyprowadzasz, bo człowiek życia z Tobą nie ma, ciągle go tylko po internetach obsmarowujesz. A tak sobie człowiek odetchnie :)

      Usuń
    45. No nie wiem, czy on wie o tych internetach. A poza tym, ostatnio narzekał, że teraz to mu się menelstwo do klatki wprowadzi i czy ja wiem, co mu zrobiłam, no?!:P

      Usuń
    46. Och Ty, i jeszcze mu wartość nieruchomości obniżyłaś tym zniknieniem swoim!

      Usuń
    47. Jego nieruchomość komunalna, w standardzie niżej socjalnego, bardziej obniżyć się nie da. No, chyba żeby wychodek przenieść na korytarz:P

      Usuń
    48. O widzisz, może nowe lokatory zaczną mu się pod drzwiami załatwiać:P

      Usuń
    49. Wypluj czym prędzej, albowiem nad nim, na tej samej klatce, pozostawiam własną babcię, przyrośniętą do nieruchomości niczym drzewo:(

      Usuń
    50. Oj, no to faktycznie. Niech mu się wprowadzi ktoś na poziomie :)

      Usuń
    51. Sam widzisz, że sytuacja jest skomplikowana. Dramat grecki to przy tym pikuś.

      Usuń
    52. Bez babci mógłby być i gwatemalski, ale z babcią? Weź się, chłopie, wczuj!:P

      Usuń
    53. No próbuję z całych sił. Doprawdy niepotrzebnie wywołałem demona, teraz będziesz cierpiała na bezsenność.

      Usuń
    54. Na bezsenność cierpiałam dwa miesiące temu. Teraz mi przeszło. Pewnie za dwa dni wróci, ale co się teraz wyśpię, to moje!

      Usuń
    55. Po warunkiem, że nowy dom nie stoi obok ruchliwej linii kolejowej :D

      Usuń
    56. Mój drogi, jako wnuczka zawiadowcy stacji, zamieszkała w odziedziczonym po nim mieszkaniu, nie mogłabym nie zwrócić uwagi na taki detal!:P Żadnych stacji, żadnych meneli, żadnych poniemieckich kamienic!

      Usuń
    57. Ze stacją i poniemiecką kamienicą pewnie Ci się udało :P Co do meneli, to pewnie nie znasz dnia ani godziny, jak się objawią. Zrobiłaś risercz pod kątem hałaśliwych psów za płotem i sąsiada majsterkowicza z piłą tarczową?

      Usuń
    58. Owszem, zrobiłam. Kupowanie domu w wieku dojrzałym ma swoje plusy:P Psów brak, nie licząc kota, kupionego w pakiecie z domem. Sąsiedzi nieinwazyjni (oglądałam o różnych porach dnia i nocy, także znienacka, pomna własnych doświadczeń), tyle że w niedzielę lubią wystawić na zewnątrz radyjko i posłuchać "W Jezioranach". Dam radę!:)

      Usuń
    59. Zalety kupowania gotowca:) Byle wam samoloty nie zaczęły latać nad głowami i będzie git :)

      Usuń
    60. Wspominałam coś o zaletach wieku dojrzałego? Najwyraźniej pięć lat temu byłeś jeszcze za młody:P A samolotów nie będzie, tylko obwodnica, a i to niecały kilometr dalej. Za to dziki tuż za zakrętem, ale ostatnio przywykłam.

      Usuń
    61. Wiesz, ja kupiłem zadrzewioną działkę po lasem, nad którą nic nie latało. No, sroki i sójki. Pies sąsiada wprowadził się później :D

      Usuń
    62. Przypomniałeś mi dlaczego nie kupiłam działki, dzięki!:) Ale że kot nie radzi sobie z psem? Nasz pakietowy, mimo że stary, zachowuje się tak, że żaden sąsiad nawet nie pomyśli o kupnie psa:P Tyle że drogi w utrzymaniu, bo jada tylko whiskasy i szynkę, cholera panie.

      Usuń
    63. jak to kot sobie nie radzi? Pies jest już tylko wspomnieniem :) Nasz nie spożywa nic droższego niż 1,69 za pudełko, taki jest miły :)

      Usuń
    64. Powiedzmy że Ci wierzę. A naszego kota też wytresuję. Zacznę od mrożenia go wzrokiem:P

      Usuń
    65. W tej dziedzinie nie masz szans z kotem i już widzę, kto tu kogo wytresuje :P

      Usuń
    66. Niestety, możesz mieć rację. Ale próbę i tak podejmę, najwyżej legnę z honorem:P

      Usuń
    67. Przegrać z kotem to nie dyshonor :) A jak się słodziaczek wabi?

      Usuń
    68. Vipek, albo Wipek, nie dopytałam o literkę na wstępie;) Moje dzieci twierdzą jednak, że to Gacuś, bo podobno drze się tak samo jak noszący takie imię kotoślimak SpongeBoba:(

      Usuń
    69. Gacuś brzmi dużo lepiej. Kot zgodzi się na zmianę imienia po wniesieniu opłaty manipulacyjnej w postaci kotleta. Albo dwóch.

      Usuń
    70. Myślę, że po zaoferowaniu kotleta zareaguje także na "Ej, kocie!":P

      Usuń
    71. Bez wątpienia. Natomiast nie obrażajcie jego inteligencji banalnym kici kici :)

      Usuń
    72. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Kot jest w wieku bardzo dojrzałym, gołym okiem widać, że nie w kiciokiciowym:P

      Usuń
    73. Wiesz, niektórzy nie mają tego wyczucia i obrażają stateczne zwierzątka infantylnym podejściem :)

      Usuń
    74. Ja nawet do własnych dzieci nie mówiłam "puci, puci, a gdzie nosiek?", więc kot może czuć się tym bardziej bezpieczny.

      Usuń
    75. No zgroza po prostu, nie sądzisz, że przyprawiłaś dzieci o traumę, nie mówiąc "puci, puci, a gdzie nosiek?" ?

      Usuń
    76. Nie sądzę. Niewykluczone, że dlatego nie wzdrygają się obecnie na dźwięk słowa "dupa", tudzież innych podobnych. I nie, nie mówiłam też do nich "puci, puci, a gdzie dupa?".

      Usuń
    77. Od razu mi się przypomniała klasa robotnicza na budowie, która się nawzajem sztorcowała za użycie budowlanego przecinka w obecności Starszej, wówczas bodajże trzyletniej jedynaczki :D

      Usuń
    78. No nie, budowlanych przecinków przy dzieciach nie używam. A mi się dla odmiany przypomniało, jak kiedyś w miejscu publicznym, w obecności Starszego, wówczas dwulatka, użyłam słowa "dupa", a przechodząca obok starsza pani mało nie padła trupem.

      Usuń
    79. U nas na razie szczytem brzydkiego słowa jest "łeb" :P i niech tak jeszcze zostanie przez jakiś czas :D

      Usuń
    80. Aż strach zapytać o kontekst, w którym to straszne słowo jest używane:P Ale nie łudź się, Starsza na pewno ma znacznie bogatszy słownik!

      Usuń
    81. W klasycznym kontekście: odrąbię ci łeb względnie rozwalę ci łeb :P Starsza jak dotąd nigdy się nie sypnęła :)

      Usuń
    82. Jeśli mówi to jedna kochająca siostra do drugiej kochającej siostry, to jest to kontekst doskonale mi znany:P
      Moje dzieci regularnie przybiegają do mnie, zaaferowane, pytając "mamo, a co to znaczy .... (tu wstaw sobie dowolne brzydkie słowo)?" A słów o których pytają, wcale nie słyszą z ust sąsiada, bo ten słownik ma nader ograniczony i opanowały go już w niemowlęctwie.

      Usuń
    83. Dociekliwe dzieciątka:) Ja dziś wyjaśniałem, co to medytacja i takt, to chyba łatwiejsze :)

      Usuń
    84. Medytacja może i łatwiejsza, ale takt? Rozumiem jednak, że za jednym zamachem przybliżyłeś dzieciom i muzyczne znaczenie tego słowa, taktując ręką na cztery?:P

      Usuń
    85. No skądże. Moje wyjaśnienia są ściśle kontekstowe, nie można przesadzać z ilością nowej wiedzy :P

      Usuń
    86. Tak, kontekst jest bardzo ważny. Pamiętam o tym od czasu, gdy dziecko zapytało mnie co znaczy słowo "obcować", a ja - na zasadzie katechizmowego skojarzenia - próbowałam rozpocząć od "świętych obcowania", ale ugryzłam się w język i zapytałam, skąd przyszło mu to słowo do głowy. Usłyszałam, że zapytał babci o to, co to znaczy "homoseksualista", na co ta powiedziała mu, że taki mężczyzna, który obcuje z drugim mężczyzną, i żeby zapytał mamy, co to znaczy "obcowanie":D

      Usuń
    87. Perfekcyjna definicja:) Ale podziwiam dociekliwość Twojego syna, bo zwykle kończy się na niby-to-pełnym-zrozumienia "aha" :)

      Usuń
    88. Babcia jest w takim definiowaniu niezrównana! A obaj moi synowie są dociekliwi aż do bólu. Mojego, nie ich, niestety.

      Usuń
    89. Po kimś to mają, pewnie po babci :)

      Usuń
    90. Z pewnością właśnie po niej. Ja zawsze mówię "aha".

      Usuń
    91. Bardzo dobra strategia. Niestety babcie zwykły psuć efekty, udzielając przesadnych wyjaśnień albo, co gorsza, odsyłając do rodziców :P

      Usuń
    92. W tym kontekście przerażające jest to, że i ja kiedyś prawdopodobnie będę babcią...

      Usuń
  3. Zrobię test. Ja nie uzyskam zadowalającego wyniku 80 procentów to musowo przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rób, rób. Mi wyszło 38%, bo się pogubiłam w tych wszystkich cholernych nazwiskach:( Dno i bąbelki.

      Usuń
    2. Ja się nawet nie zabieram za takie testy, wystarczy chyba, że daty rozbiorów i powstań znam.
      A poznawanie historii w ten sposób to hipsterstwo!
      Pozdrawiam

      Usuń
    3. Ja bym się też nie zabierała, ale ostatnio spotkałam się z moim licealnym historykiem i tak mnie - na moje nieszczęście - naszło. Daty rozbiorów, powiadasz? A aby dokładne, z miesiącem, dniem i godziną, hę?:P
      Nie rozeznaję się w tych najnowszych trendach. Ale hipsterstwo w słowniku stoi blisko historii, więc chyba może być?
      Zasyłam pozdrowienia odwrotne!

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Bardzo przepraszam za pomyłkę, będącą typową literówką (w innych miejscach poza nagłówkiem nazwisko napisałam poprawnie). Już poprawiłam!

      Usuń
  5. Test zaliczony na 46%. Czuję się jak po wielkiej bitwie bo cały czas... strzelałam! :-)
    Masz rację z tą wiedzą historyczną. Nie ma to jak dobra książka, dlatego już polecam Wam "Galop 44" - książka dla nastolatków o Powstaniu Warszawskim. Starszy zachwycony! Bohaterzy mają 13 i 17 lat, więc dla Twoich chłopaków jeszcze za wcześnie na tę lekturę ale wpisz na listę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaliczony jak zaliczony, zdaje się, że żeby cokolwiek zaliczyć, trzeba uzbierać te marne 50%:(
      Tytuł "Galop 44" mnie nie zachęca, a wręcz zniechęca, ale ja do Powstania Warszawskiego mam stosunek raczej chłodny, a już jego mitologizowanie napełnia mnie grozą. Jeśli jednak autorka nie poszła w kult małego powstańca, to może, kto wie?

      Usuń