czwartek, 4 września 2014

S. Jackson "Życie wśród dzikusów" i "Poskramianie demonów", czyli najpierw się pośmiej, a potem pomyśl

Całymi dniami kręciłam się po domu porządkując rzeczy mojej rodziny. Podnosiłam z podłogi książki i buty, skarpetki i koszule, rękawiczki i botki, czapki i chusteczki, części łamigłówek i pojedyncze centy, ołówki, pluszowe zwierzęta, nie mówiąc już o kościach zawleczonych przez psy pod fotele. Zbierałam po kątach samochodziki z plastyku, ołowianych żołnierzyków, rękawice od baseballu, swetry i różne dziwne przedmioty. Każdy z nich przekładałam na miejsce, odpowiedniejsze na pozór od tego, na którym je znalazłam.

Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że życie matki czwórki dzieci jest co najmniej dwukrotnie trudniejsze od życia matki dwójki dzieci. Ba! Moje zadawnione matematyczne skłonności podpowiadają, że zamiast prostego mnożenia należałoby w tym przypadku posłużyć się silnią.
Są to jednak dywagacje bez znaczenia. Każdego, kto twierdziłby w mojej obecności, że życie matki ledwie dwojga bardzo małoletnich dzieci jest lekkie, łatwe i przyjemne, gotowa jestem bowiem co najmniej znieważyć.

Odkąd zostałam matką, co roku, kiedy kończy się mój urlop, łudzę się, że jakimś cudem uda mi się na zawsze utrzymać ów cudowny stan, gdy mniej więcej nad wszystkim panuję. Najdalej jednak po dwóch dniach od powrotu do pracy zawodowej okazuje się, że doba znów jest o co najmniej pięć godzin za krótka, kolejne pomieszczenia zostały zaanektowane przez pojedyncze skarpetki, poplamione bluzy, zdekompletowane klocki lego oraz zdezelowane samochodziki, zaś rzeczy do prania i zmywania rozmnażają się szybciej niż króliki.
Na szczęście mamy XXI wiek, ja żyję w dużym mieście (tak przynajmniej wynika z kodu pocztowego, bo do kur za rogiem ta informacja jeszcze nie dotarła), a mój mąż intensywnie wspiera mnie w pracach domowych. Razem jakoś dajemy radę.

źródło zdjęcia
Shirley Jackson żyła w XX wieku, w małym amerykańskim miasteczku, urodziła i wychowała czwórkę dzieci, a jej mąż, człowiek z pewnością uroczy, był też mężczyzną, który uważał, że zarabianie na utrzymanie rodziny w zupełności wystarcza i pozwala na dożywotnie zwolnienie go z domowych obowiązków.
Gdybym była nią, zeszłabym z tego świata szybko i gwałtownie.
Tak jak zrobiła to ona sama, umierając na zawał serca w - wcale nie tak bardzo odległym od mojego - wieku 45 lat.

Kiedy czytałam „Życie wśród dzikusów” – pierwszą część opowieści Shirley Jackson o jej domowym życiu – zaśmiewałam się niemal do łez. Historie z życia matki dwójki, a później trójki dzieci, wydawały mi się bowiem jakby znajome, a doprawienie ich specyficznym, typowym dla zdesperowanych matek, humorem, sprawiało że czułam się pokrzepiona i zrelaksowana (w końcu mam ledwie dwójkę, nie zaś trójkę, upiornych dzieci!).

Tego ranka obudziłam się późno. Budzik wysiadł po raz trzeci w tym tygodniu. Panował już taki upał, że trudno się było ruszać. Poleżałam jeszcze kilka minut mobilizując energię konieczną do wstania. Z pokoju dziewczynek rozlegały się cienkie tony piosenki i z przyjemnością myślałam o tym, jak to miło, że dwie siostrzyczki i braciszek lubią się i bawią się ze sobą w takiej zgodzie; nagle sens słów tego, co oni wyśpiewywali, doszedł do mojej świadomości. Jednym susem wyskoczyłam z łóżka i pełną parą ruszyłam przez korytarz.
- Mała zjadła pająka, mała zjadła pająka, mała zjadła pająka – śpiewały moje pociechy.
 

W czasie lektury „Poskramiania demonów”, traktującej o życiu tej samej rodziny, wyposażonej już jednak w czworo dzieci oraz mężo-ojca, który z prostego krytyka literackiego i numizmatyka awansował na profesora, bożyszcze studentek, niemal od samego początku czułam gorycz. Niby nic się nie zmieniło, ciągle czytałam napisane ze swadą i humorem historyjki z życia wzięte. Podświadomie zaczęłam się jednak zastanawiać nad tym jak bardzo – in plus - moje życie różni się od życia Shirley Jackson. Doszłam do wniosku, że – mimo wiekopomnej sławy, jaką zapewniła sobie dzięki swoim książkom - za żadne skarby nie chciałabym się z nią zamienić.

Ostatniej soboty sierpnia w domu naszym panowała wręcz lodowata atmosfera, albowiem w czwartek mąż mój otrzymał list od szkolnej koleżanki imieniem Sylwia, która zawiadamiała go, że będzie, wraz z drugą koleżanką, przejeżdżała przez Nową Anglię i że byłaby szczęśliwa, gdybyśmy zechcieli zaprosić ją na weekend, celem odnowienia starej przyjaźni. Mąż wręczył mi ten list w milczeniu, przeczytałam go trzymając daleko od siebie, po czym powiedziałam, że jestem szczerze wzruszona jego miłym stosunkiem do starych przyjaciół, i zapytałam, czy Sylwia zawsze używała papieru listowego koloru lawendy i pisała różowym atramentem i że nie wiem, czy mi się tylko zdaje, ale czuję jak gdyby zapach perfum. Mąż odpowiedział, że Sylwia to wspaniała dziewczyna.(…)
Odłożyłam list na jego biurko i oświadczyłam, że muszę pozmywać naczynia po śniadaniu.
- A propos – przypomniał sobie mąż. – Sylwia zawsze o sobie dbała. Znasz to. Lakierowane paznokcie i te de.
Schowałam ręce za plecy i odpowiedziałam, że doskonale rozumiem, o co mu chodzi.
- Byłbym ci niezmiernie wdzięczny, gdybyś zechciała może jakoś specjalnie zająć się domem. Mogłabyś na przykład umyć dzieci albo coś takiego. Chciałbym, żeby tu u nas jakoś wyglądało. Wiesz chyba, o co mi chodzi?

W snutej przez Shirley Jackson opowieści poza goryczą sporo jest miłości i zachwytu nad pięknem zwykłego, codziennego życia, nad tym, co tak ulotne, a co tak naprawdę tworzy nasze, często później idealizowane, wspomnienia z dzieciństwa. Unoszący się z piekarnika zapach domowego ciasta, rytuał ubierania choinki, czas spędzany wspólnie z rodzicami przy robieniu pozornie głupich rzeczy. Każdy, kto był dzieckiem, wie jak bardzo jest to ważne. Każdy, kto jest w miarę rozsądnym rodzicem, stara się dostarczyć swoim dzieciom takich właśnie przeżyć. Nie wydaje mi się jednak, aby koniecznie trzeba było robić to za wszelką cenę.

Czytając „Poskramianie demonów” nie umiałam pozbyć się skojarzeń z obowiązującym jeszcze do niedawna powszechnie modelem Matki Polki Cierpiętnicy, kobiety z siatami, szorującej o drugiej w nocy zabrudzoną przez pozostałych członków rodziny wannę, dziubiącej ze zmęczenia nosem w talerz stojący na znakomicie przez nią wcześniej przystrojonym świątecznym stole. I po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że to nie moja bajka.
Bo w mojej kobiety żyją dłużej niż czterdzieści pięć lat.
A mężowie wiedzą, że wspominanie żonom o spotkanych w młodości Sylwiach grozi śmiercią. Ich - przedwczesną - śmiercią.

Shirley Jackson „Życie wśród dzikusów”, tłumaczyła Mira Michałowska. Czytelnik, Warszawa 1977.
Shirley Jackson „Poskramianie demonów”, przełożyła Mira Michałowska. Czytelnik, Warszawa 1980. 

84 komentarze:

  1. Mnie Jackson nie bawiła do łez, mnie jej było zwyczajnie żal. Jakoś tak na mnie genderowo wpływała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pierwszej części to się nie rzucało tak w oczy. Mnie ruszyło dopiero przy drugiej, za to już na samym początku. Zastanawia mnie, czy ona tak naprawdę była szczęśliwa, a jeśli tak, to do kiedy, bo jej smutny koniec (zdaje się, że tam było jeszcze szereg uzależnień i innych problemów) wskazuje na to, że na pewno nie do śmierci.

      Usuń
    2. Aż tak dobrze nie pamiętam detali. Wiem, że spodziewałem się czegoś do pośmiania w głos, a jakoś nie mogłem się za dobrze bawić. Przypuszczam, że te wszystkie epizody zostały starannie wyselekcjonowane spośród dziesiątków dużo mniej przyjemnych. Pan małżonek działał mi na nerwy okropnie, nawet gdy brałem poprawkę na zupełnie inną epokę i inne poglądy na role małżonków. Zdaje się, że wychowanie wychowaniem, a to po prostu leniwy skunks był :P

      Usuń
    3. No, no, widzę że przy Tobie to ze mnie taka feministka jak z koziej dupy trąba!:P
      Epizody na pewno wyselekcjonowane, choć może nie było aż tak strasznie? W końcu kiedyś Jackson musiała pisać wszystkie te książki. Bo skąd czerpała pomysły na horrory, to chyba wiem...

      Usuń
    4. Jak wiadomo, zazwyczaj jestem prymitywnym seksistą, ale czasem włącza mi się tryb feministyczny, nic na to nie poradzę:) Jackson pisywała chyba głównie opowiadania, to akurat po kilka zdań między gotowaniem a zmywaniem mogła notować i nie traciła wątku.

      Usuń
    5. Po tym wyznaniu z pewnością wzrośnie Ci liczebność grona wielbicielek!:)
      A z opowiadaniami wcale nie jest tak prosto, moim zdaniem. Napisać porządne, to dopiero sztuka (choć tych jej nie czytałam, więc nie wiem czy są porządne).

      Usuń
    6. Będę miał więcej wielbicielek jako seksista, czy jako feminista? Czasem mam wrażenie, że jako ten pierwszy :)
      Mnie opowiadania Jackson znudziły, takie staroświeckie epizodziki jak z polskiego filmu, ktoś pali, ktoś znacząco patrzy, brrr. I nawet tej grozy jakby deficyt.

      Usuń
    7. Nie spychajmy dyskusji na tę - jakżeż krętą! - ścieżkę, bowiem mój sokoli wzrok dostrzega wokół szereg przepaści!:P
      Ja tam stare polskie filmy kryminalne uwielbiam pasjami. Gdyby klimat opowiadań Jackson był taki jak klimat kolejnych odcinków o Kapitanie Sowie na tropie, natychmiast wyruszyłabym na poszukiwania!:)

      Usuń
    8. W starych filmach kryminalnych, nawet polskich, coś się dzieje. U Jackson dzieje się nader rachitycznie. Niektórzy uwielbiają takie delektowanie się każdym półsłówkiem i każdym wymownym spojrzeniem, ale mię osobiście mdli; zawsze podejrzewam, że autor nie ma nic do powiedzenia i tymi ogranymi środkami symuluje tak zwaną głębię i metafizykę :)

      Usuń
    9. Teraz to się znęcasz nad nieżywą autorką!:P Pomyśl sobie, co ona miała w domu, to od razu zrozumiesz, że pragnienie ciszy, spokoju i nic-nie-dziania-się musiało być w jej przypadku bardzo silne!
      A co czytałeś? "Loterię"?

      Usuń
    10. No jest to jakiś pomysł interpretacyjny :)
      "Loterię", chociaż czytałem to dużo powiedziane, zabiło mnie po trzecim tekście :)

      Usuń
    11. Hm. To jeszcze pomyślę, czy zainwestować te 3 zł plus 7,50 kosztów wysyłki. Najpierw sprawdzę w zbiorze opowiadań "Playboya" (wyjątkowo wiem gdzie jest, z dokładnością do trzech kartonów!), bo podobno jest tam coś jej autorstwa.

      Usuń
    12. Chyba jeszcze gdzieś mi się wala ta Loteria, to mogę Ci dać, nie żądając nawet kosztów wysyłki. Prezent na nowe mieszkanie byś miała :D

      Usuń
    13. Wizja kusząca. Prezenty przyjmuję ochoczo i nieustannie, więc czemu nie?:) Najlepiej w komplecie z meblami ogrodowymi. Ewentualnie firankami:P

      Usuń
    14. Nie wiem, czy moja chęć obdarowywania sięga choćby kompletu kuchennych ściereczek, więc mebli proszę nie wymagać :) My się ich dorobiliśmy po czterech latach od przeprowadzki, więc Ty też możesz chwilę poczekać.

      Usuń
    15. No dobrze już, dobrze, tak tylko zagaiłam:P "Loterię" chętnie przyjmę, nawet solo.
      Z tymi meblami zaś to może i racja. Na razie wszystko, co stoi na balkonie oraz ogrodzie i tak natychmiast rezerwuje dla siebie kot, więc faktycznie, nie ma się co spinać.

      Usuń
    16. Kotu oddajcie pudło, możliwie małe. Z wdzięczności może nawet przestanie Cię gryźć.

      Usuń
    17. Ha, ha! (był to śmiech szyderczy, dlatego przez samo "h"). Kot ma na balkonie szafkę sosnową, wyściełaną kocem, z wyciętym otworem obserwacyjnym. Pudło?! Ha, ha!:D

      Usuń
    18. Nie ma takiego kota, choćby miał domek kryty mysim futerkiem, żeby się nie zainteresował kartonem. No chyba że już Ci się udało zepsuć kota :P

      Usuń
    19. Niczego nie psułam, to nie ja postawiłam tę szafkę. Ale kartonów ci u mnie dostatek, jutro jakiś wystawię. Osobiście nie wierzę w to, że przedłoży go nad szafkę.

      Usuń
    20. Nie musi w tym kartonie zimować, on go po prostu zajmie i wypełni swoją osobowością.

      Usuń
    21. Nie doceniasz jego osobowości. Ona nie wejdzie do żadnego kartonu!

      Usuń
    22. Ha! Im mniejszy karton dasz, tym usilniej będzie usiłował tę osobowość w niego wcisnąć.

      Usuń
    23. Ciekawe w takim razie, dlaczego nie próbował dotychczas wejść do żadnego z kartonów, które licznie stawały na jego kociej drodze, hę? Przypominam, że to stary i doświadczony życiem kot jest.

      Usuń
    24. Pewnie się biedulek wstydzi :P

      Usuń
    25. Punkt dla mnie. Kot zignorował dwa kartony, które stanęły na jego zwykłej drodze i udał się pod stół. Poza tym, przemyślałam sprawę: z dwojga złego wolę mieć na balkonie szafkę z kotem, a nie karton z kotem.

      Usuń
    26. Wiedziałem, sprzedali wam psa :D

      Usuń
    27. :D Oddali, a nie sprzedali. Ale trochę za skoczny jak na psa - dziś dwa razy zrzucałam go z blatu:(

      Usuń
    28. Uuu, jak oddali to odpada domaganie się zwrotu kasy :P A skoczność psa zależy od tego, co leży na tym stole :P

      Usuń
    29. Taaa, ja zaczynam się nawet domyślać, czemu go oddali:P Co nie zmienia faktu, że i tak bardzo źle myślę o ludziach, którzy ot tak, pozbywają się zwierząt.
      Co do skoczności psa, masz rację. Mój śp. sznaucer olbrzym, na co dzień w ogóle nie skoczny, któregoś dnia niczym baletnica-akrobatka wskoczył na usytuowaną na wysokości 1,5 metra półkę i pożarł na raz stojące tam w misce 3,5 kg mięsa, ugotowanego dla niego na cały następny tydzień...

      Usuń
    30. Kotopies ma szczęście, że na was trafił w takim razie :)
      O widzisz. Sznaucer potrafi skoczyć, to co dopiero mniejsza gadzina :P

      Usuń
    31. Szczęście jak szczęście, dziś dwa razy dostał ścierą po łbie. Za skoczność:P

      Usuń
    32. Wolałbym nie znać tej mroczne strony Twojej osobowości.

      Usuń
    33. Jeśli nie jesteś skocznym kotem, możesz odetchnąć. Ludzi nie trzepię. Nawet jak wyżerają mój obiad.

      Usuń
    34. Okrucieństwo wobec zwierząt od okrucieństwa wobec ludzi dzieli cienka panierka na kotleciku :P

      Usuń
    35. Kotlety z, kota chyba nie są zbyt smaczne?:P I ach, jakaż jestem okrutna, kupując kotu żarcie z wyższej półki, które pochłania niczym odkurzacz (całe szczęście, że Unia zaraz zakaże używania takiej mocy!), głaszcząc go i do niego gadając!

      Usuń
    36. Kota jeszcze nie jadłem, nasz jest stary i może być żylasty. Kot chyba mocno wygłodzony, skoro jada żarcie z wyższej półki (co dla Ciebie jest wyższą półką?). Zwykłe rozpaskudzone koty domowe preferują karmę Rossman a 0,69 zł/pudełko :P

      Usuń
    37. Ten w zasadzie zżera wszystko, co znajdzie w zasięgu wzroku, ale i tak najchętniej dobrałby się do naszej lodówki. Na początku, na swoje nieszczęście, wpadłam na czterech kociarzy, którzy jednym głosem krzyczeli, że sucha tylko Purina, a mokry Felix. Tanie toto nie jest, niestety. Dodam na stronie, że od trzech dni robię testy z rossmanowskim Winstonem (0,99 zł za opakowanie) i wypadają nieźle:)

      Usuń
    38. Purina owszem, szczególnie jeśli kot stary/kastrowany albo coś mu dolega. Ale Winston rządzi. Ten z marchewką, drugi z pomidorkiem i trzeci w sosiku jogurtowym.

      Usuń
    39. Kot stary, więc niech ma. A Winstona z pomidorkiem nie widziałam, cóż za niedopatrzenie! Za to dziś odkryłam, że Purina robi wersję de luxe (z pasztecikami) i wymiękłam.

      Usuń
    40. Nie spoglądaj w stronę wersji de luxe, od razu się lepiej poczujesz. A kotu nie zaszkodzi coś bardziej przaśnego :)

      Usuń
    41. Luksusowa kobieta spogląda w stronę luksusów, to chyba oczywiste?:P (Pisząc to, odruchowo schowałam za siebie mało luksusowe dłonie z jeszcze mniej luksusowymi paznokciami).

      Usuń
    42. Oczywiście, że oczywiste:) Paznokciami się nie przejmuj, poczekać aż będziesz rabatki pielić :P

      Usuń
    43. O nie, rabatek nie będzie. Tylko jakieś mało skomplikowane i bezobsługowe rośliny chwastobójcze!:P

      Usuń
    44. Każden jeden się tak zarzeka z początku. Jeżeli przed przeprowadzką nie zalałaś asfaltem względnie nie zakryłaś kostką każdego skrawka zieleni na posesji, to nie ma siły. Będziesz pielić albo chociaż wydłubywać mech ze spoin bruku na podjeździe :P

      Usuń
    45. Niczego nie zalewałam. Ale posiadam męża oraz chętne do pracy dziecko (sztuk jedna, sztuka druga nie jest taka głupia), którzy dziś właśnie pracowicie wyskrobywali szpachelką chwasty ze wspomnianego podjazdu:))

      Usuń
    46. Na pewno, jak to chłopy, zrobili to niechlujnie, więc dusza matki Polski pchnie Cię do własnoręcznych poprawek do wtóru wypluwanego przez zęby hasła "Że też nawet takiej prostej rzeczy nie umieją porządnie zrobić" :P

      Usuń
    47. Pięknie zrobili, bardzo pięknie! Bieżących instrukcji udzielałam przez kuchenne okno, przez które wyglądałam w czasie przerabiania brzoskwiń:)

      Usuń
    48. Okno wysoko nad ziemią, na pewno przeoczyłaś niejedną niedoróbkę.

      Usuń
    49. Mój słaby wzrok na szczęście nie pozwoli mi ich dostrzec nawet z bliska!:)

      Usuń
  2. Bardzo ładna recenzja! Aż mi się chce jeszcze te kilka lat pociągnąć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dawaj! W kupie raźniej! Ja zamierzam pociągnąć drugie tyle, ale jak będziesz chciała wysiąść wcześniej, uprzejmie pozwolę:P

      Usuń
    2. Nie, nie, nie pozwalaj!!! Nie dam się wypchnąć z tego pociągu! Będę się trzymała wszystkimi protezami które posiadam i posiadać będę w przyszłości!

      Usuń
    3. W takim razie, gdybyś w przyszłości planowała protezę dłoni, rozważ taką w stylu kapitana Haka. Ja już ostrzę sobie na nią zęby. Nie wiem tylko, czy da się w niej utrzymać białą laskę, ale co mi tam!

      Usuń
    4. Ale do czego Ci ona? Będziesz nakłuwać parówki?
      Białą laskę możesz przeca przywiązać bandażem! Bandażem będziesz wiązać żylaki! Albo, co ta, od razu przywiąż żylakiem! Tak kolorystycznie i tematycznie.

      Usuń
    5. Jak to do czego? Jak Cię/mię - niepotrzebne skreślić - będą wyrzucać, będzie jak znalazł. Zaczepno-obronna.
      Z tymi żylakami to mnie zdradziłaś. Trzymałam tu sobie w zanadrzu kolejne schorzenie, aby nim chlasnąć w którymś z kolejnych postów, a tu taki falstart. Ale masz rację, żylak będzie lepszy niż pocięte na paski rajstopy, którymi podwiązywałam onegdaj pomidory!

      Usuń
    6. Pewnie Ci pomidorki szybko nabrały kolorku, co?

      Pacz, strzeliłam i od razu w dziesiątkę!

      Jak chcą wyrzucać, to trzeba zwiększać masę. Pracuję nad tym! Omniomniom.

      Usuń
    7. Kolorku jak kolorku, szybciej schodziły na złą drogę. Planując napady, nie musiały się zastanawiać skąd wziąć pończochy do naciągnięcia na twarze.
      Sądząc po celności strzału, Twoje opowieści okulistycznej treści należałoby uznać za przesadzone. Ja z trudem trafiam w tarczę, a co dopiero w dziesiątkę, o!:P
      Z tą masą to niezły pomysł. Zwłaszcza, że zostałam zmuszona do zagospodarowania dużej ilości brzoskwiń i dziś piekę ciasto za ciastem. Teraz będę miała dobre wytłumaczenie dlaczego sama je zjadam!:

      Usuń
    8. Ja zżarłam dwie blachy tegoż! Blachy to ja zawsze dojrzę! Nawet po omacku znajdę żarcie! I zakorkuję drzwi w wagonie!
      A celność strzału - wiesz jak to jest, mam 50% skuteczność- albo trafię, albo nie.

      Usuń
    9. Starając się nadążać za pokrętnymi ścieżkami Twego umysłu, domniemuję że zakorkowywać zamierzasz własnym ciałem? Pomyśl więc i o zbroi, która uchroni Cię przed szczypaniem w wystający - jak sądzę - zadek. Pozwól jednak, że ja pójdę przodem.

      Usuń
    10. Jasne, że własnym ciałem! (jakie pokrętne, u licha?! Najprostsze z możliwych!)
      No jak przodem? Przecież chciałaś jechać jak najdłużej! Siedź i podziwiaj widoki!

      Usuń
    11. Przodem do wagonu, znaczy się pierwsza wejdę, bo potem się nie da. Trzeba będzie jednak pomyśleć o zgromadzeniu pokaźnych zapasów wałówki: po pierwsze, bo podróż będzie długa, po drugie, żebyś w trakcie nie schudła i nie odkorkowała. Ani nie wykorkowała.

      Usuń
    12. Jejku, żebym tylko te drzwi zakorkowała prawidłową stroną organizmu!
      Ale w sumie możesz nie poznać różnicy. Może pomyślisz,że uśmiecham się, leżąc na boku? :)

      Usuń
    13. Spróbowałam sobie to zwizualizować. Padłam i leżę na wznak. Uprzejmie informuję, że to co widać, to moja twarz i trzęsący się - ze śmiechu rzecz jasna, a nie z czego innego - brzuch!

      Usuń
  3. Witaj we wrześniu... Jako matka dwóch uczniów, po 4 porankach jestem jeszcze bardziej niż pewna że w przypadku kolejnych dzieci zeszłabym szybko z tego świata...Niech spokój i cierpliwość również będzie z Tobą!
    A książek tych nie czytałam... Nie wiem czy przypadkiem nie byłyby miłą, odprężającą lekturą po ciężkim tygodniu. Nie ma to jak poczytać o tym jak innym jest jeszcze trudniej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, zapomniałam że u Ciebie w tym roku dubel! Ja mam ostatni rok względnego spokoju, a i tak ledwo dycham. Gdybym tak dopadła jakiegoś miecza świetlnego, jak bym chlastnęła tu i ówdzie, z pewnością od razu zapanowałby spokój!
      Pierwsza część spełnia, jak sądzę, kryteria. W razie potrzeby, służę pożyczką:)

      Usuń
  4. Obiad. Telefon. "A czemu chłopaki nie na treningu?". Zapomnieli. Przełykam w biegu. Jedziemy. Dwie godziny później wracamy. W domu. Bluzy gdzie? Na boisku. Jedziemy.
    Jak ja doskonale rozumiem. I pozostaję w nadziei, że mimo iż jestem mało użytecznym w domu bucem, to nie aż takim jak mąż pani Jackson :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie mów. U mnie w tym roku dwa baseny (jeden początkujący, jeden zaawansowany, nie myśl, że da się to zrobić w tym samym dniu i o tej samej godzinie), piłka nożna, nieustająca rehabilitacja Starszego. Plus rozpaczliwe próby uprawiania sportu i przeze mnie.
      Próbka z przedwczoraj. Jadę prosto z roboty,wprawdzie z językiem na brodzie, bo wszystko wyliczone co do minuty, ale bardzo zadowolona, bo spakowałam sobie ubranie sportowe oraz sprzęt (kije). Dojeżdżam na miejsce, otwieram bagażnik. Gdzie buty? W domu. Nie jadę, p...ardon.

      Usuń
    2. Ja rowerkowi powiedziałem już chyba pa pa :( Teraz gruntowanie, malowanie, sprzątanie, załatwianie spraw bankowych i jeszcze mi dowód rejestracyjny "wyszedł". Dwie wizyty w starostwie, bo przeca od ręki się nie da. Że o 7 dychach z kieszeni nie wspomnę :(
      PS. Ale przestaję jękolić i stwierdzam, że pogodę na zrobienie elewacji mieliśmy piękną :) Jak również na prace w środku :)

      Usuń
    3. Ja się tak łatwo nie poddaję, zwłaszcza że znów muszę podreperować nadwerężony przeprowadzką kręgosłup. Efekty tego są jednak takie, że liczba godzin snu znów mi się niebezpiecznie zmniejsza, a w dni powszednie zjeżdżam do domu około 19-20. Ale i tak cieszę się, że mam za sobą to, co jeszcze przed Tobą!
      A pogoda, owszem, dopisała tego roku. To pewnie znak, że niebiosa są Wam przychylne:)

      Usuń
  5. Nie znałam wcale Jackson - powinnam się wstydzić? I obawiam się, że nie zdzierżyłabym pana męża jednak:( A tak w ogóle jednak zamierzam trochę dłużej pożyć niż ona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba niekoniecznie. Ja też całkiem niedawno dowiedziałam się o jej istnieniu. Nie wiem jak było naprawdę, tzn. na ile jest to fikcja literacka, a na ile opis rzeczywistych zdarzeń, ale autorka chyba nie dawała panu mężowi szansy, by zrozumiał, że coś jest z nim nie tak. Na marginesie, mąż wcale o tak bardzo wiele jej nie przeżył (ledwie pięć lat, a byli w tym samym wieku) - najwyraźniej pasożytniczy tryb życia też szkodzi!:P

      Usuń
    2. I tym się będę pocieszać, bo jednak mam aspirację pożyć choć trochę dłużej.

      Usuń
    3. W takim razie pomału zbiera się nas całkiem spore grono (patrz komentarze pandeMonii) - to będzie bardzo wesoły pociąg!:)

      Usuń
    4. Bardzo wesoły, sądząc po Twoich wpisach, na pewno byłoby niesamowicie dowcipnie i wesoło.

      Usuń
    5. Wszystko zależy od dnia. Czasem bywam groźna, piorunująca i paraliżująca. W ciasnym wagonie mogłoby okazać się to trudne do zniesienia, ba! do przeżycia!

      Usuń
  6. Zabawne, bo ja czytałam te książki we wczesnych latach osiemdziesiątych, jeszcze w liceum i widziałam tam przede wszystkim sympatyczny, pelan ludzi dom, tak odmienny od mojego. Nie żeby mój nie był sympatyczny - tego nie chcę powiedzieć, ale byłam jedynaczką, a mama pedantką, więc nasz dom był uporządkowany i w moim odczuciu pustawy.
    Model rodziny kompletnie mnie nie dziwił - jak na ówczesne czasy była to norma. Co mnie zaskakiwało - to zupelnie inny poziom życia, mimo że ksiązki działy się w latach chyba pięćdziesiątych. Ten samochód, którym jeździła żona, to w Polsce byłoby nie do pomyslenia. U nas wtedy kobieta siadała za kółko tylko wtedy, kiedy mąż sobi trochę popił ;-) W większości znanych mi rodzin mamy w ogóle nie mialy prawa jazdy. Poza tym - pralka i suszarka oraz zmywarka do naczyń - dwa ostatnie sprzęty wtedy w Polsce niespotykane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy lekturze pierwszej części też widziałam głównie ten sympatyczny rozgardiasz. Potem dostrzegłam jednak i tło.
      Czytanie tej książki w latach osiemdziesiątych faktycznie musiało dostarczać zupełnie innych wrażeń niż obecnie. Mimo że pamiętam co nieco (ale kiedy Ty byłaś w liceum, ja wizytowałam podstawówkę), to i tak czytałam to jako ja dzisiejsza, posiadająca i zmywarkę, i pralkę, i prawo jazdy, i męża, który nie ma problemu z tym, kto prowadzi oraz kto zarabia. W sumie to dobrze, że po blisko siedemdziesięciu latach udało nam się wreszcie osiągnąć amerykański poziom życia (przymknijmy oko na to, że opisana w książce rodzina do zamożnych nie należała), zarazem znacznie ich przeskakując, jeśli chodzi o równouprawnienie.

      Usuń
    2. Te jej ksiązki wyszły kolejno w 1953 i 1957 roku.
      Tak mi się skojarzyło - oglądałas film "Usmiech Mona Lisy" z Julią Roberts ? Bo to te same czasy, tylko tam rzecz sie dzieje w ekskluzywnym żeńskim college'u. Dziewczyny studiowały, ale ich głownym celem życiowym było wyjście za mąż i zostanie dobrą panią domu. A Wydział Prawa Uniwersytetu Yale miał dla kobiet wtedy 4 (słownie: cztery !!!) miejsca.
      Pod tym względem w PRL było wtedy lepiej, bo dostęp do edukacji kobiety miały nieograniczony przez płeć. A jak im sie potem z tym wykształceniem żyło, to juz inna historia...

      (poprzedni komentarz usunęłam, bo to jedyna mozliwośc poprawienie kompromitujących błędów ;-) )

      Usuń
    3. No właśnie nie wiem czy dopiero tak późno, bo w moim wydaniu pierwszej części copyrajty są jeszcze z lat czterdziestych.
      "Uśmiechu Mony Lisy" nie oglądałam, za to czytałam, całkiem niedawno, "Anię z Zielonego Wzgórza". Klimat w zasadzie podobny, zwłaszcza jeśli chodzi o to, po co kobiety szły na studia czy do college'u. Myślę, że podobne motywacje towarzyszyły i towarzyszą nadal części kobiet. Faktem jest jednak, że teraz decyduje w zasadzie tylko ich wolna wola (choć pytanie, ile z tych kobiet zdaje sobie sprawę z możliwych konsekwencji wyboru roli żony "przy mężu"), a wcześniej miały do przejścia istną drogę przez mękę. W PRL-u mimo wszystko też, bo ta wolność wyboru była pozorna.

      Co do komentarza: już posprzątałam:) Mnie też nieraz irytuje ta niemożność usunięcia choćby literówki.

      Usuń
  7. Patrz, ja mam w pamięci to pierwsze czytanie, po którym zostało mi wrażenie sympatycznego chaosu, zabawnych sytuacji i ogólnego rozbawienia, podszytego śladem zrezygnowania (z silniejszym się nie walczy).
    Miałam chęć na drugie czytanie, ale po lekturze Twojego posta odpuszczę. Ostatnimi czasy zgorzkniała jestem i pewnie lektura tylko by mi dołożyła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, w stanie zgorzkniałości to chyba nic nie wchodzi. Mi pasuje wtedy wyłącznie Agatha Christie, przy czymkolwiek innym zrzędzę i stękam.
      Nie wiem jednak, czy musisz sugerować się tym, jak ja odebrałam tę książkę. Wszyscy wokół rozpływają się w zachwytach, jaka to zabawna historia i w ogóle boki zrywać, więc może to ze mną jest coś nie tak? Powiem jednak szczerze, że ulżyło mi , gdy ZWL napisał, że on miał tak samo. Nawet jeśli jestem kopnięta i czepialska, to we dwójkę zawsze raźniej!:)

      Usuń
    2. Z książkami tak jest zawsze. Czytasz wokół, jaka to książka X jest cudowna, wspaniała, Oskara jej dać i Nobla, po czym bierzesz dzieło do ręki i nie zachwyca. I dziwnie, no jak to, powinno porwać, a nie porwało, coś z gustem jest nie tak czy co?

      Usuń
    3. Jak tak dobrze pomyśleć, to tak jest prawie ze wszystkim. Miałam swego czasu taki sklep wędliniarski, w którym jeśli pani ekspedientka polecała mi "szyneczkę" (a wiem, że robiła to szczerze, a nie po to aby wypchnąć towar), wiedziałam na 100%, że będę nią pluć i parskać. I to wcale nie dlatego, że była podłego sortu, tyle że smak absolutnie nie mój. Dowcipy też jednych śmieszą do rozpuku, a innych wcale. Tylko człowiek taki głupi, że czasem myśli, iż z książkami to powinno być inaczej...

      Usuń