poniedziałek, 5 maja 2014

L.Snicket "Seria niefortunnych zdarzeń", czyli jaka szkoda, że Snicket nie jest Polakiem!

Kiedy Starszy był młodszy, za żadne skarby świata nie chciał oglądać bajek ani czytać książek, w których komukolwiek umierali rodzice.
Pierwsza próba obejrzenia razem z nim (w wieku około pięciu lat) „Epoki lodowcowej” zakończyła się półgodzinnymi spazmami. Po dziesięciu minutach filmowej wersji „Księgi dżungli” trzeba było wzywać pogotowie. Po obejrzeniu zaś początku drugiej części „Madagaskaru” (z wątkiem zabrania małego lwa od jego rodziców) przez miesiąc musieliśmy intensywnie pracować, by na powrót postawić nasze dziecko w pionie psychicznym.
Od tamtej pory nosi etykietę: „wrażliwy”.

Niewątpliwie więc, gdybym tylko wiedziała o czym jest „Seria niefortunnych zdarzeń” Lemony’ego Snicketa, w życiu nie podsunęłabym jej Starszemu. Moją czujność uśpiła jednak koleżanka, która zaaplikowała ją swojemu (o dwa lata młodszemu od Starszego) synowi.
I bardzo dobrze, że tak się stało.


Być może o książkach Lemony’ego Snicketa napisano już bardzo dużo, w sprzedaży w Polsce jest już wszak jedenaste ich wydanie, ale dla mnie jest to absolutna nowość. Wywołująca pełen zachwyt. Tym większy, że przypadkiem okazała się być cudownym lekarstwem, dzięki któremu Starszy ostatecznie wyleczył się z nadwrażliwości.

Kiedy próbuję odszukać w pamięci jakąkolwiek podobną, współczesną książkę polskiego autora, przeznaczoną dla starszych dzieci lub młodszej młodzieży, napotykam na pustkę (albo prawie pustkę). Chcę wierzyć, że świadczy to wyłącznie o moim nieoczytaniu, dlatego zamieszczam poniżej parę istotnych cech, które odróżniają tę serię od innych. Może ktoś podrzuci choć kilka polskich odpowiedników?

A chodzi o książkę, która:

  1. pozwala dzieciom przeżywać trudne uczucia. 
Smutek. Polskie dzieci rzadko mogą być smutne. Zazwyczaj szuka się dla nich pocieszenia, czasem też brnie się w cudowne tłumaczenia czy nadzwyczajne rozwiązania problemów.
Lemony Snicket od początku wali prosto między oczy:
Jeśli szukacie opowieści ze szczęśliwym zakończeniem, poczytajcie sobie lepiej coś innego. Ta książka nie tylko nie kończy się szczęśliwie, ale nawet szczęśliwie się nie zaczyna, a w środku też nie układa się za wesoło. To dlatego, że niezbyt wiele szczęśliwych zdarzeń miało miejsce w życiu trójki młodych Baudelaire’ów. Wioletka, Klaus i Słoneczko byli dziećmi inteligentnymi, obdarzonymi wdziękiem, fantazją i przyjemnymi rysami twarzy, lecz mieli straszliwego pecha i wszystko, co ich spotykało, skażone było nieszczęściem, smutkiem i rozpaczą. Informuję was o tym z przykrością, ale taka jest prawda.

Ponieważ cała seria liczy sobie trzynaście tomów, nie zdradzę chyba tajemnicy, gdy napiszę, że kluczem do całej historii jest pożar. Całkiem spory. Dość duży, by już w pierwszym rozdziale pierwszej części strawić dom wymienionej wyżej trójki rodzeństwa Baudelaire wraz z dwojgiem ich rodziców. Nietrudno sobie wyobrazić, że czternastoletnia Wioletka, dwunastoletni Klaus oraz będące w wieku bliżej niesprecyzowanym Słoneczko (dzidziuś, dziewczynka, „w dodatku bardzo mała jak na swój wiek – niewiele większa od kalosza”), postawieni nagle w takiej sytuacji, nie będą czuli się zbyt komfortowo. Gdy dorzucić do tego jeszcze testament ich rodziców, którzy pozostawili im spory majątek, możliwy jednak do rozdysponowania dopiero po dojściu Wioletki do pełnoletniości, oraz niecnego, legitymującego się tytułem hrabiowskim krewnego, dybiącego na tenże majątek, nietrudno się domyślić, że wzmiankowane w zamieszczonym wyżej cytacie nieszczęście, smutek i rozpacz będą głównymi uczuciami towarzyszącymi lekturze.

  1. uczy, ale robi to w taki sposób, że nawet cierpiący na dydaktyczną alergię tego nie zauważą. 
Od czasu śmierci rodziców większość przyjaciół młodych Baudelaire’ów jakoś się wykruszyła, co tutaj znaczy: „przestali dzwonić, pisać i wpadać z wizytą, przez co trójka dzieci czuła się bardzo osamotniona. Ani wy, ani ja, oczywiście, nie zrobilibyśmy czegoś takiego naszym dotkniętym żałobą przyjaciołom, ale smutna prawda polega na tym, że kiedy komuś umrze bliska osoba, znajomi często zaczynają tego kogoś unikać, chociaż akurat w takich chwilach obecność przyjaciół jest najbardziej potrzebna.

Lemony Snicket odwala za nas, rodziców, co najmniej połowę czarnej i trudnej roboty. Mówi naszym dzieciom to, o czym często zapominamy im powiedzieć, uważając to za oczywiste lub też nie wiedząc, kiedy, co i w jaki sposób powinniśmy im przekazać. Czyni to przy tym niejako mimochodem, wplatając szereg ważnych informacji w – bardzo ekscytującą – akcję.
Zarazem – w jakżeż inny sposób niż chociażby wpisany na listę polskich autorów szkolnych lektur Grzegorz Kasdepke! – niejako przy okazji przybliża dzieciom znaczenia szeregu trudnych słow, zwrotów i związków frazeologicznych.
         „Ostatnio – ciągnął Hrabia Olaf – denerwowałem się bardzo występami z moją trupą teatralną i bardzo możliwe, że zachowywałem się wobec was nieco ozięble.
         „Ozięble” to wspaniałe słowo – niestety, nie odnosi się ono do zachowania Hrabiego Olafa wobec dzieci. Słowo „oziębły” znaczy: „nieskory do nawiązywania kontaktów z otoczeniem” – można nim określić, na przykład, kogoś, kto na przyjęciu stoi w kącie i z nikim nie rozmawia. To słowo nie stosuje się jednak do kogoś, kto trojgu ludziom zapewnia tylko jedno łóżko do spania, zmusza ich do ciężkich prac i bije po twarzy. Jest wiele słów określających takie zachowanie, ale słowo „oziębły” się do nich nie zalicza. Klaus, który znał słowo „oziębły”, omal nie parsknął śmiechem, słysząc, jak nieprawidłowo użył tego wyrazu Hrabia Olaf. Ponieważ jednak miał wciąż podbite oko, powstrzymał się.

  1. trzyma w napięciu niemal od pierwszej do ostatniej strony.
Nie wiem, jak to możliwe, ale mimo iż schemat fabularny kolejnych tomów jest w zasadzie identyczny (hrabia Olaf dybie na dzieci, te nie dają się przydybać, niestety przy okazji pada co najmniej jeden trup) a do tego autor (pewnikiem nie chcąc zbytnio stresować młodych czytelników) zapowiada co straszniejsze, mające rychło nastąpić, zdarzenia, lektura każdej kolejnej części jest tak samo ekscytująca.

         „Są w życiu takie sytuacje, z którymi spotykamy się o wiele za często i nazywamy je ogólnie „ironią losu”. Jedna z nich zdarzy się za chwilę sierotom Baudelaire. (…) Ironia losu jest okrutna i prawie zawsze tragiczna w skutkach, dlatego przykro mi, że zakradła się do naszej opowieści, ale niestety, Wioletka, Klaus i Słoneczko są takimi pechowcami, że zjawienie się w ich życiu potwora ironii losu było tylko kwestią czasu.
         Słuchając, jak Wujcio Monty obiecuje sierotom Baudelaire, że włos im z głowy nie spadnie w Gabinecie Gadów, wy i ja powinniśmy doświadczyć osobliwego uczucia, które zawsze poprzedza ironię losu. Uczucie to przypomina nagły ucisk w żołądku, który przydarza nam się, gdy winda, do której wsiedliśmy, rusza gwałtownie w dół albo, gdy leżymy sobie pod kołderką, drzwi szafy otwierają się ze skrzypnięciem, odsłaniając ukrytą w środku osobę. Żeby nie wiem jak bezpieczne i szczęśliwe czuły się sieroty Baudelaire i żeby nie wiem jak kojąco brzmiały słowa Wujcia Monty’ego, my przecież wiemy, że już niedługo Wujcio Monty padnie trupem, a dzieci znów będą bardzo nieszczęśliwe.

  1. śmieszy i fascynuje zarówno dzieci, jak i rodziców. 
O ile w przypadku kinowych filmów dla dzieci zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że akcja dzieje się niejako dwutorowo i w tej samej chwili zarówno dzieci, jak i ich rodzice śmieją się całkiem z czego innego, o tyle w przypadku książek nie zdarza się to zbyt często.
W przypadku Serii Niefortunnych Zdarzeń mój syn skupia się raczej na akcji, ja natomiast śledzę – z wypiekami na twarzy – szereg obyczajowych smaczków, podziwiając talent autora do trafiania w samo sedno.
        

Na świecie jest bardzo, bardzo wiele rodzajów książek – i całkiem słusznie, gdyż na świecie żyje bardzo, bardzo wiele rodzajów ludzi i każdy lubi czytać coś innego. Na przykład jeśli chodzi o tę książkę, to osoby, które nie znoszą czytać o tym, jak małym dzieciom dzieją się straszne rzeczy, powinny ją natychmiast odłożyć. Istnieje jednak pewien rodzaj książek, których prawie nikt nie lubi czytać, a są to książki prawnicze. Książki prawnicze słyną z tego, że są bardzo grube, bardzo nudne i bardzo trudne do zrozumienia. Dlatego właśnie prawnicy często zarabiają kupę pieniędzy. Taka kupa pieniędzy to dobry bodziec – słowo „bodziec” oznacza tu: „spodziewana nagroda za zrobienie tego, czego nie chce się robić” – do studiowania grubych, nudnych i trudnych ksiąg.


  1. mimochodem, ale z częstotliwością wystarczającą, by wwiercić się w podświadomość, przekonuje że czytanie to genialna sprawa.
      „Sieroty Baudelaire poczłapały z powrotem do domu Hrabiego Olafa, ale po drodze zapukały do domu Sędzi Strauss, która serdecznie zaprosiła je do środka i pozwoliła, aby wybrały sobie książki z biblioteki.
Wioletka wypożyczyła kilka książek o wynalazkach mechanicznych, Klaus – kilka książek o wilkach, a Słoneczko znalazło sobie książkę, w której było mnóstwo obrazków przypominających zęby.
Potem dzieci poszły do siebie, stłoczyły się na jednym łóżku i czytały długo, zawzięcie i z radością. W przenośni – uciekły od Hrabiego Olafa i swojego nędznego życia. Chociaż dosłownie wcale nie uciekły, gdyż nadal przebywały w jego domu i Hrabia Olaf mógł, in loco parentis, robić z nimi, co mu się podobało. A jednak, pochłonięte ulubionymi tematami, sieroty czuły się tak dalekie od nieszczęścia, jakby rzeczywiście uciekły.”

Co napisawszy, chwilowo uciekam. Czego i Wam życzę.

Lemony Snicket „Seria niefortunnych zdarzeń”, ilustrował Brett Helquist, tłumaczenie Jolanta Kozak. Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2002-2014. 

75 komentarzy:

  1. Hmm, tak myślę, że w innym stylu, ale zachowując wszystkie wymienione przez Ciebie punkty pisze Rafał Kosik - seria Felix, Net i Nika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują zatem, że koniecznie trzeba będzie zawrzeć bliższą znajomość z tą trójką! Najpierw jednak trzeba uporać się ze Snicketem - na razie doszłam ledwie do szóstego tomu, a to nawet nie połowa!:(

      Usuń
  2. Zgadzam się z przedmówczynią. Kosik spełnia wszystkie wymienione przez Ciebie warunki, a co ważne, opisuje polskie realia. Zdarzają mu się gorsze i lepsze części, ale generalnie trzyma poziom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspominałaś o Kosiku już u siebie, znaczy się: coś w tym musi być. A polskie realia przyjmę z radością. Naprawdę żal mi serce ściskał za każdym razem, gdy sobie uświadamiałam, że to kolejna fajna seria anglo, nie zaś polskojęzyczna.

      Usuń
  3. Ja chyba też jestem "wrażliwy", bo pierwszy tom serii wpędził mnie niemal w depresję. Ale faktycznie, nigdy wcześniej nie sądziłem, że można tak pisać dla dzieci.
    A co do Kosika, to u niego raczej 1 i 2 w grę nie wchodzą, a i 5 nie bardzo :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie podeprę się w tej chwili cytatami, ale pozwolę się z przedmówca nie zgodzić.
      1 - Nika specjalnie wesoło nie ma, sierota, dorabiająca na chleb skręcaniem długopisów, a wersja alternatywna, bardzo zresztą prawdopodobna (może bardziej niż ta pierwsza), gdy Nice nie udaje się umknąć czułemu oku opieki społecznej przyprawiała mnie o lęki.
      2 - uczy - fizyki, logiki, odpowiedzialności, samodzielności, a trudnych słów też mnóstwo się pojawia.
      5 - bohaterowie czytają i to co przeczytają często okazuje się bardzo przydane. Jeśli dobrze pamiętam, to biblioteczka Niki chyba jest nawet dość szczegółowo wymieniona.

      Usuń
    2. Jedna Nika wiosny nie czyni :) No dobra, śmierć babci Lusi i uczłowieczanie Golema też się liczy do trudnych problemów. Nie wiem, czy przemycanie nader ogólnej i hasłowej wiedzy to uczenie - właściwie to pamiętam chyba tylko jedną lekcję fizyki o kosmosie bodajże. Biblioteki bohaterów są nawet na jednej z wkładek, ale mimo wszystko czytanie to margines ich działalności. Ale na bezrybiu i Kosik ryba, szczególnie że pozostałe dwa punkty wypełnia w 200 procentach :D

      Usuń
    3. Pierwszy tom serii jest jak na razie zdecydowanie najlepszy, mimo mocno depresyjnego klimatu. Kiedy go czytałam, zdumiewało mnie jak bardzo realistyczna jest ta opowieść. Mimo przerysowania i szeregu raczej fantastycznych wątków odnajdywałam w niej ślady szeregu niezbyt wesołych historii, znanych mi chociażby z pracy.
      I tak sobie myślę, że czasem dobrze jest uświadomić naszym wychuchanym dzieciom, że świat tuż za rogiem wygląda nieco inaczej.

      Co do Waszych sporów o Kosika, nie wypowiem się, albowiem seria jest mi znana tylko z Waszych postów. Gdy tylko uruchomię opcję "drugie życie z wolnym czasem na czytanie", natychmiast nadrobię braki w lekturze!

      Usuń
    4. Moje wychuchane dziecię odmówiło czytania. Książka wróciła do biblioteki, a dopiero niedawno się okazało, że jeśli chce się Starszą namówić na przeczytanie czegokolwiek nowego, to trzeba jej zacząć czytać na głos. Po kryjomu sama doczyta resztę i poprosi o drugi tom :P Może i Snicketa wprowadzę tym systemem, chociaż nie wiem, czy życzę sobie powtórki z traum.

      Usuń
    5. U mnie zasadniczo system jest podobny. Uważam zresztą, że jest wiele książek, które takiego wspólnego, głośnego czytania wymagają, a bez niego wiele tracą. Tak było z "Opowieściami z Narnii" - po samodzielnej lekturze dwóch pierwszych tomów Starszy pluł i parskał, jednak po wspólnym przeczytaniu dwóch kolejnych, natarczywie domagał się ciągu dalszego.
      Mnie do ponownej lektury pierwszej części pchałaby możliwość ponownego przyjrzenia się jakżeż fascynującej postaci Sędzi Strauss, ale rozumiem, że dla Ciebie może to nie być wystarczająco silny bodziec:P

      Usuń
    6. Ja swego czasu z radością zarzuciłem czytanie Starszej w obliczu wzmożonych apetytów czytelniczych Młodszej, analfabetki. Ostatnio tradycja odżyła i chyba będzie kontynuowana, bo parę rzeczy udało się przemycić w ten sposób, choćby Emila i detektywów oraz Irenę Adler.
      A sędzię Strauss uważam za wyjątkowo mało spostrzegawczą osobę, dać się nabrać na numer ze ślubem na scenie, no doprawdy :P

      Usuń
    7. Wydaje mi się, że Anglicy mają "niechuchanie" (rzeczownik z nie, więc chyba razem?? ;) na dzieci we krwi. Taki Dahl na przykład.

      Nie czytałam "Serii niefortunnych zdarzeń", więc analizy porównawczej Snicketa z Kosikiem nie przeprowadzę; wierzę, że czytanie u pierwszego jest mocniej propagowane, a wydarzenia spotykające dzieci straszniejsze. Twierdzę jedynie, że wymienione punkty u Kosika są :)) W mniejszym lub większym natężeniu ;)
      Co do tego, że serię FNiN warto czytać zgadzamy się jak sądzę, więc kruszyć kopii z ZwL nie będziemy. :))

      Z tą opcją drugiego życia na czytanie jak Ci się uda - podziel się z bliźnimi, ok? :))

      Usuń
    8. Nie nie mów, u nas Młodszy to czytelniczy dramat. Najchętniej rąbałby w kółko tylko historyjki o mądrej myszy i Zuzi z serii Media Rodziny. Wychodzą mi już uszami, a w porywach także nosem.
      Nie jestem pewna, czy przemycanie Ireny Adler to dobry pomysł w przypadku tak niewinnego dziecięcia, ale to Ty jesteś jego rodzicem i zakładam, że wiesz co robisz:P
      Sędzia Strauss jest zaś cudowną i nader reprezentatywną przedstawicielką sędziowskiego grona, uwierz mi! Opis tego jak myśli ("potem zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech i zmarszczyła brwi") wkułam na blachę celem wykorzystania w praktyce!:PP

      Usuń
    9. Jasne, że nie będziemy kruszyć. W myśl hasła "teraz Polska", "popieraj swoje" i "kupuj tylko w polskich sklepach" będziemy propagować Kosika, nowy tom już w listopadzie. A na razie Kuba i Amelka, seria dla dzieci. Starsza, teoretyczny target tej nowości, prychnęła tylko pogardliwie na wieść, że to nie o FNiN:P Ale i tak jej kupię :)

      Usuń
    10. Aine: to chyba faktycznie chodzi o inne podejście, co widać zresztą także po sposobie ubierania dzieci (te gołe nóżki, niemal do zimy!) i ignorowaniu kataru (te gluty do pasa!). Teoretycznie jednak, skoro pakujemy dzieciom do głów wzorzec małego powstańca, powinno być podobnie, czyż nie?
      Opcja "drugie życie" należy do kategorii "każdemu wolno marzyć", ale cóż mi szkodzi obiecać, że się podzielę patentem?!:P

      Usuń
    11. Strasznie mi się tu wpychacie i źle wypadam w komentarzach, ech!
      Kuba i Amelka? Brzmi strasznie.

      Usuń
    12. Momarto: w książce Irena Adler ma lat 12, więc jeszcze nie wyrosła na tego demona z fotografii :PP Nie mów nic o gustach Młodszej, albo fafnaście Franklinów pod rząd, albo podróbki Muminków, albo cholerny Tupcio Chrupcio. Faza na Basię, niestety, minęła, miejmy nadzieję, że chwilowo.
      W kwestii sędzi Strauss się nie porozumiemy, zdecydowanie robi lepsze wrażenie na pierwszy rzut oka i traci przy bliższym poznaniu :)

      Usuń
    13. Amelia i Kuba ;) A okładka kojarzy mi się z Lasse i Mają, ale i tak kupię ;)
      Kto by się przejmował porządkiem w wątku ;) Mogę się nie wpychać.. :P Ale trudno mi to przyjdzie, więc może nie bądź taka wymagająca - sens chyba łapiemy ;))

      Teoretycznie Momarto jest tu chyba kluczowym słowem :))

      Usuń
    14. ZWL: chyba nie wiem o jakiej książce mówisz, niestety. Ale Sherlocka chętnie bym sobie przypomniała (jakoś chyba przełknę tę Irenę:P)
      Zamienię "Mam przyjaciela strażaka" na trzy Frankliny! Reflektujesz?

      Aine: Te okładki są przerażające, rzekłabym. Liczę, że w środku nie będzie obrazków. Lasse i Maja to przy tym pikuś!
      I wpychaj się oczywiście, wpychaj! To ja muszę popracować nad refleksem:)

      Usuń
    15. Momarto: której książki nie kojarzysz? Bo Irena, to to: http://aros.pl/autor/adler+irene/0
      Chętnie wezmę strażaka w zamian za Franklina, tylko nie wiem, czy Młodsza to zniesie :)

      Usuń
    16. No tej właśnie, dzięki. I da się to czytać? Bo okładki nawet utrzymane w niezłym (jeśli idzie o konwencję) stylu, aż dziw bierze, że to Zielona Sowa!
      Faktycznie, Młodsza może nie znieść strażaka. Równie chętnie (i w takim samym stosunku) oddam jednak "Zuzię w szpitalu", może być?

      Usuń
    17. Okładki chyba z włoskiego oryginału przejęte, faktycznie stylowe, do tego podróbki artykułów ze starej prasy. Tekst przyzwoicie przetłumaczony, na głos się przyjemnie czytało i sobie po kryjomu dokończę na własną rękę:) Strażak Sam jest akceptowany, więc mógłby ujść, nie wiem, jak by było z Zuzią :)

      Usuń
    18. Momarto, obawiam się że obrazki będą.. Ale może nie dużo? Dochodzę do wniosku, że chyba się nie znam na ilustracjach... Ale pocieszam się, że nie jestem sama - obrazki do Ani z ZW Skrzata, na które dwa dni zwrócił mą uwagę Zacofany są cytuję: "wysmakowane artystycznie" - aczkolwiek są skrajnie odmienne od Amelii i Kuby - nie smakują mi :(
      Link za ZwL: http://4.bp.blogspot.com/-U_OWekveSFE/UUqi5jYw1CI/AAAAAAAAKDg/sOhEBGQ4ESo/s1600/11.jpg

      Usuń
    19. "dwa dni temu" miało być..

      Usuń
    20. ZWL: no proszę, nawet zielone sowy potrafią gadać ludzkim głosem! Co do strażaka, seria Mądra mysz ma charakter raczej edukacyjny, więc o ile Młodsza pała chęcią dowiedzenia się, co kryje się w remizie i jakie są rodzaje wozów strażackich, faktycznie, będzie jak znalazł!

      Aine: W takim razie ja też się nie znam. Pocieszam się jednak, że skoro przyzwyczaiłam się ilustracji z Biura Detektywistycznego, to zniosę prawie wszystko!:)

      Usuń
    21. ZSową zaskoczony jestem jak nie wiem:P Może zmienię zdanie, gdy przeczytam całość :) Nie wiem, czy w obecnej chwili mamy zapotrzebowanie na dzieła edukacyjne, ale pomyślimy.

      Usuń
    22. To chyba kolejny dowód na to, że nie należy się z góry uprzedzać. Ostatnio Książkozaur zaskoczył mnie jakimś Siedmiorogiem, teraz Zielona Sowa. Jeśli jeszcze Greg wyda coś ludzkiego, uznam że czas umierać:P

      Usuń
    23. Będziesz nieśmiertelna, bo w Grega nie uwierzę :P

      Usuń
    24. Gorzej, jeśli razem ze mną przetrwają tylko karaluchy i książki Grega...

      Usuń
    25. A dasz mi to na piśmie?:P

      Usuń
    26. No niespecjalnie. Chyba że powyższy komentarz został opatrzony bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym przy pomocy ważnego kwalifikowanego certyfikatu:P.

      Usuń
    27. Masz tam mój nick weryfikowany przez gugla, może wystarczy :P

      Usuń
    28. Proponuję natychmiast wystąpić ze stosowną inicjatywą ustawodawczą - to doprawdy niedopatrzenie, że do tej pory nie przewidziano w kodeksie cywilnym możliwości weryfikowania autentyczności podpisu za pomocą gugla!

      Usuń
    29. Już piszę do posła z mojego okręgu :)

      Usuń
    30. A nie szybciej będzie zebrać sto tysięcy podpisów?:P

      Usuń
    31. Zaryzykuję tego mejla do posła. Tylko najpierw sprawdzę, kto tam reprezentuje :P

      Usuń
    32. Sądząc po tym, kto startuje w najbliższych eurowyborach z mojego okręgu, Was pewnikiem reprezentuje ktoś z Bieszczad albo Świnoujścia. Tak czy siak, pewnie odpowiedź dostaniesz wtedy, gdy Greg wyda coś ładnego:P

      Usuń
    33. No dziś widziałem pierwsze plakaty na wsi, żadna twarz nic mi nie mówi, więc pewnie faktycznie z daleka kandydaci:P Ale w Grega dalej nie wierzę. W karaluchy i owszem.

      Usuń
    34. Nikt nic Ci nie mówi, bo wszyscy kandydują ze Szczecina: Rosati, Piskorski, wszystkim nagle powiało od morza!
      I kto wie, może poseł wsadzi Ci karalucha do koperty:P

      Usuń
    35. Znaczy wyczuli, skąd wiatr wieje:P Musi jakieś dotacje się szykują dla regionu :)

      Usuń
    36. Taaa, będzie to w tym samym czasie, co odpowiedź od posła i ten Greg, rzecz jasna.

      Usuń
    37. Coś dziś cyniczny nastrój widzę :D Żadnego zaufania do naszej klasy politycznej, o wydawnictwach nie wspomnę. Ale chociaż karaluchom ufasz?

      Usuń
    38. Wychodzi na to, że w karaluchach cała nadzieja:P

      Usuń
    39. Tyle dobre, że chociaż insekty stanowią opokę.

      Usuń
    40. Tylko cóż my na tej opoce zbudujemy, hę? Chrzęścić będzie strasznie w tym lokalu:(

      Usuń
    41. Niech chrzęści, byle była trwała i mocna. Nie marudź :)

      Usuń
    42. Mam wrażenie, że może się nieco rozłazić. Ta opoka. Ale nie marudzę, skądże!:P

      Usuń
    43. Karaluchy są ponoć inteligentne, to się domyślą, że jak się rozlezą, to będzie po nich. Moim zdaniem wytrwają w bezruchu.

      Usuń
    44. Że niby ja je wtedy butem? No wiesz!:P

      Usuń
    45. No jakim butem! Nadbudowa się na nie zawali, jak się ruszą. Zginą pogrzebane pod lekturami szkolnymi Grega.

      Usuń
    46. A, to faktycznie, nie ma mowy: będą tkwiły w bezruchu przez całą wieczność!

      Usuń
    47. No przecież mówiłem, więcej wiary w owady.

      Usuń
    48. Jak nic, zaraz po tym, jak już wreszcie zarejestrują Kościół Latającego Potwora Spaghetti trzeba będzie założyć Kościół Zastygłego W Bezruchu Karalucha!:P

      Usuń
  4. Jakie to szczęście, że nie jestem już dzieckiem i nikt mi tego do czytania nie podetknie, bo skończyłoby się chyba psychoterapią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłoby chyba aż tak źle! Starszy naprawdę był przypadkiem z gatunku klinicznych, a jakoś daje radę. Dziś właśnie byliśmy w bibliotece po kolejne części, które wyszukiwał trzęsącymi się z emocji dłońmi. I doprawdy, nie trzeba wspominać, że zastrzegał przy tym: "ale jak będzie bardzo strasznie, to będę z Wami spał!":P

      Usuń
  5. Dzieci lubią jak im się czyta, co sama pamiętam :) Pamiętam też, że jako dziecko lubiłam straszne historie- miałam taki ulubiony cykl bajek i legend bułgarskich, gdzie trup ścielił się mocno, toczyły się odcinane głowy i ogólnie było "straszno". Mama mi tego nie pozwalała czytać, więc czytałam po kryjomu. Ale to już trochę starsza podstawówka była :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie nie pamiętam:( Bardzo szybko zaczęłam czytać samodzielnie i rodzice najwyraźniej odpuścili. Teraz jednak czerpię ogromną przyjemność ze wspólnego czytania, a gdy widzę, że sprawia to przyjemność także i moim dzieciom, czuję się wręcz wniebowzięta!:
      A pod kołdrą czytywałam "Baśnie z 1001 nocy":))

      Usuń
  6. Ja podobno zamęczałam wszystkich "Konikiem Garbuskiem"- książkę mam do dzisiaj oraz całą serią "Poczytaj mi mamo". Mama była od czytania, tata od śpiewania kołysanek (inna sprawa, że znał głównie jedną, przez co chyba dlatego poszło mi "w czytanie", a nie śpiewanie ;) )
    Powinnaś być stawiana za wzór mądrego rodzica, skoro znajdujesz czas na wspólne czytanie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, u mnie w rodzinie do tej pory opowiada się jako anegdotę to, że nauczono mnie tak szybko samodzielnie czytać po to, abym dała wszystkim spokój. Dopóki nie miałam własnych dzieci, myślałam że to faktycznie śmieszne, ale teraz myślę, że coś tam chyba straciłam.
      I - uwierz mi! - gdybym to ja miała być wzorem mądrego rodzica, to ludzkość szybko by wyginęła!:( Choć faktycznie - w zasadzie choćby się waliło, i paliło, zawsze i codziennie czytam dzieciom. Przez te wszystkie lata, odkąd razem czytamy, było może kilka, góra kilkanaście dni, kiedy nie czytaliśmy.

      Usuń
  7. Ja miałam szczęście, że jednak mi czytano :) Co do mądrego rodzica- wydaje mi się, że jest Ci do niego bliżej niż dalej (tak przeglądając Twój blog). Poza tym dla mnie każdy rodzic, który ma czas dla swojego dziecka (w tym na czytanie), to mądry rodzic :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I Twojej wizji mnie będziemy się trzymać!:P Choć z tym czasem dla dziecka, także na wspólne czytanie, to prawda - to naprawdę pomaga w budowaniu więzi. Szkoda, że ciągle tak mało osób o tym wie.

      Usuń
  8. Ja to z seriami młodzieżowymi mam tak, że wciągam się w dwa-trzy pierwsze tomy, a potem kołek na którym zawieszałem przed lekturą zdrowy rozsądek gwałtownie się łamie, schematy przytłaczają i powietrze schodzi. Słowem - starość :) Teraz się wkręciłem w "39 wskazówek" i siłą rozpędu doleciałem do 3 tomu. Ale kołek już trzeszczy, a i szablon przygód stał się zbyt widoczny. Zobaczymy :)
    PS. Pożar, strata rodziców, entrée które jak widać cieszy się sporym powodzeniem. Przez moment miałem deja vu, mimo że czytam inną serię :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pardon, ale kiedy czytam zachęcające wzmianki, że to seria "przepełniona akcją i humorem", od razu mam ochotę uciekać!
      A poza tym, to chyba normalne, że jeśli przeczytało się już ileś set, o ile nie tysięcy książek, to od pewnego momentu ma się wrażenie, że wszystko już było. Pożar i śmierć rodziców także, po wielekroć. Tu chodzi jednak o coś więcej, choćby miała to być tylko niespotykana dotychczas kompilacja szeregu znanych dobrze chwytów.
      A w ogóle, to czytałeś Snicketa, czy nie?

      Usuń
    2. Akcja jest. Humor ... ciężkawy. Ale w ogólności się zgadza :P Co do klisz, to masz rację. Można je ułożyć w taki sposób, że chce się czytać, można tak, że ziewaniu nie ma końca. Mnie drażni fakt, że jak autor w tomie pierwszym wpadnie na pomysł ułożenia klocków dajmy na to AABBCC, to leci z tym pomysłem przez wszystkie tomy, robiąc je cholernie przewidywalnymi. Zmieniają się właściwie tylko dekoracje. Tak miałem z Baśnioborem, tak chyba (po 3 tomie) skończy 39 wskazówek. Chyba po prostu zacznę czytać ostatnie tomy, żeby choć wiedzieć jak się to wszystko kończy :P Snicketa nie czytałem, ale mam zamiar. Ciekawe jak daleko zajdę? :P

      Usuń
    3. W serii o której piszesz, zdaje się, że jest wielu autorów. Każdy leci tą samą kliszą? Dziwne.
      Baśnioboru nie czytałam, zresztą większości innych popularnych dziecięco-młodzieżowych serii też nie, więc nie będę się wymądrzać. Może dlatego Snicket mnie na razie nie nudzi, choć po lekturze szóstego tomu, z większym niż na początku lękiem myślę o tym, że jeszcze aż siedem przede mną. Kto wie, może też ucieknę się do sposobu z ostatnim tomem?:)

      Usuń
    4. Nie wiem czy to wina prostej fabuły czy tłumaczenia, ale powiem szczerze, że nie zauważyłem żadnych różnic w stylu. A klisza? Nowa lokalizacja, nowy wróg, nowe zagrożenie i nowa zagadka. Co tu można nakombinować? :)
      PS. Można też poszczuć dziecko, a potem wypytać co i jak? O ile samo dotrwa :P

      Usuń
    5. W takim razie, tak patrząc, Seria niefortunnych zdarzeń składa się wyłącznie z klisz. A mi i tak się podoba, o!
      A pomysłu ze szczuciem dziecka nie kupuję. Jak sama nie przeczytam, to się nie liczy!

      Usuń
    6. W sumie z tym czytaniem to racja. A jak się jeszcze weźmie pod uwagę to, że Bartek wypytywany o lekturę potrafi ją streścić przy pomocy jednego słowa (fajne, niezłe, może być - ok to dwa słowa), to lepiej rozeznać rzecz osobiście. Na razie mam syndrom odstawienia przez brak dostępu do 4 tomu :)

      Usuń
    7. Ja dziś poważnie rozważałam zaniedbanie paru obowiązków tylko po to, żeby wyrwać się do biblioteki po siódmy tom Snicketa, więc doskonale Cię rozumiem:)
      Mój Starszy streszcza podobnie, można się czegokolwiek od niego dowiedzieć, tylko gdy mocniej zaciśnie mu się ręce na gardle.. Osobiście brzydzę się jednak przemocą:P

      Usuń
    8. Czyli nie ma przeproś. Nie przeczytasz, się nie dowiesz. I basta :)

      Usuń
    9. Z drugiej jednak strony, gdy kiedyś, absolutnym przypadkiem dowiedziałam się od niego czegokolwiek na temat przeczytanej książki, a potem przeczytałam ją sama, miałam wrażenie, że któreś z nas czytało coś całkiem innego niż to drugie. I tak źle, i tak niedobrze. Musi faktycznie, trzeba czytać samodzielnie!:)

      Usuń
  9. Co do czytania, to z SNZ kojarzy mi się zawsze cytat "Źli ludzie nigdy nie mają czasu na czytanie". Podoba mi się też mnogość nawiązań literackich, których niestety część umknęła przy tłumaczeniu.
    A zakończenie serii - świetne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, do zakończenia nie doszłam. Przy siódmym tomie poczułam się tak znudzona, że porzuciłam lekturę, jak sądzę - na zawsze.
      A czasu na czytanie nie mają też ludzie zapracowani. Znam takich wielu:(

      Usuń