niedziela, 23 marca 2014

"Odchudzanie ze strachu przed śmiercią", czyli nie ma takiej głupoty, której nie można by opublikować w mediach

„Odchudzamy się ze strachu przed śmiercią” – straszy na okładce sobotnio-niedzielna Gazeta Wyborcza, zapowiadając w ten sposób zamieszczoną w środku rozmowę Doroty Wodeckiej z profesorem Wiesławem Łukaszewskim, psychologiem, wykładowcą w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.
Sobotnią Wyborczą kupuję mocno nieregularnie. Tę wzięłam. Punkt dla nich.

Drugi punkt za to, że udało im się dokonać rzeczy niemożliwej. Podnieść mi ciśnienie skurczowe powyżej setki.

Ćwicz z Ewą Chodakowską. Biegaj. Uprawiaj jogę. Bądź fit. Można zwariować od nadmiaru postulatów.” – zagaja Dorota Wodecka, a mnie już trafia szlag.

Łatwo zauważyć, że to mieszanina snobizmu, komercji, społecznych nacisków, konformizmu i zapewne wielu innych rzeczy.” – odpowiada w tym samym stylu profesor Łukaszewski, a ja gorączkowo rozglądam się za tabletką pod język.

Tak się składa, że – mimo iż nie jestem lekarzem – od ładnych kilku lat sporo czasu poświęcam na lekturę cudzych historii chorób.
Tak się składa, że wiem o obcych ludziach bardzo dużo. Znam ich wiek, wykształcenie, liczbę dzieci, ilość przebytych związków, wzrost i wagę.
Pokaż mi się, a powiem ci, co ci dolega – mogłabym wypisać sobie na czole i z pewnością wkrótce zrobiłabym karierę jako znakomita uzdrowicielka, co to tylko w oczy spojrzy i wie, co w trawie piszczy.

Pani w żółtym sweterku. Lat 56, wzrost 160 centymetrów, waga 89 kilogramów. Podczas poprzedniej wizyty u lekarza oceniającego jej zdolność do pracy (dwa lata temu) ważyła 83 kilogramy. Od dziesięciu lat na rencie.
Uwaga, proszę spojrzeć mi w oczy, diagnozuję: cukrzyca, nadciśnienie tętnicze II° wg WHO, zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa szyjnego, lędźwiowego, stawów biodrowych oraz kolanowych.
Zgadza się? Cóż za niespodzianka!

Milion Polaków choruje na miażdżycę, a trzy miliony na cukrzycę. Te choroby w połączeniu z brakiem ruchu i złą dietą stanowią największe zagrożenie dla naszych kończyn! – alarmowały w ostatnich dniach media, dodając: „W zapobieganiu powikłaniom cukrzycy istotne znaczenie ma stosowanie odpowiedniej diety i zdrowego stylu życia.

Cóż na to pan Łukaszewski?
Aktywność fizyczna to coś, co wypada robić, tak jak wypada myć zęby. Powszechnie się sądzi, że jest działaniem prozdrowotnym, i zapewne jest, ale to z pewnością nie najważniejszy motyw poświęcania czasu tej aktywności. Najważniejszy – jak się zdaje – to atrakcyjny wygląd. Problem jest jednak w tym, że z jakiegoś powodu trudno nam się do tego przyznać.

Oddajmy więc może głos mojej babci, lat osiemdziesiąt cztery (codziennie rano obowiązkowa czterdziestopięciominutowa gimnastyka, spacery co najmniej trzy, cztery razy w tygodniu, samodzielna i samowystarczalna).
- Spotkałam ostatnio Marcelę. – opowiada mi babcia. (Marcela to jej dawna koleżanka z pracy, młodsza od niej o dwadzieścia lat). – Ty wiesz, że ona w ogóle nie wychodzi z domu, bo ma takie problemy z nogami?! I strasznie się jej utyło.

Takich opowieści z ust babci słyszałam już wiele. O Marceli, Zosi, Jance, Basi i Krysi. Cztery ostatnie już nie żyją. Wszystkie były znacznie młodsze od niej. I znacznie grubsze (choć moja babcia też nie ułomek), a wolny czas najchętniej spędzały przed telewizorem.

Wy, media, nabiliście ludziom do głów, że jeśli ktoś ma być wartościowy, to musi być ładny i fit. Człowiek nieładny jest do niczego. Człowiek nieładny jest nikim. Człowiek nieładny nie ma miejsca wśród nas! Czy o to wam chodzi?” – atakuje w dalszej części rozmowy profesor Łukaszewski.
Dlaczego nie odrzucamy tych standardów?” – odpowiada pytaniem Dorota Wodecka.
„Można spróbować tworzyć standardy alternatywne, czego z małym powodzeniem próbowały na przykład panie Grycan.” –  rzuca Łukaszewski, a do mnie rzuca się mój mąż, widząc że wymagam natychmiastowej reanimacji.

Rzecz nie w tym, że uważam, że tylko chude jest piękne oraz, że tylko młode i ładne do czegoś się nadaje.
Oczywistym jest, że obecny kult piękna i młodości, w którym głównym obiektem czci jest Photoshop, przybiera w zachodnim świecie, do którego zaliczam także i Polskę, niepokojące rozmiary.

źródło zdjęcia
Nie zgadzam się jednak na to, aby promować standardy tworzone przez panie Grycan. O ile bowiem najstarsza z nich jest mi doskonale obojętna, o tyle gdy patrzę na jej najmłodszą córkę chce mi się płakać. Sądzę, że nie jest normalnym, aby dziecko w takim wieku ważyło tyle, co ona, o ile nie cierpi na chorobę łączącą się z zaburzeniami metabolizmu (a zdaje się, że nie cierpi). Uważam też, że to nie ona ponosi za to odpowiedzialność. Za kilkanaście lat, kiedy zacznie ze zdwojoną siłą odczuwać wszystkie dolegliwości, będące typowe dla cywilizacji tzw. dobrobytu, podziękuje jednak za to z pewnością swojej, kreującej alternatywne standardy, mamusi.

Nie zgadzam się więc na to, aby ktokolwiek, nawet z tytułem profesorskim, deprecjonował rolę aktywności fizycznej.

Nawet bowiem jeśli ktoś podejmuje ją ze snobizmu (a z pewnością są takie osoby, wystarczy pójść do pierwszego lepszego sklepu dla biegaczy i popatrzeć na ceny butów oraz odzieży sportowej, zazwyczaj opatrzonej w rzucające się oczy loga), to jest to ten rodzaj snobizmu, który przynosi dobre owoce (uczciwie zaznaczam, że w dalszej części rozmowy wspomina o nich nawet profesor Łukaszewski).

Nawet bowiem jeśli dla szeregu osób jedyną motywacją do rozpoczęcia ćwiczeń fizycznych jest chęć schudnięcia, to nie uważam tego za grzech śmiertelny. Może w ten sposób uda się wreszcie załatać dziurę w budżecie ZUS-u, który przestanie wypłacać znaczne sumy z tytułu rent z powodu niezdolności do pracy. A i kolejki do lekarzy znacznie się zmniejszą.

Na swoich leśnych trasach spotykam wielu biegaczy, maszerowaczy i innych – zdaniem Łukaszewskiego – przerażonych śmiercią. Wszyscy są uśmiechnięci i życzliwi. Jak już pisałam tutaj, regularnie zdarza się, że z niejednym nieznajomym zamienimy parę zdań, bo to że powiemy sobie „dzień dobry” jest oczywiste. 
Może to nadmierne uproszczenie, ale śmiem wyprowadzić z tego wniosek, że uprawianie sportu pozytywnie wpływa na kulturę życia w społeczeństwie, czyniąc je dużo bardziej znośnym.

Czuję się uprawniona do formułowania tego rodzaju ogólnych tez. W omawianej rozmowie Wiesław Łukaszewski (przypomnę: psycholog, legitymujący się tytułem profesora, wypowiadający się dla dużej ogólnopolskiej gazety) podaje bowiem taki oto przykład:

Dbanie o ciało „załatwia” lęk przed śmiercią?"– pyta Dorota Wodecka, a profesor odpowiada:
„- Kiedy pojawia się niepokój egzystencjalny, poszukujemy dowodów na to, że jesteśmy urodziwi. To wyraźnie pokazuje, jaką wartość ma uroda jako składnik przekonania o własnej wartości. Co więcej, jeśli ludzie mają poczucie, że są dla szeregu osób ładni, to trudniej w nich ten lęk wzbudzić. Mają znacznie niższe wskaźniki lęku przed śmiercią. Przeprowadziliśmy dość zabawne badanie w salonach fryzjerskich. Osoby, które przychodziły do fryzjera, doświadczały znacznie silniejszego lęku przed śmiercią niż ci, którzy od fryzjera wychodzili. Podobne wyniki dotyczyły klientów solarium. Oznacza to, że działania wokół ciała polepszające wygląd pełnią funkcję kojącą.”

W zasadzie powinnam zostawić to bez komentarza. Ale nie mogę się powstrzymać.
Być może profesorowie nie słyszeli nigdy o reprezentatywności badanej grupy.
Być może są zawieszeni tak wysoko w swoim kosmicznym profesorskim świecie, że nie zdają sobie sprawy z tego, że klienci solariów są dość specyficzną grupą (żaden spośród moich znajomych nie jest jej członkiem; nie znam także zbyt wielu starszych pań i panów, którzy korzystaliby z wątpliwych uroków sztucznego słońca). Ale jestem pewna, że z owego „zabawnego” badania nie płyną żadne sensowne wnioski. Podobnie zresztą jak i z całej rozmowy z panem profesorem.

„Odchudzanie ze strachu przed śmiercią” z prof. Wiesławem Łukaszewskim rozmawia Dorota Wodecka. Magazyn „Gazety Wyborczej”, sobota-niedziela, 22-23 marca 2014r. 

71 komentarzy:

  1. Mieszkam w szalenie snobistycznej okolicy, ciągle mi za oknem mknie jakiś snob rowerzysta, snob biegacz albo snob z kijami. Albo też: mkną kolejni osobnicy pełni lęku przed śmiercią, niemalże jak w horrorze jakimś.
    Widziałem zajawki tego tekstu i po nich było widać, że to jakaś kompletna bzdura, na którą szkoda czasu - a piszę to nie będąc osobnikiem usportowionym i z aktywności preferującym czytanie w pozycji półleżącej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wszystko zależy od tego, jak to i owo nazwiemy. Osobiście wolałabym okolicę snobistyczną; za horrorami raczej nie przepadam:P
      Zajawek niestety nie widziałam, a szkoda. Zaoszczędziłabym dzięki temu 3,20 zł.

      Usuń
    2. Zajawki to korzyści z subskrypcji GW na fejsbuku; wyświetla Ci się i od razu wiesz, że nie chcesz tego czytać:P Uznaj to 3,20 za koszt poznania alternatywnej wizji świata. A ja się oddalę do ćwiczeń rozciągających dla pracowników umysłowych siedzących całymi dniami przy komputerze :)

      Usuń
    3. Ten fejsbuk ma jednak jakieś dobre strony. Alternatywne wizje świata mogę poznawać za darmo, ale wkrótce u Starszego będzie zbiórka makulatury, to w sam raz gazeta się przyda.
      Zanim przystąpisz do ćwiczeń, "wzbudź u siebie niepokój przed śmiercią" (cytat z profesora) i zmierz jego poziom. Po zakończeniu koniecznie wzbudź ponownie i powtórz pomiar!

      Usuń
    4. chwilowo mam wzbudzony (przez żonę, mnie by to do głowy nie przyszło:P) niepokój, że na planowany niedługo rodzinny ślub nie wejdę w jedyny garnitur. Ale faktycznie, po serii ćwiczeń niepokój ten jakby maleje :D

      Usuń
    5. Nie bądź konformistą i snobem; nie poddawaj się tak łatwo głupim społecznym naciskom!

      Usuń
    6. To nie są naciski społeczne, tylko bardzo konkretne i wręcz spersonalizowane, w razie nieposłuszeństwa skutkujące odcięciem od kolacji :P

      Usuń
    7. Jak nie naciski społeczne, to lęk przed śmiercią. Głodową:P

      Usuń
    8. No to ja w niedzielę byłem śmiertelnie przerażony. 7 dych na bajku :D

      Usuń
    9. To wszystko przez te 4 na karku:P

      Usuń
    10. O, wypraszam sobie! To jeszcze nie ta scena :D

      Usuń
    11. Ta scena może nie, ale - przynajmniej u mnie - próby do niej trwają już od jakiegoś czasu.

      Usuń
    12. W sumie racja. U mnie w lipcu generalna :P

      Usuń
    13. No widzisz! Mój szanowny małżonek imprezuje (już na poważnie) w sierpniu, więc u nas szał prób, jedna za drugą:(

      Usuń
  2. Przeczytałam gdzieś artykuł o tzw. ekspertach w dziedzinach- np. media znajdują kogoś z logo "ekspert" i on się wypowiada na jakiś temat. A to, że się wypowiada głupio, to już nikogo nie interesuje. Najwyraźniej w artykule z WO mamy tu tego przykład. Swoją drogą nie dziwię się Twojej, nazwijmy to delikatnie, irytacji. Zgadzam się z tym co napisałaś w 100%. Wychodzi na to, że jeśli ktoś ćwiczy,biega, jeździ na rowerze, stara się w miarę zdrowo jeść, chodzi do kosmetyczki,etc. to robi to ze strachu przed śmiercią. Natomiast jeśli siedzi w domu i pracuje z oddaniem nad swoją nadwagą, to proponuje alternatywny sposób życia, który nie grozi absolutnie zawałem, miażdżycą, cukrzycą i zwyrodnieniami kręgosłupa oraz stawów.
    W czwartek jestem umówiona do fryzjerki. Do tej pory myślałam, ze idę po prostu obciąć włosy, a wychodzi na to że ja po prostu patrzę śmierci w twarz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gwoli ścisłości: to nie są Wysokie Obcasy, to Magazyn, stanowiący integralną część papierowego wydania.
      Zirytowana jestem niemożebnie i wcale mi nie mija. Rozumiem, gdyby to był tekst o stałych bywalcach siłowni, tzw. pakerach, tudzież bywalczyniach solariów, tzw. tipsiarach. Wówczas nie mrugnęłabym nawet okiem. Tymczasem zaserwowano mi garść uogólnień i głupiomądrych wniosków, z których wynika tylko tyle, że tako rzecze pan profesor, a skoro pan profesor, to należy przyklęknąć w nabożnym zachwycie. Urhrgrhr!
      Daj znać, o której idziesz w czwartek do tego fryzjera. Odprawię jakieś modły!

      Usuń
    2. Fakt, na pierwszym zdjęciu jest, że Magazyn :)
      Wcale Ci się nie dziwie- głupota zawsze wkurza. Otyłość jako alternatywa zdrowia- to musi zrobić wrażenie na czytelnikach.
      Na 13.00 idę- nie wiem, czy to też mnie nie ustawia na przegranej pozycji. Tak więc modły wskazane! ;)))

      Usuń
    3. To chyba nawet nie jest otyłość jako alternatywa zdrowia, to jest doszukiwanie się dziury w całym i dorabianie na siłę ideologii, do tego w nurcie raczej obrzydzającym. Nie lubię.
      Godzina 13.00 miała kiedyś znaczenie symboliczne, przy czym symbolika zależała od tego, po której stronie się ustawiłaś. Dla jednych była bowiem wybawieniem, dla innych godziną, w której rozpoczynało się sianie zgorszenia i demoralizacja. Przemyśl więc dobrze, gdzie u tego fryzjera usiąść!

      Usuń
    4. Myślę, że i to, i to. Chciano się pochylić nad tym strasznym kultem piękna i szczupłości, tylko z niezrozumianych przeze mnie powodów uderzono w zdrowy tryb życia. I nie mówimy tu przecież o fanatycznym podejściu do tego trybu.
      Tak, pamiętam, że 13 miała kiedyś inne znaczenie. Może po prostu wychylę co nie co i radosnym, a jakże, krokiem wejdę do salonu ;)

      Usuń
    5. Jeśli wizyta potrwa dłużej, to poziom euforii może Ci opaść i zaburzysz statystykę. Chyba nie zrobisz tego nauce?:P

      Usuń
    6. Wizyta ma trwać jakieś 3 godziny, to chyba muszę wychylić więcej niż co nie co. Inaczej faktycznie nauka nie będzie ze mnie dumna ;)

      Usuń
    7. Trzy godziny? Masz pukle do ziemi? Obawiam się, że w tej sytuacji musisz wybierać między dobrem nauki a własnym...

      Usuń
    8. Oj, jak ja bym chciała pukle! Może nie do ziemi, ale w ogóle. Tym razem postanowiłam zaszaleć i oprócz tego co zwykle,będzie jeszcze masaż głowy i inne takie. Niestety jakoś tak sobie nie przeliczyłam tego w czasie o_O

      Usuń
    9. Pukli nie chcą tylko ci, którzy je mają, bowiem oni dla odmiany pragną włosów prostych jak druty, to jasne:P Masaż głowy? To się nie mieści w naukowych kategoriach!

      Usuń
    10. Fakt, więc ja bym chciała w ogóle mieć włosy, a nie ich namiastkę (moja babcia w młodości miała warkocz, który nie dawał objąć się dłońmi- tak grube włosy ma do dziś i dała ich objętość w genach bratu. Ja niestety mam włosy po tatusiu :/ ) Oj, był i masaż głowy (ze trzy razy), i masaż szyi oraz ramion. Czemuż, oj czemuż nie robią takich promocji co miesiąc?!!

      Usuń
    11. U mnie w rodzinie w ogóle nie ma włosowych tradycji, więc powinnam się cieszyć, że cokolwiek mam na głowie:P
      Masaż szyi i ramion? Fiu, fiu! Rozumiem, że poczułaś się jak ktoś zupełnie wyjątkowy?:P

      Usuń
    12. W tej sytuacji- powinnaś ;)
      Pierwszy raz mi się zdarzył taki pakiet promocyjny! Z reguły była to po prostu kawa gratis ;P
      Aż tak wyjątkowo to nie, bo siedząca obok pani też korzystała z pakietu ;)

      Usuń
    13. Nosz po prostu, cóż za brak zdolności marketingowych u zarządzającego tym salonem fryzjerskim!
      Mój fryzjer pracuje teraz w takim wielce snobistycznym. W gratisie dostaję możliwość obserwowania(i podsłuchiwania) towarzystwa, które tam przychodzi. Aż żal czytać o życiu gwiazd, gdy obok dzieją się takie cuda!:P

      Usuń
    14. A, wiesz tak o tym nie pomyślałam. Ale mogę się pocieszyć, że ja miałam fajniejszą fryzjerkę niż pani obok ;)
      Mój salon jest eco- myślisz, ze to już podchodzi pod snobizm, czy tylko zwykłą hipsterkę? ;) A co do obserwacji obyczajowych- bywają bezcenne ;) Niestety dziś nie miałam żadnych. Za to siedziałam rozdarta- z jednej strony masaż i relaksacja, z drugiej- dostałam do czytania kwietniowe Zwierciadło z tematem " nasz stosunek do bliskich, starszych osób" i muszę przyznać, że mam kilka przemyśleń w kontekście moich bliskich.

      Usuń
    15. Jeśli w tym salonie farbują czym innym niż susze roślinne typu chna, tudzież nie suszą włosów klientek, tworząc naturalne przeciągi, to owo "eco" jest jak dla mnie mocno na wyrost.
      I dzięki za ostrzeżenie, będę unikać tego numeru Zwierciadła! (obawiam się własnych przemyśleń)

      Usuń
    16. Mają fajne kosmetyki, to im trzeba przyznać- w każdym razie moje cienkie włosy są zadowolone ;) Może tam faktycznie jest mniej tych "gorszych" składników, ale mówiąc prawdę, to ja się i tak nie znam.
      Mnie ten numer Zwierciadła skłonił do wielu przemyśleń, na plus też (żeby np. okazywać więcej cierpliwości), ale często robiło mi się też smutno w czasie lektury, więc to czytanie na własną odpowiedzialność ;)

      Usuń
    17. Teraz wszystko jest eko i bio, więc co będziemy żałować fryzjerom. Zwłaszcza, gdy klientki zadowolone:)
      A Zwierciadła i tak bym nie miała kiedy przeczytać; jestem mistrzynią w kupowaniu gazet i trzymaniu ich przez długie lata, bo na pewno na urlopie nadrobię wszystkie zaległości:(

      Usuń
    18. Jaki ładne podsumowanie: uogólnienia najlepiej się sprzedają. Nie tylko w GW ;)

      "Pukli nie chcą tylko ci, którzy je mają, bowiem oni dla odmiany pragną włosów prostych jak druty, to jasne" - dla mnie nie :)

      Usuń
    19. Uogólnienia są bezpieczne. Pasują do wszystkiego. Tak samo jak do niczego.

      Co do pukli: jesteś pierwszą ich posiadaczką, która na nie nie narzeka. Zawsze słyszę tylko narzekania, że nie da się ich ułożyć, że suszenie zajmuje trzy godziny, u fryzjera zostawia się majątek i najchętniej to każda z nich by się ze mną zamieniła:)

      Usuń
    20. Same zalety :) I uogólnień, i loków.
      Układają się "same".

      Co do rozmowy w GW - odebrałam ją raczej jako komentarz do zachowań "zafiksowanych" na punkcie wyglądu, jak wałkowana przy różnych okazjach Chodakowska.
      Ale irytację rozumiem. Podobną poczułam czytając "Wieloryba".

      Usuń
    21. Ech!:( A proste układają się po prostu, o!

      Już to chyba gdzieś wyżej napisałam, ale ja właśnie tak tej rozmowy nie odebrałam. Za dużo tam było uogólnień:) Gdyby chodziło tylko o to, nie mrugnęłabym okiem. Otwarcie rozmowy snobizmem i komercją, a następnie poprawienie alternatywnymi standardami pań Grycan nadało jej jednak nieco inny kierunek.
      Ale każdego irytuje co innego. I każdy ma swoją rację:)

      Usuń
  3. A na marginesie- może to był salon Sweeney Todd'a- demonicznego golibrody z Fleet Street, a nie taki normalny salon fryzjerski? ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem niewykluczone. Pytanie jeszcze: co to było za solarium?:P

      Usuń
    2. też się zastanawiałam chwilę ;)

      Usuń
    3. Wszystko przez to, że nie mamy należytego rozeznania w solariach. Dobrze, że profesor Łukaszewski ma!

      Usuń
    4. Pewnie sam tam chodzi i wtedy pewnie robił te "zabawne" badania ;)

      Usuń
    5. Myślę, że na tym etapie profesorzenia ma się już asystentów od badań terenowych.

      Usuń
  4. Reakcję Twoją rozumiem aż nadto. I również się wkurzam. Sama całe życie się borykam z problemami, bo właśnie gdy byłam dzieckiem Babcia, skądinąd kochana i cudowna osoba, ale jednak przekarmiająca całą rodzinę, zafundowała mi nadwagę najmłodszej Grycanki. Miałam 12 lat, niecałe 1,60m wzrostu i ważyłam 83 kg. Pielęgniarka szkolna zgłosiła mojej Babci konieczność odchudzania. Wiem co czeka tę biedną dziewczynkę. Do dziś muszę pilnować diety, dbać o wysiłek fizyczny, bo wystarczy chwila, naprawdę chwila, jedzenia co popadnie, nie pilnowania się i lecę z kilogramami w górę i od razu mam problemy zdrowotne (ciśnienie, zadyszka przy byle wysiłku, dlatego dbam o to i też tak cenię bieganie). Nie wiem jak ten profesor może coś takiego pieprzyć i jak można uznawać to za opinię eksperta. Jasne, że biegam ze strachu przed śmiercią. Przed przedwczesną śmiercią! Bo zdecydowałam, że wolałabym umrzeć ze starości, a nie z powodu miażdżycy, cukrzycy, czy problemów z nadciśnieniem.

    !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj w klubie. Ja wprawdzie nie osiągnęłam aż tak imponującego wyniku wagowego, ale i tak mam jedno zdjęcie klasowe (bodajże z czwartej klasy SP), na którym wyraźnie widać, że zajmuję tyle miejsca, że spokojnie zmieściłaby się tam dwójka stojących obok dzieci. I też mam problemy, choć na szczęście akurat w tym zakresie mało drastyczne.
      Dlatego tak dużą wagę przykładam do tego, aby ruszały się moje dzieci. Dlatego sama staram się dawać im przykład, co przy okazji znakomicie wpływa na moje zdrowie. Bo owszem, także lękam się śmierci. Po prostu uważam, że jest za wcześnie na to, aby zostały sierotami lub dziećmi zmuszonymi do opiekowania się niedołężną matką.

      Usuń
  5. ODCHUDZANIE PRZY OTYŁOŚCI (CHOLESTEROL) / NADWADZE / CUKRZYCY / NADCIŚNIENIU / CHOROBACH SERCA: INTELIGENTNE, TAKIE POLECAM. *****

    1. Jemy niskotłuszczowo czyli:
    INDEKS ŻYWIENIOWY TJ. IŻ PRODUKTU.

    2. Niskowęglowodanowo, a zatem (energetyczne):
    NISKIE WĘGLOWODANY TJ. DO 26% WZROSTU.

    3. Puenta to tabele:
    IŻ PRODUKTU.

    P. S. Realizując klasyfikację IŻ, organizm sam wykorzystuje złogi trójglicerydów w żyłach, oczyszczając je. Zwyczajne biologiczne reakcje, które równocześnie eliminują miażdżycę i nadciśnienie, a także cukrzycę typu 2. Spożycie CHLEBA NA OSTEOPOROZĘ-IRL, szprotek wędzonych oraz fasoli czyli produktów o dużej zawartości wapnia wyjaśnia celowość umieszczenia tych produktów jako zalecane.

    4. Wykluczamy jednak z diety (niezdrowe dla człowieka) tzw:
    WYSOKIE WĘGLOWODANY TJ. OD 26.01% WZROSTU.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za zaangażowanie, ja jednakowoż nie o tym.

      Usuń
  6. Zajrzałam śmierci w oczy w czwartek u kosmetyczki i piątek u fryzjera :) I ze zdziwieniem przeglądając babską prasę (tylko taka tu bywa) przeczytałam artykuł, w którym aktorki przy kości wychwalają zalety bycia puszystymi; świetnie się czują, nie widzą potrzeby stosowania jakichkolwiek diet, nie mają kompleksów i w ogóle jest fantastycznie. Cieszę się bardzo, iż panie dobrze się czują tak dobrze w swojej skórze, ale dziwi mnie, że nie dostrzegają aspektu zdrowotnego. Osobiście należę do tych, co to całe życie stosują różne diety i starają się wyglądać jeśli nie szczupło to choć normalnie, co mi się rzadko udaje. I w pewnym sensie powiedziałabym, że konkluzja iż odchudzamy się ze strachu przed śmiercią jest słuszna, w moim przypadku, kiedy pomyślę o cholesterolu zatykającym tętnice, o otłuszczonych narządach, ryzyku zawału i wielu innych chorób nie odpuszczam sobie i walczę, sama ze sobą dalej, jednakże argumenty prezentowane przez autorów ... szkoda słów. A mnie ostatnio ciśnienie podnosi robota, gdyby tak można ją rzucić ze strachu przed śmiercią (grozi zawałem, jak nic).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraziłam sobie ankieterów, którzy nagabują o lęk przed śmiercią panie wychodzące od kosmetyczki, tuż po położeniu hybrydy z obowiązkowymi diamencikowymi zdobieniami (nie mam pojęcia, czy da się to zrobić na hybrydzie, ale na potrzeby tego komentarza musi się dać). To dopiero byłby żer dla psychologów!:P
      Przeglądanie babskiej prasy u fryzjera jest obowiązkowym elementem strzyżenia, bez tego elementu fryzura nie może być udana! Niestety, dawno nie byłam, więc mam potworne braki w wiedzy:(
      Rzucenie pracy ma jedną zasadniczą wadę. Wiąże się bowiem z brakiem środków na fryzjerów i kosmetyczki, tudzież (dla chętnych) wizyty w solariach. I jak tu żyć?

      Usuń
    2. Czy się da zrobić na hybrydzie i ja nie mam pojęcia, bo nie wiem, ani co to hybryda, ani diamencikowych zdobień nie widziałam :( U fryzjera bez okazji (wesele, chrzciny, itp) byłam chyba po raz pierwszy w życiu (nie licząc oczywiście strzyżenia) i nawet zafundowałam sobie coś na głowie - nie umiem nazwać co, w połowie upięte, a w połowie rozpuszczone :) Gdybyż rzucenie pracy oznaczało li tylko brak wizyt u fryzjera czy kosmetyczki- nie wahałabym się.

      Usuń
    3. Ja poszerzyłam swoje paznokciowe horyzonty, za każdym razem gdy jestem u fryzjera z chłopakami. Ich ulubiona pani fryzjerka ma bowiem stanowisko w pomieszczeniu, gdzie urzędują dwie panie od paznokci. Uwierz mi, są na tym świecie rzeczy, które można zamocować na paznokciu, o których nigdy Ci się nawet nie śniło!:P
      I żeby nie wypaść na Twoim tle jak przerażona śmiercią snobka-konformistka, stwierdzę że ja także chodżę do fryzjera wyłącznie z okazji. Z okazji konieczności ufarbowania odrostów:P

      Usuń
    4. Wierzę, że są te, o których mi się nie śniło, zwłaszcza, że sny ostatnio mam dość monotematyczne. A odrosty farbuję sama, bo szkoda mi czasu na czekanie, w którym w domu mogę coś zrobić. Za to do kosmetyczki na hennę dość regularnie chadzam

      Usuń
    5. Też kiedyś farbowałam włosy sama, niestety odkąd pierwszy raz zrobił mi to profesjonalista, poczułam ogromną różnicę. Póki więc mnie na to stać, nie zamierzam wracać do samodzielnego mordowania się z farbą!
      A mi się ostatnio nic nie śni. Za krótko śpię:(

      Usuń
  7. Słowo 'hybryda' brzmi mało zachęcająco, żeby móc sobie to zrobić.A w świetle powyższej wymiany spostrzeżeń wychodzi na to, że śmierć patrzy mi prosto w twarz, gdyż do fryzjerki chodzę co miesiąc. Nie wiem, czy coś przemawia na moją obronę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w ogóle jest pojemne słowo: napęd hybrydowy w pojazdach, hybrydowy manicure. Ciekawe, co będzie następne?
      Faktycznie, nie jest z Tobą dobrze. Ja tylko co dwa. Lepiej odmówię więc paciorek:P

      Usuń
    2. Ano nie jest ze mną dobrze. Oj nie jest ;)

      Usuń
    3. Proponuję zamówić alternatywne badania psychologiczne - natychmiast Ci się polepszy!

      Usuń
    4. Nie, nie Twoje:) Po własnych badaniach psychologicznych zazwyczaj się tylko pogarsza. Osobiście parę razy przechodziłam, więc wiem co mówię. Po jednym pani psycholog poprosiła mnie z bardzo poważną miną na rozmowę. Okazało się, że wszystko wskazuje na to, że jest ze mną bardzo źle, bowiem nie przeszłam tzw. testu drzewa. Sprowadzało się do tego, że gdy kazano mi odręcznie narysować drzewo, nie dość że nie narysowałam mu korzeni (nie wiedziałam, że ma to być przekrój pionowy przez planetę), to jeszcze na trawie pod nim walały się jabłka (bo to jabłoń była). Widomy znak, że trzeba kopać dół pod grób!:P

      Usuń
  8. Wiem, też przechodziłam. O, tak oni mają bardzo poważne miny przy tych badaniach. Ja się tam przy paru dobrze bawiłam. Testu drzewa nie miałam, ale miałam narysować gniazdo rodzinne i ono było na drzewie- to może to się też liczy ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gniazdo rodzinne na drzewie? Zdawałaś poprawkę?:P

      Usuń
    2. Jakoś mi się tak ornitologicznie musiało skojarzyć. Ale w podsumowaniu było, że miałam kolorowe szczęśliwe dzieciństwo i że mam silne oparcie w rodzinie (bo to na dębie gniazdo było). Tylko panią trochę zastanawiało, że siebie na niebiesko namalowałam, bo to jest jakoś z niebieskim ptakami się skojarzyło ;)))

      Usuń
    3. bo to jej się jakoś*

      Usuń
    4. Brawo, brawo! Gdybyś następnym razem miała test drzewa, to zdasz go z pewnością śpiewająco.

      Usuń
  9. Oraz z okolicznościową choreografią ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile wcześniej zaopatrzysz się w odpowiednią ilość chrustu, to czemu nie?

      Usuń
  10. Balet na chruście, ze śpiewem na drzewie- ja to widzę! ;))))

    OdpowiedzUsuń
  11. Oooo, ktoś tu chyba "pindorzy się" i zaliczył święte oburzenie! :-)

    OdpowiedzUsuń