środa, 10 lutego 2016

O muzycznych książkach dla dzieci, czyli nieco przydługi utwór zbudowany z dźwięków diatonicznych

Jakiś czas temu obiecałam post o muzycznych książkach dla dzieci. Materiał zebrałam, przeczytałam i złożyłam na kupce. Dziś zdmuchnęłam kurz, odliczyłam pieniądze (na karę za przetrzymywanie bibliotecznych książek) i uznałam, że nadszedł już czas, by dać głos.

Ostatnio jestem mało rozśpiewana, dlatego zacznę bezpiecznie. Od gamy. Kolejność nut nieprzypadkowa.
Uwaga! Używam wyłącznie całych nut, więc będzie dłuuuugo (można przewinąć).

C jak Czemu mi to robicie???


„Chopin oczami dzieci” to książka-potworek. Okropne ilustracje i cała grafika (łącznie z czcionką), infantylny, przewidywalny aż do bólu i chropowaty tekst. Przykład?
George Sand była jednak rozczarowana, zamiast do ekskluzywnego hotelu, których tam wtedy po prostu nie było, trafili do skromnej oberży, pełnej robaków.
- Robaków? Jakich? – pyta Gerard.
Na przykład w zupie można było zobaczyć skorpiona. A nad gośćmi unosił się ostry zapach czosnku.
- Nie lubię czosnku – skrzywiła się Dominika.
Potem przenieśli się do dawnego klasztoru kartuzów, Valdemosa George Sand wynajęła tam trzy cele, które połączyli w jedno romantyczne mieszkanie. Ale radość nie trwała długo. Trafili akurat na czas, kiedy nieustannie padał deszcz. A Chopin się rozchorował.



Pomijam już taki drobiazg jak to, że skorpion nie jest robakiem, ale wydaje mi się, że zaczynanie większości zdań od „a…” (w innym miejscu dowiemy się, że „A Fryderyk siedział jak zwykle cicho i spokojnie. A na pytanie matki, co publiczności najbardziej się podobało, odpowiedział (…)”) nie jest najlepszym pomysłem. A w każdym razie dla mnie. Ale jeśli ktoś potrzebuje podanych w bezpieczny sposób informacji na temat życiorysu Chopina, niech czyta. Ewentualnie słucha (do książki dołączona jest płyta zawierająca 7 utworów Fryderyka Chopina). A na pewno nie ogląda obrazków.



D jak Dobre kompendium



Dla wszystkich, którzy czasem czują się bezsilni, nijak nie mogąc sobie przypomnieć czym różnią się obój i klarnet.
Dla tych, którzy dziwią się, gdy w czasie rozwiązywania krzyżówki okaże się, że hasło z dziewięć poziomo („duży instrument dęty drewniany”) to akordeon.

Bezpiecznie, obszernie, ciekawie. Zdjęcia opatrzone opisami, trochę historii, nieco ciekawostek. Zdecydowanie dla laików, nie dla muzyków. Nie do czytania przed snem, ale do podczytywania przy okazji.



E jak Eeee, w sumie niezłe, ale coś nie gra


„Kot w nutach” to książka z niezłym pomysłem, podbudowana rzetelną wiedzą muzyczną, przyzwoicie zilustrowana, którą jednak źle się czyta.

Być może to wina oprawy graficznej – malarskie tło poszczególnych stron zestawione z wciśniętym w toporne ramki tekstem sprawdza się raczej słabo? Może trzeba było całość trochę skrócić? A może nie sprawdziła się pierwszoosobowa kocia narracja?

Bohater książki, czarny jak smoła kot Fagot, którego panem jest zajmujący się muzyką Andrzej, w każdym z dziesięciu rozdziałów przenosi się w inne muzyczne miejsce. Autorce udaje się dzięki temu przemycić wiele ciekawostek i informacji – nie tylko o bardziej lub mniej sławnych kompozytorach, ale także o pochodzeniu nut, pierwszych instrumentach czy sięgającej po nietypowe źródła dźwięków muzyce współczesnej. Niestety, nie robi tego z kocim wdziękiem.

To książka raczej dla dzieci starszych, którym autorka w umieszczonym na końcu „pomysłowniku muzycznym” podsuwa wiele możliwości przyjemnego wkroczenia w muzyczny świat.


F jak Fajny pomysł, choć przed prawykonaniem przydałoby się więcej prób


Opera i dzieci rzadko dobrze się dogadują.
Z jednej strony, mało które dziecko ma okazję w ogóle do opery trafić. Z drugiej, opera w jej klasycznym wydaniu jest dla dzieci co najmniej mało zrozumiała.
Gdy jednak wykazać odrobinę dobrej woli, okaże się, że operę z powodzeniem można potraktować jako cudowne połączenie wszystkiego co najlepsze w teatrze, z tym co najlepsze w filharmonii. Muzyka na żywo (z nawet lepszą niż w filharmonii możliwością obserwowania muzyków) plus akcja – w przypadku moich dzieci (zaciągniętych pierwszy raz niemal na siłę) zadziałało bez pudła.

Nie jestem fanką opery; być może dlatego, że w dzieciństwie nikt nawet nie próbował mnie do niej przekonać. Obserwując jednak ostatnie działania dyrekcji szczecińskiej Opery na Zamku, próbującej znaleźć złoty środek i klucz do pozyskania młodych widzów, mam wrażenie, że to może się udać.

Czy udało się Izabeli Klebańskiej? Nie jestem pewna, choć doceniam starania. 22 opery stały się pretekstem do napisania 22 wierszyków i dołożenia płyty zawierającej 22 fragmenty tychże oper (niestety, w anonimowych wykonaniach, choć w niektórych przypadkach to może i dobrze, że nie znamy nazwisk występujących artystów…). Wierszyki jak wierszyki, moim zdaniem raczej poniżej średniej niż powyżej („Na co dzień koloratura / na pewno buja gdzieś w chmurach, / bo dźwięk tak czysty i wysoki / musi się wzbić nad obłoki.”), gorzej że pozostawiają młodego czytelnika w stanie jeszcze większego operowego niezrozumienia niż przed rozpoczęciem lektury. Zakładają bowiem po pierwsze znajomość podstawowych pojęć, ale także i fragmentów muzycznych (zamieszczone na końcu minimalistyczne kompendium dotyczące poszczególnych oper i ich twórców nie rozwiązuje większości problemów), po drugie jednak, w niektórych przypadkach robią wrażenie na siłę doklejonych do tematu (jak np. wierszyk o małej Tosi, która ma muchy w nosie, ale na szczęście jej mija, co ma jakoby stanowić nawiązanie do arii „La donna è mobile” z opery „Rigoletto” G. Verdiego).

Podsumowując: duży plus za zajęcie się tematem; poważny znak zapytania przy ocenie skuteczności podjętych działań.

G jak Gratulujemy, szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o aktualizacji


Książki z cyklu „Monstrrrualna Erudycja” były wydawane przez Egmont ponad dziesięć lat temu; anglojęzyczne oryginały powstawały pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. W przypadku książki o muzyce to niestety widać. Najnowszym z opisanym tam hitów są bowiem utwory grupy Oasis, o której – jak mniemam – słyszeli tylko nieliczni z urodzonych w XXI wieku. Nie da się także ukryć, że brytyjski punkt widzenia znacznie różni się od polskiego.




Gdy pominąć jednak te drobiazgi, okaże się, że możliwym było napisanie książki, która umiejętnie przemyci sporo wiedzy, jednocześnie nie zanudzając na śmierć i – co istotne – nie schlebiając wyłącznie tanim gustom (choć niewykluczone, że niektórych oburzy zamieszczona w rozdziale poświęconym instrumentom komiksowa historyjka o francuskim artyście Josephie Pujolu, obdarzonym muzykalnym zadkiem). Oczywiście, nie należy traktować tej pozycji jako źródła pogłębionej wiedzy. Ten, kto szuka jednak czegoś na dobry początek, powinien czuć się usatysfakcjonowany. Na marginesie, podejrzewam, że po lekturze czterech mało poważnych stron, poświęconych w „Odlotowej muzyce” Mozartowi, Starszy dowiedział się o tym kompozytorze znacznie więcej niż po czterdziestopięciominutowej lekcji muzyki, przeprowadzonej w jego klasie w sposób nader klasyczny i pełen powagi.



A jak Ale kawał dobrej roboty


Anna Czerwińska-Rydel, choć ostatnio znana głównie z serii quasi-biografii dla dzieci, jest z wykształcenia muzykiem. Dla wydawnictwa „Wytwórnia” napisała trzy książki muzyczne (mam tylko dwie z nich, trzecia – „Co słychać?” – stała się, niestety, białym krukiem), każdą zilustrowaną przez inną osobę. Każda z nich inaczej dotyka muzycznych tematów; za każdym jednak razem tak samo, jak mi się wydaje, wymagająco.

„Wszystko gra”, zilustrowana przez Martę Ignerską (nagrodzona w roku 2012 Bologna Ragazzi Award), to opowieść o tym co dzieje się w orkiestrze tuż przed rozpoczęciem koncertu symfonicznego, snuta jednak nie z perspektywy muzyków, lecz instrumentów. Każdy z nich (a w każdym razie każdy w swojej grupie) ma nieco inny charakter i inne oczekiwania; każdy chce inaczej wypaść. Wydaje się, że ich zamierzenia nie są możliwe do pogodzenia, że to nie może się udać, a jednak w finale tej historii dyrygent robi pierwszy ruch ręką, a oni grają - „W harmonii i zgodzie, uzupełniając się wzajemnie i wspierając.
To znakomita lektura wprowadzająca przed koncertem symfonicznym. Ale także pretekst do dyskusji, np. o tym jak cenna jest różnorodność – tak w muzyce, jak i w życiu. Jest to też niezwykle udany eksperyment plastyczny – ilustracje Marty Ignerskiej, początkowo mogące robić wrażenie bohomazów wykonanych przy użyciu czterech kolorów, z czego dwóch żarówiastych, w miarę przewracania kolejnych kartek odsłaniają niezwykle przemyślaną koncepcję, spajającą dźwięki i kreski w przekonywującą całość.


Z kolei „Co tu jest grane?”, zilustrowana przez Katarzynę Bogucką to wprowadzenie do świata muzycznych form, tu wykorzystanych jako foremki do ciast i ciastek sprzedawanych w niezwykłej cukierni. Możemy tu poznać skład drożdżowej fugi, sonatowego pleśniaka, korzennych wariacji czy tortowego ronda. Chętni mogą delektować się smakiem wybranego ciasta, słuchając jednocześnie dźwięków proponowanych przez autorkę utworów (niestety, do książki nie dołączono płyty).
Doceniając pomysł, muszę jednak przyznać, że zdecydowanie wolę „Wszystko gra”. Może dlatego, że nadmiar słodyczy daje uczucie ciężkości?



H jak Ha, jak ja lubię Lutczyna!


„Kto tak pięknie gra” Jacka Krakowskiego to książka mojego dzieciństwa, od tamtej pory chyba ani razu nie wznawiana (ale dostępna za bezcen tu i ówdzie). Pomysł w zasadzie identyczny jak w przypadku „Wszystko gra” (niewykluczone, że Czerwińska-Rydel tu znalazła źródło inspiracji), wykonanie może i bardziej łopatologiczne, a przez długość utworu przyciężkawe, ale to wszystko bez znaczenia. Bo ja nie tylko lubię, ale wręcz kocham ilustracje Edwarda Lutczyna.


Być może nie przychodziłoby mi z taką łatwością prześlizgiwać się po partiach kolejnych instrumentów (a przerabiamy, o ile dobrze pamiętam, skład całej wielkiej orkiestry symfonicznej) i szeregu muzycznych terminów (rzuca je mimochodem altówka, która zna dobrze włoskie słówka), gdyby nie charakterystyczna lutczynowa kreska. Bo czyż nie można pokochać takiej perkusji?! A jak się już ją pokocha od pierwszego wejrzenia, przy drugim wejrzeniu (w tekst) bez problemów przyjmie się do wiadomości fakt, że „bez kotłów, bębnów, bez perkusji / nie ma muzyki i dyskusji. / Bez nas nie byłoby jazzowej / orkiestry ani rozrywkowej, / big-beatu ani rock and rolla.



C jak Cudowna, Celująco trafiająca do dzieci!


Powiem szczerze, o istnieniu tej książki nie miałam dotąd pojęcia.
Nie mam również pojęcia dlaczego nie jest ona wznawiana (ostatnie wydanie pochodzi z roku 1996) i wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy, tak aby mogła trafić do każdej szkoły czy nawet przedszkola.
Autorka, Lidia Bajkowska, jest pianistką, pedagogiem, a także autorką książek metodycznych oraz muzycznych bajek i podręczników, prekursorką edukacji muzycznej dzieci poprzez (i tu cytat ze strony internetowej L. Bajkowskiej) "pedagogikę zabawy" Janusza Korczaka. Jest twórczynią autorskiej metody edukacyjnej dla dzieci w wieku od 2,5 do 8 lat, pozwalającej na naukę przez dzieci rozumienia muzyki, w sposób wyjątkowo skuteczny gry z nut na instrumentach muzycznych oraz wspierającej inne metody edukacji muzycznej i artystycznej. 

Zaprawdę powiadam Wam, żadne z użytych wyżej słów nie jest przesadzone.

Na pierwszy rzut oka „Bajka o piosence i nutkach” wydaje się nieco infantylna, a wrażenie to wzmagają tylko ilustracje Krystyny Lipki-Sztarbałło (bardzo lubię tę artystkę, brałam udział w prowadzonych przez nią warsztatach, kilka zilustrowanych przez nią książek należy do naszej kategorii „ulubione”, ale nic nie poradzę: rysunki do „Bajki…” bardzo mi się nie podobają). Gdy jednak przypomnieć sobie jaki jest cel tej książki (zapoznać dzieci – w sposób dla nich zrozumiały – z pojęciami i terminami muzycznymi), okaże się, że wszystko jest tak jak być powinno. A nawet znacznie lepiej.

Wychowanie muzyczne w szkołach leży i kwiczy. Starszy, aktualnie uczeń klasy V, nie dalej niż w październiku nie umiał rozpoznać ani jednej nuty, co objawiło się jedynką z kartkówki  (razem z nim taką ocenę otrzymało 9/10 uczniów jego klasy; nie do mnie należy kierować pytania dlaczego). Młodszy chętnie chodzi ze mną do filharmonii, ale szkolnych lekcji muzyki nie lubi (jako jedynych, bo poza nimi lubi wszystkie inne). Gdy zaserwowałam obu (Starszego trzeba było na początku lekko przycisnąć do siedzenia – ta książka zdecydowanie nie jest książką dla dziesięciolatków z aspiracjami do bycia jedenastolatkami) „Bajkę o piosence i nutkach”, nie wierzyłam temu, co widzę. Po pierwsze, zrozumieli wszystko i w lot. Po drugie, bardzo im się podobało. Po trzecie, kilka miesięcy po lekturze nadal pamiętają. Po czwarte wreszcie, Starszy bez problemów napisał poprawę kartkówki (szkoda, że jak zwykle szkoła osiągnęła cel dzięki moim a nie własnym staraniom).

ta na środku to ja. Tak właśnie wyglądam
Lekturę przetestowałam także na większej grupie dzieci. Dla wzmocnienia efektu dołożyłam akordeon, zdecydowanie łatwiejszy do wniesienia do klasy niż pianino. Skutek? Dokładnie taki sam jak w przypadku moich synów. Podejrzewam, że gdyby udało się popracować z książką dłużej niż pół godziny, okazałoby się, że każde z dzieci (a była to grupa sześcio- i siedmiolatków) odkryło w sobie zamiłowanie do muzyki. Nie żartuję. To naprawdę tak działa.

W posłowiu Lidia Bajkowska napisała: „Starałam się, aby moja książka była łatwym kluczem, który nie tylko otwiera wrota do krainy wysokich i niskich dźwięków, ale także do całego świata muzyki”.

Chapeau bas! Szkoda tylko, że nawet pani profesor nie wie jak sprawić, by jej klucz stał się dostępny dla każdego dziecka.

W tekście pisałam o - kolejno:
Dorota Wyżyńska-Konopielko „Chopin oczami dziecka”, ilustracje Katarzyna Bogucka. Book House, 2008.
Neil Ardley „Instrumenty muzyczne”, tłumaczyła Krystyna Bielawska. Wydawnictwo Arkady, Warszawa 1992.
Anna Siemińska „Kot w nutach”, ilustracje Piotr Szmitke. Oficyna Artystyczna Astraia, Kraków 2012.
Michael Cox „Odlotowa muzyka”, tłumaczył Piotr Makak Szarłacki, ilustrował Philip Reeve. Wydawnictwo Egmont Polska, Warszawa 2003.
Izabella Klebańska „Operowe stra…aaa…achy”, ilustrowała Małgorzata Flis. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012.
Anna Czerwińska-Rydel „Wszystko gra”, ilustrowała Marta Ignerska. Wytwórnia, Warszawa 2011.
Anna Czerwińska-Rydel „Co tu jest grane?”, ilustracje Katarzyna Bogucka. Wytwórnia + Narodowy Instytut Fryderyka Chopina, Warszawa 2012.
Jacek Krakowski „Kto tak pięknie gra”, ilustrował Edward Lutczyn. Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1986.
Lidia Bajkowska „Bajka o piosence i nutkach. Muzyka dla najmłodszych”, ilustrowała Krystyna Lipka-Sztarbałło. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1992.


63 komentarze:

  1. Ten Chopin rzeczywiście może się przyśnić, i nie byłby to sen przyjemny... Pamiętam, że w podstawówce czytaliśmy "Fryckowe lato", rzecz jasna o płycie (albo chociaż kasecie) mowy być nie mogło, ale książkę czytało się przyjemnie. Dla nieco starszych były beletryzowane biografie Chopina; może znalazły się w nich jakieś ustrojowe naleciałości, przez które zarzucono ich wznawianie?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat o Chopinie to jest chyba trochę pozycji - nie szukałam jednak, bo miało być w zasadzie o czymś innym; tego z sennych koszmarów znalazłam przypadkiem i tak mną wstrząsnął, że wzięłam.
      Też coś czytałam w podstawówce, kto wie, może i "Fryckowe lato"? Nic nie pamiętam:(

      Usuń
    2. Fryckowe lato było w wypisach do klasy drugiej. Albo trzeciej :) Kurier Szafarski mi utkwił na mur w pamięci.

      Usuń
    3. Aż obejrzałam to sobie w internecie. Nic mi się nie odemknęło w głowie - ani Frycek, ani lato, ani nawet Kurier:( Jak przez mgłę kołacze mi się coś z wątkiem jego nauczyciela muzyki, ale nie wiem czy to nie z czasów szkoły muzycznej. Hm, czyżbym jednak była młodsza niż mi to Pesel wmawia?:P

      Usuń
    4. Może wasza pani z wami nie omawiała :P

      Usuń
    5. Nie, to na pewno ten błąd w Peselu!:P

      Usuń
  2. A tak w ogóle to z muzycznych książek mamy jedną baletową. Osnutą dokoła Dziadka do orzechów. Całkiem chyba sensowna, acz moje dzieci chyba jej nie dały sobie przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do baletu jeszcze nie dojrzałam. A balet "Dziadek do orzechów" i "Dziadek do orzechów" Hoffmana, to dwa zupełnie inne dziadki, o czym dowiedziałam się jakiś miesiąc temu.

      Usuń
    2. Serio? Ja niestety Hoffmana czytałem dawno temu i mię nie zachwycił, a z dziećmi nie powtarzałem z braku ochoty z ich strony.

      Usuń
    3. Serio, serio. Usłyszałam prawie u źródła, o proszę - tutaj relacja. Hoffman też mnie nigdy nie pociągał (raczej straszył), ale po tym spotkaniu nawet nabrałam ochoty na ponowną lekturę. W przyszłym roku na okres świąteczny będzie jak znalazł!

      Usuń
    4. Chyba z powodu późnej pory zrozumiałem, że balet nie powstał na podstawie książki, a tu chodziło o wygląd Dziadka, jak sądzę? Chyba za późna pora na dywagacje artystyczne :(

      Usuń
    5. Różnice nie ograniczają się tylko do wyglądu dziadka (balet został oparty na Dumasowskiej wersji Hoffmana), ale szczegółów nie pamiętam (i nie jest to wina tylko późnej pory). Zapytam koleżankę MoWi, ona robiła notatki:P

      Usuń
    6. Ależ nie fatyguj koleżanki, nie zależy mi na detalach :D

      Usuń
    7. Wiedziałam, że zaczynając rozmowę od baletu daleko się nie zajdzie:P

      Usuń
    8. W sumie czego mozna się spodziewać po czymś, co wynaleziono, by starsi panowie mogli się pogapić bezkarnie na nóżki tancerek? :D

      Usuń
    9. Od tej strony na to nie patrzyłam. Widok przesłania mi osobista trauma związana ze znalezieniem swego czasu w szafie młodego adepta sztuki baletowej...

      Usuń
    10. Yyyy, brzmi intrygująco. Podziel się anegdotą :D

      Usuń
    11. Też bym posłuchał :)

      Usuń
    12. Jasne, człowiek tu chciał kulturalnie o muzyce, a ich tylko anegdoty interesują!
      Szafa była nie moja, do pomieszczenia, w którym stała weszłam przez okno, a adept był jak najbardziej żywy, tylko mało ubrany. Starczy?:D

      Usuń
    13. No skąd! Ależ Ty umiesz podsycać napięcie :D Detale, detale.

      Usuń
    14. Jak już zobaczysz wszystkie detale, napięcie opadnie. Ja zobaczyłam i do tej pory nie umiem się pobudzić na myśl o balecie:D

      Usuń
    15. Detale tancerza umiem sobie z grubsza wyobrazić, ale Ciebie włażącej przez okno - to już nie :D Włamywałaś się?

      Usuń
    16. Jesteś już którymś z rzędu facetem spotkanym przeze mnie w ostatnim czasie, który nie może sobie czegoś w związku ze mną wyobrazić. Ach, mężczyźni i ich mała wyobraźnia!:P
      I nie, nie włamywałam się. Okno było otwarte.

      Usuń
    17. Faceci mają ubogą wyobraźnię. Mam rozumieć, że Momarta + otwarte okno = kompulsywne włażenie do środka? :P

      Usuń
    18. Uch! Nie wchodziłam przez wszystkie otwarte okna, tylko przez niektóre. Omawianym razem akurat mi się pomyliło i wlazłam przez niewłaściwe:P

      Usuń
    19. Wiesz co? Może po prostu opowiedz, jak to było, zamiast się plątać w zeznaniach i pogrążać coraz bardziej? :D

      Usuń
    20. Uwierz mi, wszystko co napisałam wyżej jest w pełni zgodne z prawdą. Ty nigdy nie wszedłeś do nikogo przez okno?

      Usuń
    21. Zawiodłam się na Tobie, naprawdę.

      Usuń
    22. Jakoś nikt znajomy nie mieszkał na niskim parterze, doprawdy :P

      Usuń
    23. Doprawdy, i to Cię powstrzymywało?

      Usuń
    24. Na spółkę z lękiem wysokości :P

      Usuń
    25. No tak, jakby nie patrzeć: ich było dwóch. Cykor!:P

      Usuń
  3. Dziękuję pięknie za bardzo przydatne zestawienie - laemmchen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę uprzejmie i polecam się na przyszłość:)

      Usuń
  4. Ja z tych co im raczej słoń ... itd. Ale staram się, żeby chłopaki wyszły poza zamknięty krąg disco polo, które ma tę niszczącą siłę, że rymem częstochowskim operując, łatwo wpada w ucho i pamięć, a czasem bywa, nęka dni całe, czego osobiście doświadczyłem tydzień temu :P Dlatego za tydzień będziemy TU.
    Bardzo mi jest żal, że ze zniecierpliwieniem porzuciłem naukę gry na gitarze, bo chciałbym umieć grać na jakimś instrumencie. Pamiętam jak strasznie zazdrościłem Lauriemu w Housie lekkości z jaką pykał na pianinku. Ach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, najwyraźniej trzeba mieszkać w Kielcach, żeby pójść na koncert szantowy. Ja jakoś nie gustuję, choć parę razy próbowałam.
      Ciekawe czy w Waszej filharmonii też myślą o młodych melomanach - zauważyłam, że moim dzieciom zawsze nadzwyczajnie poprawia się percepcja jak już odstoimy w czasie przerwy swoje w kolejce po Snickersa:P
      A jeśli chodzi o filmy i grę na instrumentach, to nie wiem czy widziałeś "Excentryków". Ech, wtedy to dopiero człowiek żałuje, że porzucił muzyczną karierę (i cóż, że słabo się zapowiadającą - na jakiś fajny swingowy zespół by starczyło)

      Usuń
    2. Ja do zwolenników szant też nie należę, choć miałem w życiu okres, że darłem ryja: "Żegnajcie nam dziś, hiszpańskie dziewczynyyyy ..." i inne takie :) Co do Snickersów, to się nie wypowiem, bo to nasz drugi raz dopiero, a pierwszego nie pamiętam :( Excentryków nie, ale za to "Whiplash", który co prawda optymizmem w kwestii nauczania gry na instrumencie nie tchnął, ale za to wprawiał w takie drgania, że trzeba było w domu chować garnki i łychy, bo by człowiek rozstawiał amatorską perkę i napierdzielał aż do odparzeń na dłoniach :P

      Usuń
    3. Niech zgadnę, o hiszpańskich dziewczynach śpiewałeś w czasach okołolicealnych?
      "Whiplash" to chyba całkiem inny kaliber (nie oglądałam, m.in. dlatego, że to co przeczytałam mnie nie zachęciło); w "Excentrykach" muzyka sama wchodzi - lekko, łatwo i przyjemnie, bez żadnych odparzeń. Chociaż, jakbym miała w domu puzon, może też bym zaczęła po tym filmie dąć... (szczęśliwie nie miałam)

      Usuń
    4. Skąd wiedziałaś? :) A puzony teraz robią ładne, lekkie, z tworzywa i we wszystkich kolorach tęczy :P No, chyba że w dziedzinie instrumentów jesteś konserwą i w przypadku puzonu w grę wchodzi tylko lśniący metal? :D

      Usuń
    5. Wiedziałam pewnie stąd, że byłam w wieku okołolicealnym wtedy gdy i Tobie się to zdarzyło, toteż mniej więcej wiem czego spodziewać się po młodzieńcach w tym wieku. Niestety, niektórym tak zostaje:P
      Jeśli chodzi o puzony, nie jestem znawczynią (w ogóle na dętych blaszanych słabo się znam, a zadąć w życiu nie umiałam porządnie), ale zdaje się, że możesz mnie wrzucić do puszki. Po pierwsze, nie wierzę, że dźwięk z plastiku będzie taki sam jak z metalu, a po drugie - popatrz np. na orkiestrę Glenna Millera i spróbuj ich sobie wyobrazić z żółtym, czerwonym i zielonym plastikiem. Fuj!

      Usuń
    6. Swing jakoś tak z kolorami mi się kojarzy, więc, czemu nie? :)

      Usuń
    7. Ok, niech będzie że jestem konserwa a Ty postępowiec:)

      Usuń
    8. Ale tylko w kwestii instrumentarium? :)

      Usuń
    9. A kto to wie co się czai w głębiach naszych dusz?:P

      Usuń
    10. Osobiście wolałabym, żeby nie, a Ty jak chcesz:P

      Usuń
    11. Rozrzut masz spory, trzeba przyznać. Dr Jekyll i Mr Hyde?

      Usuń
    12. Jak już pisałem w innym wątku, nie mam czasu na picie różnych niepokojąco wyglądających eliksirów :(

      Usuń
    13. No bez przesady, dwa gule i po krzyku. Tyle czasu byś znalazł.

      Usuń
    14. To się tylko tak mówi: "dwa gule". U nas we wsi wiele imprez zaczynało się od tych niewinnych słów :P

      Usuń
    15. Tym bardziej wiesz na co uważać. Poza tym dużym nie podskakują:P

      Usuń
    16. Dla niektórych, to właśnie honor dużemu przyłożyć :(

      Usuń
    17. No tak, ale Ty będziesz już po dwóch gulach, więc się nie dasz, prawda?:P

      Usuń
    18. Wypraszam sobie! Ja po alkoholach do bitki nieskory :P

      Usuń
    19. Wszystko Ci się pomieszało:( Twoje gule miały być miksturowe, nie alkoholowe:P

      Usuń
    20. A co to za mikstura bez choćby odrobiny procentów? :P

      Usuń
    21. No nie dogodzi:( Zostaw w ciepłym, sfermentuje i procenty się pojawią:P

      Usuń
    22. Prawda jak piękną jest ta prostota? :D

      Usuń
    23. Proste zawsze najlepsze. Patrz zimna wódka i śledź:P

      Usuń
  5. Myślę, że to rozbudzenie zainteresowania od najmłodszych lat może przynieść efekty. Mnie do Opery po raz pierwszy zaprowadzono pod koniec podstawówki wraz z całą szkołą i pamiętam, że wówczas najbardziej zainteresowana byłam Darkiem z 8a, a nie starym, jak świat zegarem, co kuranty ciął jak z nut. I jakość ta niekompatybilność z Operą pozostała do dziś, w przeciwieństwie do gorących uczuć do teatru muzycznego. Tak przypatruję się twojemu wizerunkowi i muszę przyznać, iż masz ładne, duże niebieskie oczy, tylko chyba mały problem z łysieniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przymierzam się do Opery i przymierzam, ale na razie idzie mi słabo. Byłam na kilku przedstawieniach dla dzieci i na zwiedzaniu nowej (wyremontowanej) siedziby szczecińskiej Opery i tak się waham czy chcę zobaczyć coś więcej. Mam wrażenie, że najbezpieczniej byłoby zacząć od "Nabucco", które nawet grają, ale cóż, kiedy nie zadowalają mnie byle jakie miejsca, a najlepsze już sprzedane! I nawet nie mogę tu winić Darka z 8a, bo nas w szkole nigdy do Opery nie zabrali:(
      Co do problemów z łysieniem - ciii! Myślałam, że jak zrobię sobie na głowie twórczy nieład, to nikt nie zauważy:P

      Usuń