Gdybym
wierzyła w horoskopy, przeznaczenia i inne tego typu rzeczy, z pewnością
zaczęłabym ten post od stwierdzenia, że przeczytałam cykl dziesięciu książek Håkana
Nessera o komisarzu Van Veeterenie akurat teraz, gdyż tak było zapisane w gwiazdach.
Ponieważ
jednak we wszystko powyższe nie wierzę, poprzestanę na wyrażeniu zachwytu z
powodu tego, że te akurat książki wpadły w moje ręce właśnie teraz, gdy od kilku miesięcy słucham i szukam. Przeznaczenie
czy co?;)
Van
Veeteren (dla kolegów z pracy VV) to komisarz policji w nieistniejącym mieście
Maardam, położonym w znajdującym się nie wiadomo gdzie kraju. Około
sześćdziesiątki, rozwiedziony, niemający dobrych relacji z dziećmi, zwłaszcza
synem, momentami opryskliwy i przemądrzały. Potrafi wykryć sprawcę
każdego przestępstwa, poza jednym – w powracającej niczym zła mantra sprawie G
(jej został poświęcony ostatni tom cyklu). Poza tym gustuje w rozrywkach, które
przeciętnemu odbiorcy mogą wydać się nietypowe dla policjanta – gra w szachy i
badmintona (żeby choć squasha!), jest znakomicie obeznany z literaturą i słucha
wyłącznie dobrze dobranej muzyki poważnej.
Czytając
kolejne części serii, można poprzestać na skupieniu się na kryminalnych
zagadkach, związanych każdorazowo z jednym lub nawet kilkoma zabójstwami.
Można, jeśli chce pozbawić się tego, co u Nessera najważniejsze i co było
istotne także w drugiej serii jego książek kryminalnych, której bohaterem był
inny komisarz policji, tym razem szwedzkiej, Gunnar Barbarotti.
To co odróżnia Nessera od innych autorów znanych mi kryminałów, to obyczajowe tło jego powieści.
Jeśli kogoś interesują
realistyczne opisy pracy policji czy patologów sądowych (ach, te krwiste opisy
sekcji zwłok), niech nawet nie próbuje sięgać po jego książki, bo przeżyje
zawód.
Jeśli natomiast ktoś
chce skonfrontować się z szeregiem często bolesnych konstatacji na temat współczesnego
świata i ludzkiej kondycji, niech zarezerwuje sobie czas na lekturę dziesięciu
wciągających, grubych opowieści.
Paradoksalnie, choć cała seria nazywana jest cyklem o Van Veeterenie (podtytuł na okładce zapewnia, że to „śledztwa komisarza Van Veeterena”), to on sam, po piątej
książce „Komisarz i cisza”, pozostaje już tylko postacią drugoplanową. Powraca dopiero w
części ostatniej, choć trudno jest powrót ów nazwać triumfalnym. To nie są bowiem
książki o ciężkiej pracy dobrych policjantów, która zawsze prowadzi do przykładnego
ukarania złych ludzi. Owszem, jej bohaterami są policjanci, będący jednak
ludźmi takimi jak my wszyscy, co oznacza, że trafiają się wśród nich i czarne
owce. Nie zawsze także udaje się im ukarać tego, który powinien zostać uznany za
winnego. Podjęcie decyzji o winie i jej stopniu okazuje się często być trudne,
o ile nie niemożliwe.
To co mnie najbardziej
poruszyło, to trafność spostrzeżeń dotyczących banalności i powszechności zła w
otaczającym nas świecie. I brania na siebie odpowiedzialności za jego
zwalczanie.
Nie mam pojęcia w jaki
sposób Nesser, do czterdziestki szwedzki nauczyciel gimnazjalny, mógł tak
dobrze oddać i zrozumieć to, co dzieje się w głowie człowieka, który na co
dzień styka się niemal wyłącznie ze złem, ale mam nadzieję, że nie jest to
wynikiem fatalnej kondycji moralnej szwedzkiej młodzieży i ich rodziców.
„Prawdziwa idylla. (…) Ciemna, lśniąca tafla wody. Pola dojrzewających
zbóż. Tu i ówdzie grupki drzew liściastych i pojedyncze zabudowania w na wpół
otwartym krajobrazie. A wszystko to otoczone bezgłośnym lasem iglastym. Armiami
milczenia.
I
wibrujący letni żar, który sprawiał, że delikatnie pomarszczona woda wydawała
się nęcąca nawet tak opornemu pływakowi, jak komisarz Van Veeteren.
Idylla,
tak, pomyślał i zaczerpnął głęboko powietrza. Na odległość i zanim się zdrapie
wierzchnią skorupę, niemal wszystko wydaje się i piękne, i doskonale
uporządkowane. To stara, dobrze znana prawda.”
Nie ciekawią mnie
historie o złu oczywistym. O gangsterach, mafiach, bandyckich porachunkach. To
świat, od którego można się odizolować, z którym – o ile wybierze się właściwy zawód
i miejsce zamieszkania – można się przez całe życie ani razu nie zetknąć. Prawdziwie
fascynujące są dla mnie historie o zwykłych ludziach, którzy pewnego dnia – z własnej
woli lub przypadkiem – stają się sprawcami przestępstw. Opowiadając o nich
można bowiem pokazać całą złożoność świata, który niemal nigdy nie jest
czarno-biały.
W czasach, w którym tak wielu
z taką łatwością przychodzi wydawać kategoryczne sądy i ustawiać ludzi w
jedynych, ich zdaniem, im należnych miejscach, dobrze jest przypomnieć sobie,
że to jednak nie tak. Że życie jest zupełnie inne. Że my jesteśmy zupełnie
inni. Że czasem możemy tylko odegrać swoje role, w których obsadził nas los.
Lub Bóg, jeśli kto woli, choć Van Veeteren z pewnością uznałby tę opcję za
błędną.
W najlepszej, moim
zdaniem, książce cyklu – „Komisarz i cisza” – pojawia się jeszcze pytanie o
odpowiedzialność. O to, jak długo można, trzeba dźwigać brzemię przywracania
światu właściwego porządku. Ustawiania dobra i zła na właściwych miejscach.
Kosztem siebie.
„Wyczerpałem już swoje pensum udziału w cierpieniu – cierpieniu innych.
Może
najwyższy czas trochę odpocząć, żeby odpędzić ponure myśli. Nie muszę
przedzierać się aż do samego jądra ciemności.”
Van Veeteren ma dość.
„To jest perwersja, pomyślał. Pewnego dnia nie wytrzymam już dłużej na
tym świecie.
To
tylko kwestia czasu.”
Wytrzymałość każdego
człowieka jest inna, ale każda jest ograniczona.
Niektórzy ratują się
popadnięciem w zobojętnienie i niezastanawianiem się nad cierpieniem innych. Robota
jak robota, ważne żeby płacili.
Inni w pewnym momencie
mówią: dość. Jedni szybciej, drudzy później. Jeden gotów jest zapłacić taką
cenę, inny wyższą.
Czy to, że nie chcę, nie
mogę już dłużej ratować świata, świadczy o moim egoizmie?
Czy jestem gotów/gotowa
skupić się teraz wyłącznie na sobie, zamykając oczy na to banalne zło, które
kryje się za rogiem?
Van Veeteren podjął
decyzję i odpowiedział na powyższe pytania.
Zazdroszczę mu tego, że spojrzał
na właściwy zegar, gdy nadszedł jego czas.
Bo to tylko kwestia
czasu, który na każdym zegarze tyka inaczej.
Håkan Nesser, cykl o
komisarzu Van Veeterenie.
Część piątą „Komisarz i
cisza”, przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa
2013.
Nesser to jeden z nielicznych autorów kryminałów, z którym nie miałam jeszcze styczności. Czyli mówisz, że warto?
OdpowiedzUsuńJa w zasadzie mogłabym odwrotnie: Nesser to jeden z nielicznych (współczesnych) autorów kryminałów, z którym miałam styczność. Dla mnie warto. Nie wiem jak mogłam tak długo żyć, nie znając Nessera!:P
UsuńJa pod wpływem Królowej Matki zebrałem trzy tomy o Barbarottim. Czekam teraz na właściwy czas na właściwym zegarze :D
OdpowiedzUsuńŻeby tylko to nie był zegarmistrz światła :P
UsuńPurpurowy...
UsuńObawiam się, że większość odkładanych przez nas lektur, to będzie właśnie na czas po :P
UsuńKolega, widzę, w jakimś takim ostatecznym nastroju :D
UsuńPotrzebuję słońca i ciepła. Jakieś sugestie lekturowe? :P
UsuńJa tam nic nie znam :(
UsuńJa też się poddaję. Zaniosłam ostatnio rodzicom książkę, na której okładce było napisane, że czytający ją płakał ze śmiechu. Od czasu zakończenia tej lektury moi rodzice są pogrążeni w depresji.
UsuńPoza tym ja też nurzam się ostatnio w zgniliźnie, szambie i otchłaniach rozpaczy, więc nawet jeśli coś będzie radosne i wesołe, i tak zdechnie na sam mój widok:(
A jeśli chodzi o Barbarottiego, to początkowo wydawało mi się, że to fajniejsza seria niż ta o VV. Teraz jednak nie jestem pewna. Na pewno jednak warto zapoznać się z oboma panami, o!
Czy to był dziennik staruszka, reklamowany jako megaśmieszny?
UsuńNie pisz, że polecasz obu panów, budżet mi nie wytrzyma 15 tomów po 30 zł sztuka :D
PS. Jeśli Cię to pocieszy, to też się nurzam. Głównie w zgniliźnie. Moralnej.
Tak, to właśnie ta książka. Bardzo dobra zresztą, naprawdę. Liczę na to, że uda mi się napisać o niej post (mam w zanadrzu tydzień urlopu, już zaraz, więc może naprawdę się uda), dlatego nie będę się teraz rozwijać, ale informacja o depresji moich rodziców nie jest ani trochę przesadzona.
UsuńA co Nessera: od czego są biblioteki? Ja kupiłam tylko jedną książkę o Barbarottim (chyba ostatnią, mogę pożyczyć jak już do niej dojdziesz), resztę załatwiła mi biblioteka.
Obcując ze mną nurzasz się tym bardziej. Jestem zła, leniwa i do tego kradnę. Gorzej już chyba być nie może?
Gorzej być nie może? Należę do bandy leniwych skunksów, które się obijają non stop, marnują kasę i na dodatek zupełnie bez pożytku. Należy nas wypalić ogniem i mieczem, tylko jeszcze daty nie ustalono. A potem się ładnie zaorze, posypie solą i dofinansuje kolesi. Na pewno będzie taniej i lepiej.
UsuńBiblioteka ma równo sześć Nesserów, początek i koniec jednej serii i jakieś przypadkowe ze środka drugiej. Jak mi się spodoba pierwszy tom, to sobie powoli odłożę na następne :P
Rodzicom może podsuń "Stulatka, który wyskoczył przez okno" jako odtrutkę.
Gdybym nie wiedziała gdzie pracujesz, byłabym przekonana, że jesteś moim kolegą z pracy! Nic dziwnego, że tu komentujesz: ciągnie swój (koleś) do swojej (kolesiowej). Jedna kasta!:P
UsuńPoszłam, sprawdziłam i okazuje się, że nie dość, że to wszystko co wyżej, to jeszcze bezczelnie kłamię. Mam pierwszego i ostatniego Barbarottiego własnego, drugiego i trzeciego Barbarottiego pożyczonego od stu lat, a właścicielka ostatnio odmówiła przyjęcia go z powrotem, wymawiając się remontem, więc czuję jakby był mój:P Poza tym mam jeszcze pierwszego VV (o tym na śmierć zapomniałam). I tego nie powinno czytać się w zbyt dużych odstępach czasowych, moim zdaniem (to tak a propos odkładania).
Poszukam "Stulatka..." w bibliotece, bo zdaje się, że muszę wdrożyć jakieś nadzwyczajne środki.
Gorszy sort, wiadoma sprawa.
UsuńNo widzisz, i po co to ściemnianie o bibliotekach? Wiadomo, że dobre książki chce się mieć na własność. A Stulatek może jeszcze przewalać się po jakichś tanich jatkach.
Niby wiadoma, a jednak boli. Jak się dołoży do tego jeszcze jakiś etos, to tym bardziej.
UsuńNesser na własność równa się konieczność posiadania mnóstwa wolnego miejsca na półkach. Po moim wolnym miejscu zostało już tylko wspomnienie, niestety.
Stulatka namierzyłam w bibliotece, Bocka też (sprawdzę, co mi tam). Gorzej z Jajkiem; chyba trzeba będzie zainwestować.
Etos? Jak się dołoży myśl o spłacaniu kredytu, to się robi boleśnie.
UsuńWolnego miejsca też już nie mam, ale coś usunę, jak mi się spodoba. Albo zrobię stosik na strychu.
Moim zdaniem inwestycja w Jajko nie będzie straconą :D
No widzisz, a ja taka durna jestem. Kredyt mnie nie rusza, najwyżej sprzeda się chatę, to problem zniknie. Miło jest jak jest teraz, ale może być mniej miło. Kiedyś tak było i żyłam, to będę żyć dalej. Ja naprawdę mam syndrom VV. A on nie miał kredytu (w każdym razie Nesser o tym nie napisał).
UsuńJeśli chodzi o wolne miejsce to u mnie boleśnie nabrzmiewa problem książek dziecięcych. Z części już wyrośli i nie chcą ich mieć w pokoju, ja natomiast nie zamierzam się ich pozbywać (książek, bo dzieci pewnie prędzej czy później się wyprowadzą). Mam wrażenie, że do końca życia nie pożegnam się z kartonami:(
Zainwestuję więc w Jajko, skoro dobrze radzisz. Kto wie, może dzięki temu zakupowi w przyszłości rozwiążę i problem kredytu?:D
Sprzeda się chatę? Ze stratą i po latach oczekiwania na kupca zapewne :P
UsuńMoje córki chwilowo trzymają wszystkie książki, a ja się czaję, żeby w pierwszym dogodnym momencie wywalić te tekturowe koszmarki z ohydnymi obrazkami i niegramatycznymi pseudobajeczkami. Ale pewnie jeszcze mi trochę zejdzie na tym czajeniu.
Jeśli problem kredytu chciałabyś rozwiązać poprzez rozpoczęcie hodowli drobiu, to Jajko Cię skutecznie odstraszy.
E, ja tam mam dobrą rękę. Mieszkanie sprzedałam w 5 minut, przy śmietniku, mimo niewątpliwych utrudnień w postaci żyjącego jeszcze wówczas i grasującego w najlepsze sąsiada-bandziora, którego istnienia bynajmniej nie zataiłam przed kupującymi:P
UsuńMyślałam raczej o tym, że to TA KSIĄŻKA będzie tak dobrą lokatą kapitału. Na hodowcę drobiu to się niestety raczej nie nadaję, gdyż wszelkie ptaki lekko mnie brzydzą. I nie tylko z powodu rozsiewanego hojnie tu i ówdzie guana.
Pewnie trafił Ci się jakiś hipster spragniony kontaktu z kolorytem lokalnym :P Sprawdzałaś ceny na allegro? Musiałabyś ze sto lat tego białego kruka przytrzymać, żeby mu wartość wzrosła.
UsuńA guano jest szalenie pożyteczne!
W przydatność guana nie wątpię. Użytkuj je sobie jednak samodzielnie, na zdrowie! Może dożyjesz tego wzrostu cen trzymanych na półkach książek?
UsuńGuano to raczej ku chwale ekomarcheweczek pędzonych na naturalnym nawozie :P Ich spożycie wydłuża życie :D
UsuńOd skandynawskiego kryminału do kurzego gówienka ... A myślałem, że to ja mam talent do meandrowania :P
UsuńAle myśmy wcale nie meandrowali, doszliśmy prostą drogą :P
UsuńTroszkę psioczenia jednak było. Chętnie bym się dołączył, ale już mam dość myślenia i rozmów o nowej, świetlanej przyszłości. To już wolę ciąg dalszy wykładu o wpływie guana na marcheweczki :) Tylko, żebyście do truskawek nie doszli. I cukru. :P
UsuńGuano pod truskaweczki pewnie też się nadaje, niekoniecznie z cukrem.
UsuńObawiam się, że przy tym stężeniu PM10 i innych takich, co to snują się w powietrzu i potem spadają na hodowane ekologicznie warzywa i owoce, wpływ cukru na guano (tudzież na truskawki) pozostaje doprawdy bez znaczenia.
UsuńJak to mawiał znajomy kiper spod sklepu: "To i tak wszystko ch... w porównaniu z bombą atomową" :P
UsuńA z rzeczy weselszych, to mam już napełniony koszyk i tylko czekam na wypłatę. Wreszcie poczytam wszędzie chwaloną "Łaumę" :)
O żesz w mordę! A ja właśnie po książkowych internetowych zakupach i o "Łaumie" zapomniałam:( Choć i tak chyba budżetu by mi nie starczyło na dwa komiksy za jednym zamachem, bo drogie toto niemożebnie.
UsuńAkurat dziecięco/młodzieżowe, to jeszcze w znośnych cenach chodzą (choć są oczywiście wyjątki), ale taka na przykład "Totalnie nie nostalgia" z okładkowymi ośmioma dychami ... :( Pozostaje czekać na zakupy WBP :)
UsuńNo ja właśnie "Totalnie nie nostalgię" kupiłam, więc sam rozumiesz, że budżet zasyczał i zdechł:( A chciałam kupić jeszcze Bradla...
UsuńJa nawet nie będę pisał co bym nabył, bo ogarnie mnie totalnie nie nostalgia właśnie :P
UsuńO widzisz, a ja ostatnio nieco się opamiętałam. Zapisawszy się wreszcie do biblioteki w Szczecinie i odkrywszy bogactwo jej zasobów, doszłam do przekonania, że mogę przestać ratować branżę wydawniczą kosztem własnego budżetu. W końcu nie wszystko "muszę mieć"; większości wystarczy "muszę przeczytać"
UsuńBa!, gdybyż to w bibliotece można było wypożyczyć odkurzacz do popiołu :P Ale jeśli chodzi o dobra kultury, to ja już od dawna korzystam ze skarbnic bibliotecznych. Nawet planszówki przywożę z WBP, a to już są naprawdę kosmiczne oszczędności. Nawet w porównaniu do komiksów :)
UsuńJa tam byłabym bardziej zadowolona z możliwości wypożyczenia Czasu. Z możliwością zwrotu dopiero na emeryturze:P
UsuńI podejrzewam, że dopiero po uruchomieniu tej opcji zainteresuję się możliwością wypożyczenia planszówek...
Jak na razie mam dość pospolitości zła w czytanej właśnie lekturze. To może odsapnę przed Nesserem przy czymś niezobowiązującym. I najlepiej do śmichu :P
OdpowiedzUsuńJak już znajdziesz taką lekturę, donieś czym prędzej. Rzucę się na nią zachłannie!
UsuńO, przypomniało mi się. Naród twierdzi, że Evzen Bocek jest śmieszny.
UsuńJakoś mi z gustem Narodu ostatnio nie po drodze...
UsuńI przypominam sobie jak dziś, że sięgnęłam po Shirley Jackson dlatego, że miała być zabójczo śmieszna. Taaa.
To może "Jajko i ja"? Nie, żeby zarechotać się na śmierć, ale jak poczytasz o biednej niewolnicy czyszczenia klatek z kurzego guana, to od razu inaczej spojrzysz na własne życie.
UsuńO Jajku zapomniałam, dzięki.
UsuńMi zazwyczaj dobrze też robiła Musierowicz (mimo wszystko, zwłaszcza ostatnio), ale jakoś teraz wcale mnie do niej nie ciągnie.
Nie, Musierowicz już straciła swój kojący charakter, nie działa.
UsuńNo właśnie. Pytanie kto się popsuł: ona czy my?
UsuńWiadomo, że ona przecież.
UsuńTo w takim razie czemu te pierwsze książki czemu także działają jakby mniej, hę?
UsuńOrganizm się przyzwyczaił. Ile razy czytałaś Kwiat kalafiora? 30? Żaden lek by nie pomógł w tej sytuacji.
UsuńCoś w tym jest. Chociaż u mnie najbardziej zaczytana jest chyba "Kłamczucha":)
UsuńNic to nie zmienia :D
UsuńA szkoda, sięgnęlibyśmy teraz po prostu ja po "Kwiat kalafiora", a Ty po "Kłamczuchę", na krzyż, i byłoby po kłopocie.
UsuńTrzeba było nie nadużywać tego lekarstwa w przeszłości. Teraz jesteśmy musierowiczooporni i mus szukać nowego antybiotyku.
UsuńA ja postanowiłem rzucić okiem na pierwszy tom wzgardzonego przez Starszego "Meto" i powiem tylko tyle, że rozważałem rano myśl o urlopie na żądanie :D Wesołe ni cholery nie jest, ale wciągło jak diabli :)
UsuńTrzeci tom ponoć słaby. A Magiczne lata skończyłeś?
UsuńZazwyczaj przygodę z nieźle zapowiadającymi się młodzieżówkami kończę w okolicach 3-4 tomu, więc mi nie nowina :P Skończyłem. Bardzo zacna pozycja, podziękował za trop :)
UsuńWpisa by napisał, a nie dziękował :)
UsuńA ja chciałam nadmienić, że - także będąc pod wpływem - zapisałam się w bibliotece w kolejce do Magicznych lat. Niestety, jakaś czytelnicza świnia przetrzymuje je bez końca, mimo że termin zwrotu upłynął jej już 3 tygodnie temu:(
UsuńZbyt dużo czasu minęło od lektury :( I tak jest z każdą kolejną :(
UsuńEch, szkoda.
UsuńŚwiat na tym nie ucierpi. I bez moich pierdół jest na nim dość głupoty :D
UsuńAle ja bym coś poczytał Twojego pióra!
UsuńPrzyniosłem sobie 3 pierwsze tomy Nessera o VV. Może będzie jakaś polemika? :P
UsuńO, proszę jaki mamy dobry wpływ na kolegę:) Czytaj, Bazylu, czytaj, tylko proponuję zacząć wyrabiać sobie zdanie dopiero po drugiej części, bo pierwsza samodzielnie (podobnie jak w przypadku cyklu o Barbarottim) jest według mnie niereprezentatywna.
UsuńDuża czcionka, sporo dialogów, spore światło. Myślę, że dam radę seriami :)
UsuńI kto by pomyślał, że będziemy kierować się takimi kryteriami, wybierając lektury...
UsuńTen czas coraz bliżej. Dlatego z uśmiechem patrzę na stareńkiego Kindla, bo tam takie rzeczy robię sobie wedle woli :)
UsuńJa coraz częściej nie daję rady na żadnym nośniku. Jeśli pozostaną mi tylko audiobooki, pogrążę się w głębokiej rozpaczy:(
UsuńA "stareńki Kindle" w moich staroświeckich uszach brzmi niemal jak oksymoron:P
Też bym się pogrążył, bo nie mogę się z audiobookami przeprosić. Co ciekawe, sądząc po tych nielicznych razach kiedy audiobooka wysłuchałem, więcej zapamiętuję z książki słuchanej niż czytanej :) Cóż jednak z tego, skoro utknąłem na początku, bardzo zresztą dynamicznego, "Pana lodowego ogrodu" i ruszyć z nim dalej nie mogę :(
UsuńU mnie jedyną możliwością jest słuchanie audiobooków w czasie jazdy samochodem. Niestety, wyłączam się mniej więcej po trzecim zdaniu - próbowałam wielokrotnie.
Usuń"Pan lodowego ogrodu" jest jednym z dowodów na to, że serie należy czytać dopiero wtedy, gdy autor napisze całość. Przeczytałam trzy pierwsze części, po czym czekając na czwartą wszystko zapomniałam i nijak nie mam ochoty zaczynać od początku. Gdybym miała tego od początku słuchać, z pewnością jeszcze bardziej nie miałabym ochoty.