Było,
minęło.
Właśnie
kończy się ostatni dzień mojego urlopu; wczoraj zaczął się rok szkolny i
przedszkolny (ten ostatni pod znakiem syreny strażackiej wyjącej wniebogłosy
przez całą drogę do przedszkola i wyłączającej się cudownie i bezpowrotnie po
jakichś 10-15 minutach po przybyciu do niego).
Kiedy
mnie tu nie było, coś tam czytałam (i czytam dalej), ale na razie – w ramach
zaklinania rzeczywistości – garść luźnych, nieksiążkowych spostrzeżeń.
Na
wakacje zagraniczne wyjechaliśmy po raz pierwszy od czasu, gdy pojawiły się
dzieci. Powiedzenie, iż byt określa świadomość w tym przypadku się nie sprawdza
– przy wyborze miejsca wakacji jest dokładnie odwrotnie…
Kiedyś,
kiedyś, dawno temu jeździliśmy tam, gdzie chcieliśmy, bez względu na odległości
oraz ewentualne niedogodności (jak np. plaża złożona wyłącznie z głazów różnych
rozmiarów, z zejściem do wody w postaci chlupa z wysokości dwóch metrów).
Lokalizacja: wyłącznie u tubylca, po to, by snuć z nim i jego sąsiadami długie
rozmowy o życiu i o tym, co w okolicy jest najlepszego.
Odkąd
w naszym życiu pojawił się Starszy, zwany też od niedawna Panem-Nudzi-Mi-Się, a
już zwłaszcza odkąd dołączył do niego Młodszy, zwany od początku
Panem-Nie-Ma-Takiej-Dziury-W-Którą-Nie-Wejdę, program wycieczek musiał zostać
dostosowany do wytrzymałości rodziców.
Czyli:
blisko (z uwagi na ilość rzeczy absolutnie niezbędnych całej rodzinie do
przeżycia w grę wchodzi tylko samochód) i z dużą ilością atrakcji (ilość
nudzimisiów można wtedy ograniczyć z 200 dziennie do jedynych 50, bezcenne!).
Ach,
ten polski Bałtyk i jego temperatura, powodująca, iż wspólne kąpiele z Matką
absolutnie odpadają! (Matka na najmniejszą wzmiankę o możliwości takiej kąpieli
ucieka, opatulając się szczelnie polarem).
Ach,
ten kicz nadmorskich rozrywek, sprawiający iż kieszenie rodziców opróżniają się
w zastraszającym tempie, a uszy więdną już o godzinie 15.00!
Ach,
ci współplażowicze, okupujący od wczesnych godzin porannych każdy skrawek
piasku, leżący bezwładnie to brzuchem, to pleckami do góry przez bitych 8
godzin dziennie i gardzący słowem pisanym, nie licząc „Faktu”!
Jako,
że wszystko ma swoje granice, a nasze zostały już dawno przekroczone, w tym
roku rzuciliśmy się na głęboką wodę. 1250 kilometrów ,
1250 nudzimisiów i Lombardia była nasza!
I
teraz parę retorycznych pytań:
1)
czemu polskie kempingi jakoś ciągle nie wyglądają tak jak zagraniczne? Fakt, my
byliśmy na czterogwiazdkowym, ale mam wrażenie, że w Polsce to i
jednogwiazdkowych brakuje…
2)
czemu nikt nigdzie nie napisał, że Lombardia jest obecnie częścią Niemiec?
Napotkanie
Włocha okazało się być pewną sztuką, w przeciwieństwie do napotkania Niemca.
Oni byli wszędzie! (W jednym z miasteczek, na dźwięk słowa „mydełko” obca polska rodzina rzuciła się nam na szyję, wyznając
niemal ze szlochem, że myśleli, iż już tylko „Seife” im pozostało…).
Co
więcej, o zgrozo, wszystko wydawało się być podporządkowane właśnie niemieckim
turystom. Nie to, żebym była jakaś zakompleksiona, ale poczułam się lekko
dziwnie, gdy przy okazji nabywania we włoskim porcie, we włoskiej kasie, od
włoskiej pracownicy biletu na włoski statek wycieczkowy, otrzymałam w pakiecie
wydaną we Włoszech po niemiecku gazetę informującą mnie, gdzie mogę nabyć
składniki na dania z grilla, za którym niewątpliwie zdążyłam się stęsknić.
Ba!
Żebym się specjalnie nie trudziła jeżdżeniem po jakichś włoskich sklepach, w
pakiecie dostałam mapkę z dokładną lokalizacją wszystkich Lidli w okolicy.
Cóż,
nie od dziś wiadomo, że najgorsze, co turystę może spotkać we Włoszech to prosciutto,
panini, ravioli, względnie grappa, więc trzeba zrobić wszystko aby zminimalizować
ryzyko!
Dopiero
po przyjeździe przeczytałam tutaj-klik, że tak naprawdę powinnam być Niemcom
wdzięczna, bo ratują w tym roku europejską turystykę. Może gdybym wiedziała to
wcześniej, byłoby mi lepiej…
3)
jak to jest, że podobno Europie grozi klęska demograficzna, a na naszym
kempingu najbardziej popularnym rodzajem rodziny był model 2+3?
My
z naszym 2+2 jeszcze jakoś uchodziliśmy, ale 2+1 by nie przeszedł, z pewnością!
4)
dlaczego, kiedy spędzam urlop w Polsce, zazwyczaj robię za dziwadło, bowiem
jestem jedyną osobą w promieniu kilometra, która wyciąga i czyta książkę?
Na
naszym kempingu czytali wszyscy. WSZYSCY.
Poza
kilkoma polskimi rodzinami, oczywiście.
Pierwszego
dnia popadłam w lekkie osłupienie, gdy zobaczyłam, że każdy leżak przy
kempingowym basenie okupowany jest przez Człowieka Z Książką. Wiek nieważny.
Płeć bez znaczenia. Każdy miał książkę! Ba! Wszyscy te książki czytali, a nie
tylko robili inteligentne wrażenie. I tak było cały czas, niezależnie od
narodowości (pomijając Polaków).
Co
u nich (w Holandii, Niemczech, Wielkiej Brytanii) takiego robią, czego nie robią u nas, a co sprawia, że czytanie jest
rzeczą oczywistą?
Ubawilam sie, boska relacja :-))))))))).
OdpowiedzUsuńNie mam pojecia, co robia, ze czytaja, ale dowiem sie! ;-))
(btw. ja sobie nie wyobrazam, jak mozna NIE CZYTAC... ja czytam nawet stojac przy okienku na poczcie, jak pani za dlugo szuka mojego listu ;-))) )
W obecnym stanie (czytaj: powrót do rzeczywistości), już tylko boskie relacje mi pozostały...
UsuńZ czytaniem to naprawdę jest jakieś zjawisko socjologiczne, względnie psychologiczne. Zdjęcie, które zamieściłam nie jest pozowane; tak tam było każdego dnia i o każdej porze. Może mentalnie nie jesteśmy Polkami po prostu?
Ja też jestem zachwycona Twoją relacją. Dziękuję za liczne uśmiechy na dobry początek dnia. Dobrze, że jeszcze załapaliście się na prosciutto, panini, ravioli i grappę, bo może w przyszłym roku w Lombardii będą królować wursty, piwo i kartoffelsalat. :)
OdpowiedzUsuńObawiam się, że tak może być. Zdjęcie dotyczące Lidli, które zamieściłam pochodzi w ogóle z całostronicowej reklamy produktów z Lidla: wurst rządzi! Pierwszym przejawem zniemczenia Włoch jest chyba (choć nie mam porównania z okresem wcześniejszym) to, że w knajpach (takich zwykłych, typu trattorie, pizzerie) wybór piwa był większy niż wina, przy czym było to wyłącznie piwo niemieckie. Jak chciałam się napić Nostre Azurro (całkiem, notabene, przyzwoitego), to musiałam pofatygować się do sklepu (nie Lidla).
UsuńNad tym kawałkiem Bałtyku, który okupowaliśmy w tym roku, Fakt nie był czytany, dominowało fejsowanie z wypasionych telefonów:PP I nawet kemping przez siatkę wyglądał na jednogwiazdkowy:D
OdpowiedzUsuńO fejsowaniu nie wspomniałam, bo mi nie pasowało do koncepcji, ale owszem, to taka nowa forma plażowej rozrywki. I jeszcze łubudubu z Ipoda czy innej megamaszyny, by zagłuszyć ten wstrętny szum fal!!!
UsuńMoże w zachodniopomorskim są mniej światowe warunki niż tam gdzie byłeś, bo kempingi widywałam tylko takie pod upadłą gwiazdą:(
U nas nie grało:) Ale to był kurort nastawiony głównie na rodziny z dziećmi, a nie złotą młodzież:P
UsuńJa też nie byłam w Międzyzdrojach, ani Mielnie, a w prostym Mrzeżynie. Ale jak przeczytałam ostatnio z zadziwieniem w Dużym Formacie, robią tam obozy dla 7-letnich dziewczynek, które chcą zostać modelkami, więc to może dlatego?
UsuńNieletnie modelki nie mogą mieć zbyt luksusowego kampingu, zgadza się, muszą przywykać do trudów i niewygód:) My byliśmy w Chłapowie, bardzo przyjemne miejsce.
UsuńOd razu widać, że nie czytałeś tego reportażu - one tam raczej mają wszystko i jeszcze trochę (a najwięcej tapety na twarzach). Ja o tym, to w kontekście tej muzyki raczej pisałam... Że niby, wiesz, dryg i taneczny krok ćwiczą nawet na plaży!
UsuńU mnie Chłapowo odpada, bo mam za dużo rodziny w okolicach Trójmiasta i musiałabym od razu wszystkich odwiedzać, albo - co gorsza - oni odwiedzaliby mnie:(((
No to rodzinna wtopa by była:P Może we Władysławowie coś tańczyli na plaży, na przykład z Grycanką, ale w Chłapowie zaścianek, panie tego, i żadnych modnych atrakcji:P
UsuńJak tak Was czytam, to już mi nawet nie żal tych ostatnich dwóch deszczowych dni, które spędziliśmy w naszym mazurskim domku, w głuszy, w której o Lidlu nawet nie słyszano :P
UsuńCzłowiek nawet nie wie, kiedy może okazać się pomocny, a tu proszę! Tylko czy to nie jest aby karmienie się cudzym nieszczęściem?
UsuńEee tam, od razu nieszczęście. Nieszczęście to jest jak się wódka skończy, a tu CPN zamknięty :)
UsuńPatrząc z tej perspektywy, to poziom szczęśliwości niemieckiego turysty otoczonego Lidlami osiąga rozmiary niebotyczne, nieosiągalne dla nieszczęśnika zamkniętego w mazurskiej głuszy:))
UsuńTeoretyzowałem. Nie dopuszczam do sytuacji opisanej powyżej :P
UsuńCoraz trudniej o niecałodobowy CPN:P Nawet w głuszy:)
UsuńJedźcie do Włoch. Tam są prawie tylko niecałodobowe. Przynajmniej w Lombardii. Po 20.00 proszę bardzo, samoobsługa, ale dystrybutory wydają paliwo tylko autom, nie ludziom :(
UsuńChciałoby się zapytac dlaczego, kiedy po zakończeniu zajęć na szkoleniu udając się do pokoju aby poczytac książkę robię za dziwadło, bo większośc w tym czasie wychodząc z założenia, że w końcu trzeba "jakoś" spędzic czas - idzie do centrum handlowego po zapas procentów ewentualnie odbywa spacery wzdłuż drogi przelotowej, no bo coś trzeba robić. A ja nie chcę jakoś i coś, ja chcę tak i w ten własnie sposób.
OdpowiedzUsuńOjoj biedulko, zapomniałam, że Ty na szkoleniu byłaś... Ale nic to, Paryż zaraz Cię ukoi:)
UsuńPodziwiam szkoleniową asertywność - u mnie plan książkowy na szkoleniach nigdy nie wypala, bowiem jak żyję nie dostałam "jedynki", a inaczej czytać się nie da. Spacery wzdłuż drogi przelotowej - to i tak ambitnie:)
A ja właśnie pierwszego dnia pracy dostałam miłą wiadomość: coroczne październikowe obowiązkowe szkolenie nie odbędzie się z powodu braku środków. Dziecko do lat 4 tym razem nie będzie musiało być użyte!
Wow, to super wiadomość brak środków na szkolenie (oczywiście przełożeni są na pewno odmiennego zdania), a dziecko może spac spokojnie, bez obaw nadużycia go w formie pretekstu. A ja nadal na szkoleniu do piątku i mimo wszystko usiłuję czytac i nawet troszkę mi się to udaje. Zaczynam dostrzegac pojedyncze sztuki, które po cichu zaczynają się przyznawać, że też czytają. Może kiedyś dożyjemmy czasów, że czytanie będzie trendy.
UsuńOby! U mnie w pracy czyta mniej więcej połowa; to chyba marnie, zważywszy na fakt, iż to podobno intelektualna "górka" narodu. Co jest w "dołku", strach pomyśleć!
UsuńCiekawe, czy na emigracji, po obcowaniu z tymi wszystkimi czytającymi Holendrami czy Brytyjczykami, coś w nas by pękło?
A co Ty masz przeciwko Niemcom:P A w Lidlu nie mieli włoskich produktów? W Portugalii owszem portugalskie są. A Niemcy nie tylko wurstami:P
OdpowiedzUsuńNad Bałtyk to ja bym nawet za odpłatą nie pojechała, zwłaszcza po tym jak sobie zobaczyłam promenadę i plażę w Gdańsku oraz w Mikołajkach, Giżycku oraz to, co zrobiono z Czantorii. Wszędzie rozwrzeszczana banda i karuzele, wyjące cosie, atrakcje, baloniki, piłki do skakania, trampoliny także do skakania, stragany, parki atrakcji takich i owakich. O matko i córko, coś potwornego. Milimetra wolnej przestrzeni nie uraczysz. Nie rozumiem, dlaczego wszyscy myślą, że Polak z dziećmi musi mieć zapewnione w każdych okolicznościach przyrody milion głupkowatych atrakcji. Wolę Lidla, Niemców i wursty. I książki.
Tak czułam, że się tu i tak odezwiesz:) Na swoje usprawiedliwienie trzymałam asa w rękawie: sama jestem pół-Niemką (w sensie prawnym, bo mentalnym to niekoniecznie w takich właśnie proporcjach), więc uważam, że mogę wygłaszać takie uwagi.
UsuńPrzeciwko Niemcom jako takim nie mam nic (wycieczka niemieckich emerytów w wieku 75+, z którą płynęliśmy statkiem była złożona wyłącznie z czarujących starszych ludzi), denerwuje mnie tylko to, że jadę na wakacje do Włoch, a każą mi udawać że jestem w Niemczech! Sądzę, że jeśli ktoś to robi, to dlatego że jest takie zapotrzebowanie - i to mnie dziwi. I nie podoba mi się to.
A co do rodzaju atrakcji nad polskim morzem - pełna zgoda. Przez ostatnich 5 lat nie byłam nad niemieckim czy holenderskim morzem, więc nie mam skali porównawczej, ale my poszliśmy w jakąś masakrę. W sumie więc nic dziwnego, że nikt nie czyta: jak tu się skupić, w takim hałasie?
Północne jeziora włoskie od lat stanowią najbardziej południowy land niemiecki, więc to, co piszesz, akurat mnie nie dziwi. Nad Lago di Garda to się opłaca nawet wypaść na weekend, w końcu to ledwie 200 kilometrów z Monachium. Z drugiej strony patrząc, mówi się, że Monachium to najbardziej wysunięta na północ włoska metropolia i to już jest "nice", jak mawiają ostatnio moje smoki...
OdpowiedzUsuńA że czytają... Chyba miałaś jednak trochę szczęścia, bo sama znam wielu Niemców, którzy z książek to tylko kucharską albo telefoniczną, ale fakt, chyba czytają jednak więcej niż w Polsce. Wystarczy porównać nakłady książek.
Na pomysł z odległością też wpadłam:) W Monachium nie byłam więc nie wiem, jak to wygląda z drugiej strony: czyżby zamiast piwa oferowano grappę, a tradycyjnym bawarskim posiłkiem było spaghetti???
UsuńCo do czytania - pewnie, że nie można uogólniać, ale jeśli naród - poza różnymi głupawymi "Wetten dass..." jest przez szereg lat atakowany także przez Das literarische Quartett, to skutki tego muszą być!
Własnie miałam pisac to, co Agnieszka. POza tym Tyrol to już jakby Niemcy, więc mnie to nie dziwi. No i mobilny naród, to się pod nich wszystko dostosowuje. Gdyby Polacy tak intensywnie podróżowali, to i wszystko by po polsku było:P
OdpowiedzUsuńO nie, Tyrol jak dla mnie to coś całkowicie odrębnego, całkiem odrębna kraina, do której na pewno wkrótce pojadę na dłużej. Jestem nim oczarowana i ludźmi też - bez względu na to, po której są stronie granicy.
UsuńA ja wcale nie chcę po polsku! Bo nie zawsze trzeba i należy się dostosowywać:)