„Kopciuszek”
jest baśnią, której nie wypada nie znać. Stał się elementem kultury,
hasłem pod którym kryje się coś, co wszyscy rozumieją.
Im
bardziej jednak myślę o tej historii, tym bardziej zastanawiam się, czy aby na
pewno jest nam dzisiaj do czegokolwiek potrzebna. I czego, jak rany, mogą
nauczyć się z niej współczesne dzieci?!
No,
bo jak można godzić się na takie poniżanie i dawać sobą pomiatać? W czasach, w
których istnieją Rzecznicy Praw Dziecka i facebook, na którym można się
poskarżyć na swój marny los?! A poza tym, co to jest popieliczka, tafta i krochmalenie,
mamoooo?
Problematyczne
może okazać się też przekonanie dzieci do prawdziwości i słuszności zakończenia.
Bo chrześcijańskie miłosierdzie w podobno chrześcijańskim kraju idą oczywiście swoją drogą,
ale tak naprawdę, to do czego to podobne, żeby zamiast wykorzystać sposobność do zdeptania swojego
wroga (złych sióstr i macochy), wybaczyć mu i jeszcze pomóc ułożyć sobie życie?
![]() |
źródło zdjęcia |
Jeszcze
gorszym pomysłem wydaje się zaprowadzenie dzieci na teatralną adaptację (wg
tajemniczej, przynajmniej dla mnie, wersji niejakiej Tatiany Gabe). Przynajmniej
na tę w szczecińskim Teatrze Lalek „Pleciuga”.
Choć pozornie nie ma do czego
się przyczepić, gdyż proponuje się nam klasyczną sztukę lalkową (dawno na
takiej nie byliśmy), reklamowaną przez scenografa jako „romantyczna baśń bez
przemocy”, to jednak na zmianę mdli ona i nudzi, a Kopciuszek chwilami sprawia
wrażenie osoby niespełna rozumu.
Najgorsze
jednak, że w tej wersji morał bajki zostaje sprowadzony w zasadzie do jednego:
Droga
dziewczynko w wieku od lat trzech! (taki jest sugerowany przez Pleciugę dolny
pułap wiekowy widza)
Pamiętaj, że w życiu liczy się tylko to, czy jesteś ładna
i jak wyglądasz. Bo, że chodzi tylko o to, by zdobyć męża, to przecież
oczywiste. Jeśli jednak będziesz siedzieć w kącie, a do tego nie będziesz
ubierać się w stylu bezowej panny młodej, na pewno Ci się to nie uda. Jeśli zaś
los nie obdarzył Cię urodą, nic Ci już nie pomoże, bo do tego jesteś na pewno
głupia, pusta i złośliwa.
Aha!
Zapomniałabym o najważniejszym: trzeba biernie czekać na dobrą wróżkę! Bez niej
na pewno nic się nie uda i w Twoim życiu nie dojdzie do żadnych zmian.
Dla
odtrutki można oczywiście wybrać wariant braci Grimm.
Obcinanie
palców, bądź pięt (jak kto woli) i umazywanie posoką pantofelków, względnie
wydziobywanie oczu przez ptaki (i dobrze im tak, tym złym siostrom!),
niewątpliwie zapadną głęboko w pamięć (mi zapadły, dotąd odrzuca mnie od
Grimmów, co do których jestem pewna, że można by postawić im szereg
psychiatrycznych diagnoz), ale czegóż to nauczą nasze dziatki, ach czegóż?
Mamy
więc tekst (przez wzgląd na moje dobre wychowanie, będzie to jedyna wzmianka na
jego temat), „przecudne” ilustracje (tu – z tych samych powodów, co w przypadku
tekstu – pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że jest, jest beza, hurra!).
To,
co jednak najbardziej w tym przypadku istotne, to zamieszczone na każdej
stronie rady psychologa.
Bo
jeśli czytać, to tylko po to, by zrealizować plan wychowawczy, ma się rozumieć.
Kiedy
zobaczyłam to wydanie „Kopciuszka”, zatarłam ręce. Niestety (dla mojej zjadliwości), okazało się że owe psychologiczne rady nie są wcale takie głupie.
Na
przykład fragmentowi tekstu opowiadającego o tym, jak to biedny Kopciuszek
musiał w pocie czoła pracować, podczas gdy jego przyrodnie siostry wylegiwały
się na kanapie, towarzyszy rada: „Mamo,
Tato, o dom powinni dbać wszyscy jego mieszkańcy. To dobry moment, żeby ustalić
z dzieckiem, za co ono chciałoby być odpowiedzialne.”
Fakt.
Sama na to nie wpadłam. Naprawdę.
Z
drugiej jednak strony, pan psycholog (Jarosław Żyliński) chyba też miał kłopot
z samym Kopciuszkiem, bowiem w pewnym momencie skapitulował i przesunął akcent
na postać księcia.
Scena,
w której książę, dzierżąc pantofelek pod pachą, wyrusza w objazd królestwa,
okraszona jest bowiem radą: „Mamo, Tato,
zwróćcie uwagę dziecka, że gdy bardzo czegoś pragnie, powinno od razu zacząć
działać, tak jak książę. Podpowiedzcie mu, co może zrobić, żeby osiągnąć cel.”
No
właśnie. To ja się pytam, co myślał sobie Kopciuszek, lejąc brudne od kurzu łzy
i czekając na cud? I czemu mimo to mu się udało? No i w takim razie po co się
męczyć, mamoooo?
Wersję
bardziej przyjazną współczesności – co wyjątkowo w tym przypadku uważam za
zaletę, nie zaś wadę – zaproponował natomiast Grzegorz Kasdepke, w wydanej
swego czasu przez gazetę Kolekcji „Dziecka”.
Wprawdzie
ilustracyjnie Kopciuszek i tak musi ostatecznie okazać się bezą, to jednak tym razem
autor nie ucieka przed trudnymi pytaniami.
Bo
– przekazuję pytanie od moich dzieci – czemu ojciec Kopciuszka na to wszystko
pozwalał?
Druga
żona drugą żoną, ale to przecież była jego córka! Jak to możliwe, że siedział
cicho i nie stawał w jej obronie?
Kasdepke
bierze byka za rogi i przyznaje, że ojciec Kopciuszka „nie był zbyt odważnym człowiekiem”. Marna to pociecha, ale w końcu
tacy rodzice też są i dobrze, że ktoś przestał udawać, że jest inaczej.
Po
przebiciu się przez wszystkie te historie, wydaje mi się, że jedynym, co może
ocalić Kopciuszka jest wdzięk, żart, a do tego dystans.
I
nie chodzi tu nawet o tkwiący we mnie gdzieś głęboko (a odświeżony ostatnio
przez Katarzynę Nosowską i zespół Hey) sentyment do zawołania Herolda: „Do
rycerzy, do szlachty, do mieszczan…”, a o to, że rym i humor dodają całej
opowieści lekkości.
I choć Kopciuszek znów jest wyzyskiwaną sierotą, bo przecież
inaczej nie byłby Kopciuszkiem, to jednak pomaga mu nie wróżka, a dobra Sąsiadka (przypominająca dla pewności: „A pamiętaj, że wróżek nie bywa.”). Sam Kopciuszek zaś nie tylko, że wreszcie nie przypomina bezy, to jeszcze nie widzi powodu, by padać przed Księciem na kolana, tylko dlatego, że ten akurat postanowił poszukać żony. Co więcej, w chwili gdy waży się jego przyszłość, bezczelnie wyśpiewuje Księciu nieco złośliwą piosenkę.
Dodatkowo, mimo że znów wszystko kończy się szczęśliwie, to jednak nikogo nie mdli.
A dzieciom po lekturze lub też wysłuchaniu tej bajki muzycznej może przyjdzie do głowy, że choć nie zawsze w życiu układa nam się tak, jakbyśmy tego chcieli, to jednak możemy liczyć na to, że karta się odwróci. O ile pozostaniemy sobą i nie będziemy bać się chwytać okazji, które nam się trafiają.
A dzieciom po lekturze lub też wysłuchaniu tej bajki muzycznej może przyjdzie do głowy, że choć nie zawsze w życiu układa nam się tak, jakbyśmy tego chcieli, to jednak możemy liczyć na to, że karta się odwróci. O ile pozostaniemy sobą i nie będziemy bać się chwytać okazji, które nam się trafiają.
Bo
chyba tego uczy nas Kopciuszek, moje drogie dzieci.
Charles
Perrault „Kopciuszek” w: „Bajki”, w przekładzie Hanny Januszewskiej i z
ilustracjami Janusza Grabiańskiego, Nasza Księgarnia, Warszawa 1988 oraz w:
„Baśnie czyli opowieści z dawnych czasów”, w przekładzie Barbary
Grzegorzewskiej i z ilustracjami Aleksandry Kucharskiej-Cybuch, Agencja Librone
2010.
„Kopciuszek”,
tekst Iwona Krynicka, rady dla rodziców Jarosław Żyliński, ilustracje Kamila
Stankiewicz. Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., Warszawa 2013.
„Kopciuszek”,
opowiedział Grzegorz Kasdepke, zilustrowała Agnieszka Żelewska. AGORA S.A.,
Warszawa 2005.
Jan
Brzechwa „Kopciuszek” w: „Bajki Samograjki”, ilustrowała Danuta
Imielska-Gebethner. Czytelnik, Warszawa 1986.
„Kopciuszek”
wg Tatiany Gabe. Teatr Lalek „Pleciuga” w Szczecinie. Reżyseria Valdis
Pavlovskis, scenografia Pāvils Šenhofs, muzyka Boriss Rezņiks. Obsada: Paulina
Lenart, Marta Łągiewka, Mariola Fajak-Słomińska, Danuta Kamińska, Katarzyna
Klimek, Krzysztof Tarasiuk, Maria Jamińska, Zbigniew Wilczyński, Dariusz
Kamiński, Leszek Czyż.
U mnie (w sensie - u moich dzieci), baśnie jakoś nie cieszą się powodzeniem. Ani fińskie, ani indiańskie, ani afrykańskie, ani rodzime. Ale chwała MR za to, że tak pięknie swe zbiory wydaje :)
OdpowiedzUsuńMoi dobrowolnie też się za baśnie nie biorą, ale uważam, że pewne niezbędne minimum muszą poznać. Pytanie tylko, w której wersji i które baśnie.
UsuńMR to Media Rodzina?
Tak, Media. Z uporem godnym lepszej sprawy wypożyczam na każdy dziesiątek książek z WBP, jeden zbiór baśni. A to Soria Moria, a to Dar Totemów, a to Zółty Smok. I co? A nic! Oddaję nieczytane, albo przeczytane przez siebie, bo panowie po dwóch, trzech tekstach proszą o zmianę repertuaru. Zobaczymy jak dziś będzie z legendami pani Chotomskiej, bo zaczynamy :D
UsuńJa jakoś nie mogę się do tych cudzoziemskich baśniowych wynalazków przekonać, wolę te lokalne. Może Twoje chłopaki mają tak samo, co?
UsuńLegendy Chotomskiej u nas przyjęły się bardzo dobrze; polecam zwłaszcza wydanie z ilustracjami Stannego.
Takież właśnie posiadamy :) Jutro zdam relację, jak się przyjęło ziarenko tradycji :D
UsuńO tej godzinie to już chyba po wszystkim? Wielcem ciekawa!
UsuńPóźno zaczęliśmy i panowie zgaśli w połowie Lech, Czecha i Rusa. Będę donosił na bieżąco :D
UsuńZgaśnięcie chyba niedobrze rokuje, ale trzymam kciuki za ciąg dalszy i wypatruję relacji:)
UsuńWczoraj Starszy dorwał się do Kajka i Kokosza, a Młodszy chichrał się z Kitkiem, więc znów w kwestii legend nihil novi :)
UsuńDobrze, że oni pewnie mają jakiś termin na przeczytanie tej lektury, bo inaczej czarno bym to widziała!
UsuńWykrakałaś. Kupiony na TK Pan Jaromir wszedł przebojem na salony. Razem z Krową Matyldą :)
UsuńJa nie kraczę, tylko trzeźwo patrzę na świat:P Dobrze rozumiem, że nieznana mi bliżej Krowa Matylda jest skrzyżowaniem Mamy Mu z Panem Brummem?
UsuńŁez przez moją rodzinę przy niej wylanych nie zliczę. Sam płakać będę dzisiaj, bo na wczorajsze czytanie (i oglądanie, nie zapominajmy, bo jest ono cholernie ważne) się nie załapałem :( I nie, nie jest to smutna książka :D
UsuńZ książek o Matyldach dysponuję niestety tylko tą R. Dahla, a ona chyba mniej śmieszna. Niestety, obawiam się że w moim domu zrobiłaby podobną furorę. To straszne, bo ja naprawdę nie powinnam co najmniej przez rok kupić ani kawałka książki dla dzieci:(
UsuńCzyli zaplanowanego na "do końca tygodnia" tekstu, okraszonego (skromnie, żeby nie psuć zabawy) zdjęciami, nie zamieszczać? :P
UsuńJak nie zamieszczać, jak zamieszczać, to chyba oczywiste?:) I tak nie mamy wpływu na to, co nieuniknione:P
UsuńI pomyśleć, że na Kopciuszku wychowało się tyle pokoleń skrzywionych dzieci niemających pojęcia, że są krzywione i że zaszczepia się im nieprawidłową optykę :P A i tak nieletnim panienkom chodzi wyłącznie o to, żeby móc się przebrać w bezową sukienkę na przedszkolny bal i w nosie mają gender, feminizm i tradycyjne role społeczne :D
OdpowiedzUsuńPodobne olewnictwo wszystkich nowych tryndów zauważyłem przy wybieraniu przez matki komunijnych kreacji dla córek. Jeśli chodzi o ilość falban, to ostudzić zapał pomogła jedynie cena adekwatna do :P A baśnie są fajne. Ile tam zagubionego w czasie słownictwa, ile etnograficznych smaczków w tle. Tylko cóż z tego jak moja dziatwa domaga się kolejnego Jaromira :D
UsuńBo, niestety, nieletnie panienki muszą przejść przez okres różu i naporu.Naporu na koronki, cekiny i brokat. Nie ma siły. To akurat baśnie o księciach i wróżkach jak znalazł.
UsuńU nas baśnie też bez szału, przeczytana seria Wyborczej, i baśnie egzotyczne Milskiej i Markowskiej, i tyle. W tym roku lekturą jest Andersen, hehe, ciekawe co na to Starsza, ani jednego robota i sztucznej inteligencji:P
Temat różu znam niejako z doskoku (znajomi - dwie córki), więc się nie wypowiem. Natomiast co do bajek, to chłopaki znają motywy, ale raczej w wersji pop niż kanonicznej. W tej dziedzinie, niestety, bardziej edukowała TV niż książka :(
Usuńu nas podobnie, koszmarny serial Simsala Grimm zapoznał progeniturę z klasyką:)
UsuńJak to dobrze czasem być telewizyjnym troglodytą:) Simsala Grimm szczęśliwie nas ominęły! (Świat Bajek Hagi, o ile dobrze pamiętam z reklam przed "Autobusami":P)
UsuńAle ja myślę też sobie, że gdyby wszędzie wokół nie było tyle bezowych księżniczek (na ilustracjach, w bajkach, w gazetach, w sklepach), to i popyt nieco by się zmniejszył. Do takiego np. Kopciuszka w wersji Disneyowskiej to już w ogóle bez śledzia, ewentualnie aviomarinu nie należy podchodzić.
Mi mądra babcia podsuwała dobrze ilustrowane książki i jakoś się uchowałam. Siostra podobnie.
ZWL: seria Wyborczej jest nieco nierówna, choć to jeden z nielicznych przypadków, gdy wolę wersję audio od tradycyjnej, zwłaszcza gdy czyta Wojciech Mann. Wtedy łykam wszystko; chłopaki też:)
Starsza przy Andersenie może faktycznie przeżyć lekki szok, zwłaszcza gdy będzie musiała przebić się przez piękne, choć moim zdaniem lekko już przestarzałe, tłumaczenie Iwaszkiewicza i Beylin. Sama zastanawiam się, jak zrobić, żeby Starszy przeczytał to sam i na razie nie mam pomysłu:(
Rynek reaguje na popyt ze strony nieletnich, a nie odwrotnie raczej. Kupienie dziewczynce lat cztery czegokolwiek nieróżowego i niebrokatowego graniczyło swego czasu z cudem.
UsuńMann zdecydowanie lepszy od Umer:) A Andersena chciałem podsunąć w nowym tłumaczeniu Sochnackiej, ale to jest jednak inwestycja. No nic, może Mikołaj się popisze:P
Toteż nie mówię, że popytu by nie było, a tylko, że może by zmalał. Każda dziewczynka musi przejść przez fazę różowości, jak nie w dzieciństwie, to na stare lata - sama nie wiem, co gorsze:P
UsuńNa Mikołaja to już chyba będzie po lekturze? A może nie, lekko tego nie ogarniam. Ale zapomniałam o tym nowym tłumaczeniu, dzięki. Chyba skorzystam, bo naprawdę cienko widzę przebrnięcie przez polską kanoniczną wersję.
Mam taką koleżankę w pracy, rodzice stanowczo odmawiali różu w dzieciństwie:P
UsuńPojęcia nie mam, kiedy ten Andersen, niestety. Nowy przekład nagradzany i ponoć mega, ale jakoś tak nieufnie podchodzę, chyba podczytam w księgarni, żeby sprawdzić.
Ja załapałam fazę w pierwszej ciąży. Przeszło bezboleśnie, bo i tak wszyscy patrzyli na brzuch:P
UsuńMnie do nowego przekładu w kontekście samodzielnego czytania przez dziecko zachęca to, że podobno wraca do prostoty języka Andersena. Poza tym też mam mieszane uczucia. No i jak to tak - bez Szancera?
No właśnie, bez Szancera:( A obrazki w tej nowej wersji chyba nienajpiękniejsze.
UsuńNo wiesz? "Piękne akwarele duńskiego grafika", a Ty wybrzydzasz?!:P Osobiście muszę macnąć, żeby ocenić, ale obawiam się, że po Szancerze nic nie będzie się nam podobać...
UsuńJa jestem prosty człowiek, lubię ładne obrazki. No nic, obejrzę toto dokładniej przy okazji,
UsuńJeśli lubisz ładne obrazki, to mogę pożyczyć "Kopciuszka" od Wilgi, chcesz? Cud, miód i malina, a raczej beza:)
UsuńWeź, ten z Wilgi jest uroczy, Młodsza ma Olesiejuka - nie dość, że bajka opowiedziana w 4 zdaniach, to Kopciuszek wygląda jakby go bolały zęby, a na dodatek w fikuśnych wycięciach pobłyskuje folia aluminiowa w różnych kolorach.
UsuńZ tymi zębami, to nawet by się zgadzało - sierocie pewnie skąpili na dentystę, to i ubytki się pojawiły:P A książeczki z połyskującą folią aluminiową (choć chyba akurat nie Olesiejuka, tylko Wilgi właśnie i Book House'a, o ile dobrze pamiętam) były swego czasu w moim domu hitem! Jedną będę pamiętać do śmierci - była o Żuczku Bodziu i obfitowała w zaskakujące rymy:)
UsuńSierocie skąpili, ale książę ma podobną minę - u niego to pewnie z kolei skutek nadużywania słodyczy:P Wiesz, że na kilku zaangażowanych blogach o książeczkach dla dzieci by nas zlinczowali za to, że pozwalamy dzieciom obcować z błyszczącą tandetą?
UsuńTaak, za dużo bez:P
UsuńJeśli zaś o zaangażowane blogi i lincz idzie - wiesz, gdzie mi to, nie? Każdemu co lubi, na zdrowie!
Tia, Ty wiesz i ja wiem, ale panie linczujące mogą nie wiedzieć, one pewnie w hipermarkecie wyrywają dzieciom z ręki książeczki Disneya i Wilgi albo prowadzają je wyłącznie do wysmakowanych księgarnio-kawiarni, gdzie takiej tandety nie uświadczy :P
UsuńKsiążeczki Disneya to i ja akurat byłabym skłonna wyrywać, na szczęście żaden się nie garnie. Biedne zaś dzieci pań będą kiedyś mogły pozwać matki o zadośćuczynienie za straty moralne (w tych wszystkich mądrych książkach dla dzieci piszą o takich rzeczach, w tych głupszych nie, bo jak tu zmieścić słowo "zadośćuczynienie", gdy ma się do dyspozycji ledwie cztery stroniczki?:P)
UsuńZłośliwie powiem, że czekam na ten moment, kiedy te estetycznie edukowane dzieciątka na złość mamusiom rzucą się w odmęty tandety, MTV i brazylijskich seriali oraz lekturę Party :)
UsuńParty jak Party, po drodze będzie Bravo Girl, czy co tam się teraz czyta. Ale tak, też myślę, że nie chodzi o to, czy tak będzie, a tylko o to, kiedy.
UsuńI co mam powiedzieć ja, ojciec, którego młodsze dziecko wykleiło sobie wczoraj ścianę nad łóżkiem psiaczkami i kotkami z jakiejś gazetki o tychże. Ja mam czasem problem z opisywaniem strony graficznej książek dla dzieci, bo brakuje mi po prostu wiedzy na ten temat (choćby o stosowanych technikach) i zazwyczaj ograniczam się do podobamisiów ozdobionych paroma przymiotnikami w stylu "jajcorne" :P
UsuńJeśli psiaczki i kotki są na zdjęciach, to możesz cieszyć się, że oto wzrasta Ci młodzian wrażliwy na zwierzęcy urok (choć nie wiem, czy to dobrze, żeby kierował się taką wrażliwością i przy wyborze żony, ale może mu minie). Jeśli są na obrazkach, to myślę że wiem jakich. Lepiej już nic nie mów:P
UsuńU mnie wersją obowiązującą jest ta braci Grimm od czasu do czasu zmiękczana wariantem Hanny Januszewskiej, Perrault w tłumaczeniu Barbary Grzegorzewskiej też jest w domu ale jak na mój gust był trochę zbyt hardcore'owy jak dla dziecka.
OdpowiedzUsuńZ całym szacunkiem, ale jeśli Grimmowie nie są zbyt hardcore'owi, to Grzegorzewska powinna być przez Ciebie uznana za wersję light!:) Ja się na nią mocno napaliłam, zaczęłam czytać i... czym prędzej wróciłam do Januszewskiej. W sumie nie wiem o co chodziło, bo kiedy teraz ją przeglądałam, wydawało mi się, że nic jej nie dolega.
UsuńMoże mam uraz do niej po tłumaczeniu "Czerwonego Kapturka", który w tej wersji wydaje mi się jakiś taki mało bajkowy, w każdym razie edycję Martela wyciągnąłem z półki i poddam do weryfikacji słuchaczowi :-)
UsuńA wiesz, że "mało bajkowy" dobrze mi do tego tłumaczenia pasuje? Sytuację ratują trochę te wierszowane morały na końcu, ale poza tym trąci surowizną.
UsuńCiekawe, co słuchacz na to. Na swoich nie przetestuję, bo i tak za mocno ich ostatnio Kopciuszkowo eksploatowałam:)
Sierota jak sierota, ale uczyć od małego dziewczynki, że wybawieniem jest królewicz, to już przesada.;) Czytałam jakiś czas temu siostrzenicom tę bajkę z modyfikacjami własnymi, ku zgrozie szwagra, ale dał się przekonać, że nie ma co córek wychowywać na ew. popychadła czy cizie-mizie. O ile dobrze pamiętam, zamiast oddać się w ręce pięknolicego młodzieńca nasz K. zaczął jeździć po świecie i uprzyjemniać życie na inne sposoby.;)
OdpowiedzUsuńAż się boję pomyśleć, jakie to mogły być sposoby:P
UsuńJa jestem daleka od przerabiania opowieści - albo czytam, albo opowiadam, a jeśli czytam coś, co mi nie pasuje, to przestaję (chyba że dzieci proszą o kontynuację).
W wersji scenicznej ten wątek wybawicielsko-książęco-celowożyciowy walił po oczach, a kto nie dowidział, dostawał jeszcze po głowie cepem. Daleko mi do wojującej feministki, ale zgrzytałam zębami.
Ja przerabiam, kiedy jestem skora do żartów, dziewczynki wolą zresztą historyjki z życia wzięte. Kiedy były młodsze, lubiły opowiastki o zwierzątkach (Świnki trzy itp.), tu na szczęście o ślubach nie było mowy. Młodszej w historiach o królewnach najbardziej odpowiadał motyw czarowania i rządzenia, więc nie było najgorzej.;)
UsuńNo, trzy świnki można by potraktować jako zawoalowaną reklamę panny roztropnej, zaradnej i gospodarnej:P Wydawało mi się, że królewny rzadko rządzą, a częściej snują się i nudzą, ale najwyraźniej mam braki w baśniowej edukacji:)
UsuńNie rządzą w sensie ścisłym, ale rozkazy wydają.;)
UsuńA, wydawanie rozkazów (najlepiej zza czyichś pleców) to coś, co faktycznie może niejedną dziewczynkę zachęcić do bycia księżniczką:)
UsuńBajki Samograjki są bezkonkurencyjne. W Twoim przeglądzie zabrakło mi Kopciuszka Wandy Chotomskiej :) ;)
OdpowiedzUsuńCzy wiesz, że ja tego chyba nie znałam, a jeśli znałam, to na śmierć zapomniałam? Dzięki! I faktycznie, olbrzymie niedopatrzenie!:))
Usuńja to chyba wieki temu widziałam z ilustracjami B. Butenki - z taka wielką piętą :) :D
UsuńWłaśnie zaginęłam w akcji, bo zaczęłam gorączkowo szukać tropów! Butenko?! Już to widzę, na razie tylko oczami wyobraźni, ale ja tę piętę jeszcze będę miała w garści! (i wiem, że brudna, ale trudno:P)
UsuńO matko, nie chcę mieć Cię na sumieniu! :D Owocnych poszukiwań! Nie wiem, czemu ale jakoś mi się kojarzy z jakimiś tekstami do nauki ortografii... ale to może być mylny trop...
UsuńNajgorsze jest to, że i Butenko, i Chotomska są tak upiornie płodni! Nic to jednak, nie do takich rzeczy się dogrzebywałam, dam radę!:))
UsuńHa! Chyba mam! Przeryłam się przez setki stron, ale chyba to to! Ma tytuł "Dzień dobry" i nie jest o ortografii:) Napiszesz mi na jutro usprawiedliwienie do pracy?:P
UsuńHi, hi, mogę napisać, tylko, czy ktoś to będzie honorował? Nie mam żadnej pieczątki :))
UsuńBez pieczątki nie przejdzie, może zrób choć z kartofla?
Usuń:D
UsuńA tak w ogóle podziwiam i gratuluję! Moje skojarzenia z ortografią nie były takie całkiem bezpodstawne, bo to ze szkołą trochę wspólnego miało!
Cytat z: http://ryms.pl/ksiazka_szczegoly/631/dzien-dobry.html
Są teatrzyki, piosenki, listy i wiersze związane z poszczególnymi dniami z uczniowskiego kalendarza. Poszczególne strony wyglądają czasem jak zeszyt okraszony gryzmołami i szlaczkami, a czasem jak komiks czy pismo obrazkowe.
Widzę, że zbyłaś temat ewentualnych robótek ręcznych. Trudno. Ale dwóję, jak już ją dostanę, to mi chyba podpiszesz, co?:P
UsuńChotomska i Butenko to duet, który chyba się lubił i współpraca całkiem dobrze im wychodziła (patrz: Panna Kreseczka). Ale i tak najbardziej ciekawa jestem tej pięty!:)
Z robótek ręcznych to ja noga jestem! Podpiszę :) I mam nadzieję, że sama jutro nie zaśpię...
UsuńMam nadzieję, że pięta nie rozczaruje..
Nie jutro, tylko dzisiaj, o zgrozo!!
UsuńNiemożliwe, aby Butenko mógł mnie rozczarować, możesz spać spokojnie!:)
Usuń(Na razie przemykam się pod ścianami, więc może mi się upiecze do dzwonka:P)
Właśnie uświadomiłam sobie braki w wykształceniu! Nie miałam pojęcia o wersji Brzechwy, a owa bezczelnie złośliwa piosenka to coś w sam raz dla mnie! (oczywiście do ewentualnego wykorzystania w przyszłości). Muszę nadrobić to niedopatrzenie w najbliższym możliwym terminie...
OdpowiedzUsuńWersja Brzechwy to chyba jedna z pierwszych, jaką poznałam (szczęśliwe dzieci, których rodzice nie zabijają Disneyem w kołysce!). Egzemplarz drukowany, jaki mam, nosi przy tym ślady bardzo intensywnej eksploatacji; co więcej, "Kopciuszek" upstrzony jest "reżyserskimi" uwagami, bowiem wystawialiśmy go w podstawówce (poza rolą reżysera obsadziłam się jeszcze w roli macochy, ciekawe czy to o czymś świadczy?:P).
UsuńA piosenka tylko trochę złośliwa. Wystarczająco jednak, żeby pokazać księciu, kto tu rządzi:)
Ale ma rzęsy ta z pierwszej wersji :D
OdpowiedzUsuńMiałam tę wersję audio na płycie winylowej, chyba nawet rodzice przegrali na kasetę zanim pozbyli się adaptera. Szkoda, że kasetę można już odtworzyć tylko w samochodzie :P
Rzęsy też mną wstrząsnęły! Ciekawe, jakiego tuszu używa i czy aby jej się pod wieczór nie osypuje"P
UsuńTen sam "Kopciuszek" ciągle jeszcze jest dostępny na płycie CD - wiem, że nie jest to tak stylowe jak winyl, czy kaseta, ale może rozważ?:)
Moje chłopaki kompletnie nie bajkowe... Czytam im czasem w celach edukacyjnych, co by wiedzieli kim Czerwony Kapturek lub Kopciuszek był, ale ziewają, ziewają... Jednakże, dziękuję MoMarto za ten cudowny (jak zwykle u Ciebie) tekst i przegląd "Kopciuszkowy" :-)
OdpowiedzUsuńSądząc po reakcjach większości komentujących, rośnie nam pokolenie twardo stąpających po ziemi realistów. Nie wiem, czy w takiej sytuacji mojej dwójce uda się skutecznie pełnić honory błądzących głową w chmurach marzycieli i - czy im się to w ogóle będzie kalkulować?:)
UsuńRobienie takich przeglądów to sama rozkosz, tym większa, z im większą ilością potworków ma się do czynienia (już ostrzę sobie zęby na "Małą syrenkę", tam to dopiero jest jazda na całego!)
Ilu autorów, tyle Kopciuszków. Momarto, bardzo Ci dziękuję za ten tekst. Może by tak napisać własną wersję?...
OdpowiedzUsuńProszę uprzejmie:) Mnie do pisania własnej wersji akurat Kopciuszka nie ciągnie, ale jeśli Ty masz jakiś pomysł, to ruszaj do boju!
UsuńMam te bajki Perrault w opracowaniu Januszewskiej :))
OdpowiedzUsuńI pobiegłam do pokoju dzieci, bo coś mi się przypomniało z jeszcze innej wersji Kopciuszka, ale nie mogę znaleźć. Dzieci mają znów wszystko na półkach przemieszane. Jak wrócą ze spaceru, będą sprzątać. Wszystko przez Ciebie :D
Myślę, że to właśnie opracowanie zna większość osób w tzw. "naszym" wieku ("nasz wiek" to pojemne pojęcie). Ja bardzo lubię ilustracje Grabiańskiego - są naprawdę bajkowe!
UsuńI mam nadzieję, że Twoje dzieci nie praktykują voodoo!:P