niedziela, 9 listopada 2014

T.S.Eliot "Wiersze o kotach", A. Frączek "Kotostrofy", czyli koty rządzą

Ostatnio słabo mi idzie. Innymi słowy: ledwo zipię.
Nie czytam niemal niczego, a nawet jak przeczytam, to i tak nie mam czasu i siły, bo cokolwiek o tym napisać.
Dlatego dziś, w celu dania oznak życia, samograj.
Będzie o kotach.



Właścicielką kota jestem od niedawna. Choć należałoby raczej napisać, że od niedawna jestem tą szczęściarą, którą ma jakiś kot.
Nasz kot jest stary i doświadczony życiem. Z niejednego pieca chleb jadł i niejednego psa już pogonił (ostatnio zrobił pokazówkę, po której nie wątpimy, że poradziłby sobie nawet z rottweilerem). Pierwsze tygodnie współobcowania były raczej trudne (w użyciu były zęby i pazury), ale to tylko dlatego, że nie wiedzieliśmy podstawowych rzeczy. Między innymi tego jak się zwracać do kota.

         „Milcz – jak powiada jedna z zasad –
         Jeśli kot pierwszy się nie zwraca”.
         Ja bym się do teorii skłonił,
         Że sam się możesz zwracać do nich,
         Lecz pamiętając, że szalenie
         Oburza je spoufalenie.”
                     T.S. Eliot „Jak zwracać się do kota”

Godność. To właśnie to, czego od dwóch miesięcy brakuje mi każdego poranka (popołudniami i wieczorami także, ale rano ów brak najbardziej rzuca się w oczy). Za każdym razem, gdy rano wychodzę z domu („wychodzę” to nie jest właściwe słowo, adekwatniejsze byłoby „wybiegam” lub „wypadam”), po głowie kołacze mi się tylko jedna myśl: „Żeby choć raz wyjść z domu z godnością…” Zazwyczaj zerkam przy tym na kota, który – obrzucając mnie przeciągłym, zdegustowanym spojrzeniem – z godnością (a jakże!) układa się w swoim ulubionym miejscu.

         „Więc gdy w głębokiej jest kot kontemplacji
         I siedzi bez ruchu w skupionym milczeniu,
         To ta kontemplacja jest zawsze z tej racji,
         Że myśli i myśli o Trzecim Imieniu,
         O swym zmyślnym, przemyślnym, wymyślnym,
         Niedodododomyślnym,
         Tajnym, niedosięgłym, jemu tylko właściwym
         Imieniu.”
                   T.S.Eliot „Kocie imiona”


Zbiór wierszy T.S. Eliota o kotach był w moim domu od zawsze, choć nie wiem dlaczego, bo nikt z mojej rodziny nigdy nie miał kota. Po wielu latach sięgnęłam po niego i wreszcie, po raz pierwszy, zrozumiałam. Wcześniej zmyliły mnie rozkoszne ilustracje Janusza Grabiańskiego, na których widać puchate futerka i wielkie oczy. Teraz jednak przeczytałam te wiersze na nowo i odkryłam, że T.S. Eliot dobrze wiedział, w co należy grać z kotem. O ile on, rzecz jasna, na to pozwoli.
W przedmowie do pierwszego polskiego wydania tłumacz Andrzej Nowicki wskazał, że „zawarte w tej książeczce wiersze zyskały w Anglii ogromną popularność, choć nie wszystkie są łatwe, proste i „wpadające w ucho”, jak to często wiersze dla dzieci bywają. Są żartobliwe, ale jest też w nich jakaś dociekliwość, trud dotarcia do sedna zagadkowej kociej natury, kociej tajemnicy; a może przez to – dotarcia do głęboko ukrytych ludzkich tajemnic, własnych tajemnic?



Pochodzące sprzed II wojny światowej wiersze Eliota to zupełnie inna liga niż współczesne wierszyki Agnieszki Frączek. O ile Eliotem zachwycać się mogę ja (moje dzieci łaskawie zgodziły się wysłuchać, ale zachwytów zabrakło), o tyle Frączek celuje w bardzo młodszego czytelnika, któremu kotek kojarzy się wyłącznie z puchatą, mruczącą kulką. Dotyczy to zarówno formy, jak i treści. Proste, niekiedy aż za proste rymy, sympatyczne króciutkie historyjki, krążące jednak raczej wokół kociego zewnętrza niż wnętrza (całkiem inaczej niż u Eliota), milutkie filcowe ilustracje Iwony Całej.

Nie można jednak odmówić Agnieszce Frączek znajomości kociej natury.

         „Skąd wiem, że kończy się jesień?
         Bo słucham radiowych doniesień?
         Nie…

         Skąd wiem, że zima się zbliża?
         Bo strzyka mnie gdzieś koło krzyża?
         Eee…

         (…) A podglądam własne koty.
         Gdy się biorą do roboty,
         gdy pakują wszystkie graty,
         gdy przenoszą je na raty
         w torbach, w siatach, w wielkich pakach,
         w walizeczkach i w plecakach,
         gdy z kącika na kanapie
         z bagażami w każdej łapie
         wprost na grzejnik pielgrzymują,
         wtedy wiem już: zimę czują!”

Do tej pory mieliśmy w domu dwa kocyki, którymi dzieliliśmy się sprawiedliwie. Niestety, teraz jeden został zajęty. Aż do wiosny chyba na stałe.



T.S.Eliot „Wiersze o kotach”. Przełożył Andrzej Nowicki, ilustrował Janusz Grabiański. Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1970.
Agnieszka Frączek „Kotostrofy czyli o kotach strofy”. Ilustrowała Iwona Cała. Wydawnictwo BIS, Warszawa 2012. 

14 komentarzy:

  1. Bardzo godne kocisko, bardzo. Dbać, szanować, nie spoufalać się :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym nie bała się, że to przeczyta, napisałabym, że z charakteru wypisz, wymaluj, Bonifacy. Na początku myślałam, że przejdziemy na "ty", ale TAK na mnie spojrzał, że w ramach rekompensaty za straty moralne natychmiast pobiegłam do mięsnego po wątróbkę!:P

      Usuń
    2. Ciesz się, jeśli możesz do niego per "pan" mówić :) Myślę, że po zwiększeniu dawki wątróbki i poufałość się zwiększy.
      PS. Dokup kocyków.

      Usuń
    3. Jasne, że cieszę się z każdego przejawu kociej łaskawości:) A stopień poufałości, owszem, zwiększa się wyraźnie. Dziś pierwszy raz wziął żarcie prosto z ręki.
      PS. Już ogłosiłam alarm kocykowy. Na razie ciułam grosiki, bo dla samego kota potrzebne ze cztery...

      Usuń
    4. Kup dwa nowe i dwa w lumpeksie. Kot będzie wolał nowe, ale i wy nie zmarzniecie :)

      Usuń
    5. Nie ma to jak dobra rada doświadczonego kociarza!:P

      Usuń
    6. Czytam Was i już wiem. Nie nadaję się na niewolnika :P

      Usuń
    7. Tak Ci się tylko wydaje. Mój mąż też tak twierdził. A po dwóch miesiącach jakby zmiękł i sam kotu rybki wybiera...

      Usuń
  2. jeszcze może kącikiem na kanapie usiąść zezwolić raczy...pies ma pana...kot panem jest....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może raczy. A może nie. Tak, kot zdecydowanie jest panem. Kogo żaden kot nigdy nie miał, ten tego nie zrozumie:)

      Usuń
  3. Patrząc na zdjęcia Twojego kota również nie wątpię, że dałby radę rottweilerowi. Gdyby zechciał współpracować, pewnie można by go zabierać na wieczorne spacery po parku w celach obronnych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "gdyby zechciał" wydaje się tu być sformułowaniem kluczowym... I nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie, nie zechciałby:P

      Usuń
  4. Ma nas kotka Mruczysława, czyli Mrunia. Prawdziwego Jej imienia nikt oczywiście nie zna, co słusznie dawno już zauważył noblista T.S. Elliot.
    Mrunia chyba nas lubi. Ma dobry charakter jakże różny od złodziejskiego Kota Sochackiego - kocura z naszego dzieciństwa, czy demonicznego Kota Makawitego (? MacEvittego) - Napoleona Zbrodni, wodzącego za nos cały Scotland Yard.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry charakter u kota to połowa sukcesu! A jeśli do tego jeszcze polubi współlokatorów, to ho, ho! Ja też chyba mogę zaliczyć się do grona szczęśliwców: po tym, jak wróciłam do domu po trzydniowej nieobecności, kot chodził za mną po domu przy nodze, niczym, tfu! pies:) Stęsknił się, albo co?
      A Makawity mi osobiście zaimponował. Chętnie bym go poznała, choć niekoniecznie chciałabym dzielić z nim lokum.

      Usuń