sobota, 4 marca 2017

"Filharmonia" gra planszowa, czyli skandale, koncerty i emocje

Pisałam tu już o muzyce, o szczecińskiej filharmonii, ale nigdy o grze planszowej.
Nie przypuszczałam, że będę mogła napisać o czymś, co łączy te trzy elementy.
„Filharmonia” to gra planszowa autorstwa Pawła Lorocha, świeżo wydana przez szczecińską filharmonię, w której najważniejszą rolę odgrywa oczywiście muzyka.


Pomysł jest prosty (ale trzeba było na niego wpaść).
Plansza, pionki, kostka oraz nieco komplikacji wywoływanych głównie przez wylosowywane karty – „wydarzenia”.
Celem gry jest zagranie koncertów, dzięki którym zdobywa się 3 (lub 5, zależnie od wariantu, który wybiorą gracze) złote klucze wiolinowe. Sławę i uznanie melomanów również, rzecz jasna.

Wędrując po planszy, nawiązującej nazwami pól oraz rysunkami do szczecińskiej filharmonii (tak do jej budynku i znajdujących się w niej pomieszczeń, jak i grających w niej muzyków, uwiecznionych na rysunkach), można liczyć i na emocje, i na mimowolną edukację.

W wyścigu do złotej lub czarnej sali koncertowej (czyli dwóch sal szczecińskiej filharmonii) nie liczy się bowiem tylko wirtuozeria graczy-wykonawców, ale też spryt, i – o zgrozo! – umiejętność podstawienia we właściwym momencie przeciwnikowi nogi. Kto nie chce, by zwycięstwo umknęło mu sprzed nosa, musi umieć wywołać dla niepoznaki skandal albo podebrać koledze muzykowi kluczowy dla niego instrument. Doprawdy, mam nadzieję, że to tylko fantazja Pawła Lorocha, a nie inspiracja faktycznymi zwyczajami muzyków szczecińskiej filharmonii.

źródło zdjęcia
Żeby był koncert, trzeba też starannie dobrać repertuar. Gracze muszą więc odpowiednio zestawić ze sobą utwór (do dyspozycji jest ich szereg, większość dobrze znanych), wiodący instrument i muzyka (niektórzy są wszechstronni, inni mają dość wąskie specjalizacje, jak na przykład pani Marta, skrzypaczka, która gra wyłącznie utwory Rimskiego-Korsakowa). Chcąc nie chcąc, czytając informacje zamieszczone na poszczególnych wylosowywanych kartach, po kilku rozgrywkach człowiek (choćby był bardzo młody) poszerza swoje muzyczne horyzonty.

Po połowie tegorocznego sezonu koncertowego i udziale w szeregu organizowanych przez szczecińską filharmonię wydarzeń, stwierdzam, że działająca w niej ekipa ma znakomite pomysły, które umie dobrze realizować. Mając na stanie dwójkę całkowicie różnych muzycznie dzieci (jedno muzykę uwielbia, drugie nie znosi), czuję się kompetentna, by wypowiadać się w imieniu szerszego grona odbiorców, przy czym – z racji tematu posta – ograniczę się wyłącznie do tego, co w Szczecinie proponuje się najmłodszym.


Koncerty rodzinne w tym sezonie nie są przegadane i nadmiernie wydumane (a bywało inaczej). Każdemu z nich przyświeca inny pomysł, jak na razie każdy niezły.

Moderująca Agata Kolasińska jest zaraźliwie energiczna i radosna. Zaangażowanie zawodowych aktorów (w tym naszego ulubionego Rafała Hajdukiewicza z Pleciugi) wprowadziło dodatkowe emocje, a także pozwoliło widzom na intensywny trening przepon.

Muzyka jest na swoim miejscu, muzycy również.



Filharmonia korzysta ponadto z – całkiem w tym przypadku dozwolonego – dopingu.

Środkiem stosowanym w październiku był wydany nieco wcześniej (i bardzo według mnie udany) komiks „Bon ton”, poświęcony koncertowemu savoir-vivre’owi, w lutym zaś – właśnie Paweł Loroch i jego gra planszowa.

źródło zdjęcia
Autor gry tak podczas koncertu „Dźwięki zostały rzucone”, który odbył się w Szczecinie 5 lutego, jak i w czasie dwóch premierowych spotkań, w czasie których można było w filharmonii, na specjalnie przygotowanych stolikoplanszach (przydałby się taki i w domu!), rozegrać partyjkę „Filharmonii”, sprawiał wrażenie spokojnego i stonowanego, czym nieco zbił mnie z tropu. Znałam go bowiem dotąd wyłącznie jako prowadzącego onegdaj teleturniej „Ugotowani, czyli bitwa na noże i widelce” i zapamiętałam jako niezłego ekscentryka. Im dalej w las (czyli w rozgrywkę), tym bardziej wychodziło jednak szydło z worka. Wszak czy porządny, poczciwy twórca gry wpadłby na pomysł, by nieszczęśników trafiających pionkiem na pole „wydarzenie” uszczęśliwiać komunikatami o treści: „Wieje dziś od morza bardzo silny wiatr i wyrywa Ci z ręki nuty. Tracisz jedną kartę „Utwór” albo „Ktoś rozsiewa głupie plotki na Twój temat. Jest Ci tak przykro, że siedzisz i pijąc lemoniadę w bufecie, tracąc poczucie czasu. Tracisz kolejkę”?

Wracając do "Filharmonii" jako gry, widzę w zasadzie tylko dwa mankamenty.
Pierwszy to cena. 99 zł to sporo, zwłaszcza jak na planszówkę o tematyce, która i tak z trudem przebija się pod strzechy.
Drugi to brak płyty z utworami pojawiającymi się na kartach. W czasie rozgrywek jakie miały miejsce w filharmonii, akompaniował nam sympatyczny pan pianista, niestety niedołączany do gry (nawet za dopłatą). W domu trzeba więc wspomagać się zasobami kanału You Tube – bez możliwości usłyszenia np. „Bolera” Ravela czy „Błękitnej rapsodii” Gershwina planszowe zmagania wiele tracą. Obiło mi się o uszy, że podobno twórcy myślą o stworzeniu także aplikacji mobilnej. Wprawdzie nie bardzo to sobie wyobrażam, ale z pewnością ten właśnie problem zostanie wtedy rozwiązany.

A poza tym bomba. Kto nie zagra, ten trąb(k)a.

„Filharmonia”. Gra planszowa dla 2-4 graczy w wieku od 7 lat. Filharmonia Szczecin, 2017.

12 komentarzy:

  1. Tematyka - spoko. Kostki - zło! Przyznam szczerze, że choć z chęcią bym potestował, to jednak za 99 PLN kupiłbym coś innego :)
    U mnie z muzyką jest tak, że obydwaj słuchają. Starszy eksploruje Spotify (dostał swoje konto w Family) i wypływa na jakieś dziwne wody w rodzaju francuskojęzycznych raperów. Ostatnio zaś podejrzał moją playlistę i stwierdził, że "Wilczy humor" jest naprawdę spoko. Po czym się okazuje, że zna teksty lepiej ode mnie :P Młodszy zaś uwielbia mruczanda podczas mycia zębów i ogólnie lubi śpiewać, ale przyznaję szczerze, nie znam jego preferencji muzycznych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kostki są złe, bo wprowadzają za dużo przypadkowości w grze czy z innego powodu?
      Co do ceny - pełna zgoda. Ja kupiłam o 20 złotych taniej, bo pierwszego dnia sprzedaży i dlatego, że dzieci - zachwycone partyjką, jaką strzeliliśmy sobie w filharmonii - nalegały. Nie jestem jednak pewna, czy w innych okolicznościach przyrody tak prędko bym się skusiła. Planszówki w ogóle są upiornie drogie - ta jest dość porządnie zrobiona, a do tego ma muzyczną wartość dodaną.
      Ale ciekawi mnie, czy to się w ogóle sprzeda. Na razie, ilekroć jestem w filharmonii (a od 21 lutego byłam trzy razy), nie widzę kupujących tłumów.
      Francuski hip-hop muzycznie jest całkiem przyzwoity. Jak się nie zna francuskiego, to teksty też brzmią nieźle:P Ale - rzecz jasna! - "Wilczego humoru" nie przebije! U mnie w domu wszyscy najbardziej lubią "piosenkę o pięciu palcach":D
      I ach, gdybyż mój Starszy słuchał francuskich raperów! Niestety, jeśli po coś sięga, to zazwyczaj jest to jakieś okrutne techno, które - mam wrażenie - stworzyłabym, gdybym chciała, jednym palcem, siedząc, excusez-moi, na klopie. Masakra.

      Usuń
    2. Zgadza się, losowość to nie jest rzecz, którą cenimy sobie w grach planszowych, w które gramy z dziećmi, bo o ile dorosły potrafi przyjąć fatum/pecha/wqrwiający sześcian, na którym ciągle wyskakuje jedno oczko/łatewer, na klatę, to dziecko już niekoniecznie :) Podobnie jest z grami, w których mamy do czynienia z negatywną interakcją, a że piszesz o podkładaniu świni, to myślę, że w "Filharmonii" jest. Więc u nas odpada. Najlepszą opcją są coopy w rodzaju Pandemii, bo wszyscy grają przeciw samej grze :) I umówmy się, że nie rozmawiamy o cenach planszówek i komiksów :)
      Z francuskim hip-hopem mi nie po drodze, a jak chcę posłuchać języka miłości, to sięgam raczej po klasykę w rodzaju Piaf czy Brassensa :) Natomiast "Wilczy ..." bardzo mi się podoba i był czas, że zapętlony leciał nontop :) Nie wiem, który numer ceni Starszy, ale ja jestem fanem "Brudnych butów". Techna bym chyba nie zniósł, bo na tym rysunku satyrycznym stałbym po drugiej stronie :P Cieszy mnie za to, że zaszczepiłem syna taką Metallicą :)

      Usuń
    3. Patrzę i widzę, że Pandemia również występuje w cenie 99 PLN. Ech!:( (Już więcej nie poruszę tego tematu)
      Owszem, Filharmonia wzbudza szereg negatywnych emocji, zwłaszcza gdy gra jeden rodzic kontra dwójka dzieci i musi wskazać dziecko, które straci którąś z kart. Z drugiej strony, tak rozumując, to nawet w szachy nie da się zagrać, bo jakżeż tu zbić drugiemu wieżę albo wpuścić go w jakąś intelektualną pułapkę zakończoną matem w siedmiu ruchach? Przecież ani chybi się zapłacze!
      Rysunek znakomity:) Ach, żebyśmy tylko o to mogli się sprzeczać i stawać naprzeciwko siebie z transparentami!

      Usuń
    4. No dobrze, to już ostatni raz. 99 PLN to naprawdę niezła cena za dobrze, zaznaczam jeszcze raz, dobrze przygotowaną grę planszową. Cóż jednak ma powiedzieć pracownik budżetówki, któremu marzy się tytuł za złotych trzysta? :P
      Co do grania, to nie da się. I na nic tłumaczenia o umiejętności przegrywania, o "tylko zabawie" i takich tam, Młodszy (bo Starszy zlewa planszówki), wstaje od stołu w momencie, kiedy szala zaczyna się przechylać na stronę przeciwnika. Najgorsze jest to, że do gry się garnie, ba, usilnie uprasza o granie w Munchkina, który jest grą megawredniacką. Póki co nie dałem się namówić, bo to ponad siłę moich nerwów. A o szachach, wyobraź sobie, myślałem wczoraj, pod wpływem lektury spraw VV :P Z tym, że ja nigdy w królewską grę dobry nie byłem i wolę nie uczyć, niż uczyć źle :(

      Usuń
    5. Nie będąc obeznaną w bieżących planszowych trendach, nie czuję się na siłach, by wypowiedzieć się wiążąco, czy "Filharmonia" jest dobrze przygotowana. Na pierwszy a nawet drugi rzut laickiego oka, tak. A jak rzuciłeś tą horrendalną ceną Scythe, to nawet zaczęła wydawać mi się tania jak barszcz:P
      Gier karcianych to z kolei ja nie bardzo (poza makao), ale wyobrażam sobie, że też potrafią wzbudzać emocje (u nas bywało już, że i jeden, i drugi trzepnął kartami po tym jak dostał serię czterech trójek, poprawionych królem kier:D)
      VV zdecydowanie wpływa na pojawienie się u czytelnika chęci wyciągnięcia szachownicy, też tak miałam:) Swego czasu grywałam nawet w turniejach (bez spektakularnych sukcesów i potraktujmy to jako eufemizm), ale przypuszczam (a przypuszczenie to graniczy z pewnością), że nie rozwiązałabym choćby jednej szachowej zagadki, które Veeteren rozgryzał zazwyczaj bez większego trudu:(

      Usuń
    6. Dobrze przygotowana, to moim zdaniem przemyślana, ale i dobrze jakościowo wydana. Grałem już w gry w których żetony wydrukowane na fatalnej jakość kartonie nadawały się jedynie do kosza i takie, w których podobne elementy po o wiele większej liczbie gier wyglądały jak dopiero wypchnięte z wypraski :) W karciankach jest to rzecz o tyle ważna, że elementy poddawane są ciągłej obróbce. I tak, wiem że istnieją protektory, ale czasem jest tak, że przy rozbudowanych taliach koszt porządnych koszulek podwaja cenę gry :( Stówka za grę, która posłuży ładnych parę lat wydaje mi się przyzwoita, szczególnie na tle cen nowości na Xboxa, które po jednorazowym przejściu lądują na półce :P
      Z karcianek, to ostatnio grywamy z Młodszym w Red7. Nie daję forów i się nie podkładam, bo uważam, że dziecko dzieckiem, ale, kurczę, szanujmy się :) Jedna gra to parę rozdań, bo przegrywa się dopiero kiedy przeciwnik uzbiera odpowiednią liczbę punktów. Młodszy ma zazwyczaj fart w pierwszych rozdaniach i gromadzi np. 34 punkty, ale potem zazwyczaj (nie zawsze, ale często), karta się odwraca i ..., patrz trzepanie kartami :P
      Szachy ciągną, ale jak mówi mądrość ludowa: mierz siły na zamiary. Ale już sobie szachownice w necie oglądałem, więc kto wie :D

      Usuń
    7. Jeśli o taką jakość chodzi, to "Filharmonia" powinna przejść test czasu.
      I istotnie, jeśli zaczniemy porównywać ceny planszówek do cen gier na konsole, za chwilę wszyscy rzucą się kupić "Filharmonię", zanim zabraknie. Swoją drogą, ciągle nie umiem przestać się dziwić, że tak drogi towar (mam na myśli gry na konsole) tak znakomicie się sprzedaje. I nie jest to tylko efekt 500+, bo wcześniej też było nieźle.
      Zaczęłam czytać w internecie instrukcję gry w "Red7" Już wiem czemu nie lubię karcianek. Zanim zrozumiem jak się w to gra, szlag zazwyczaj zdąży mnie 150 razy trafić:(
      Szachy wolę klasyczne; za dużo się nagrałam na Stauntonach, żeby teraz podobało mi się coś innego. Przyznaję jednak, że te, które oglądałeś, robią wrażenie:P Ciekawe czy poza figurami zmienili też nieco reguły, gdyby np. dopuścili używanie mieczy świetlnych, rozgrywka mogłaby być naprawdę emocjonująca (choć być może nie dałoby się zagrać więcej niż dwa razy z tym samym przeciwnikiem...).

      Usuń
    8. Z drugiej strony, czemu nas to dziwi. Prawo popytu i podaży nie takie cuda widziało, jak gra za ~200 zeta, którą przechodzi się w 7 godzin :) Oglądam czasem jakieś programy w typie Galileo i tam to dopiero są jaja. Cukier po 8 ojro za kostkę, piwo za 200 itd. itp.
      A Red7 jest prosty w obsłudze. Przynajmniej w wersji podstawowej, bo tej zaawansowanej z dodatkowymi ficzerami, to jeszcze nie odważyłem się zaproponować :P
      A może to zestaw do dejarika? :P

      Usuń
    9. Możemy wymieniać dalej: buty do biegania za 1000 zł, torebka za 15000 zł, samochód za 600.000 zł. Niekoniecznie na Galileo, także na żywo.
      Ficzery, powiadasz? To ja pójdę zagrać w makao. Albo w dejarika:P

      Usuń
    10. Przyznam szczerze, że biegałem w butach za 100 zeta, a teraz biegam w takich za 3 stówki i różnica jest jednak spora. Idąc tym tropem, być może ten tysiąc (gdybym tylko miał jakiś na zbyciu, a nie mam), jest niegłupim pomysłem (dla tych, którzy ten zbędny tysiąc jednak mają). Ale już torebka za 15 kafli, to dla mnie zgrrrrroza i kosmos :P

      Usuń
    11. Jeśli ktoś biega maratony, może i ta inwestycja jest sensowna (nie wiem, nie biegam i nie zamierzam). Jeśli zaś ktoś szuka odpowiednio bogatego męża, to pewnie i inwestycja w torebkę może okazać się znakomitym pomysłem (nie wiem, nie szukam, ale zachowam ten pomysł na przyszłość:P)

      Usuń