„Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście
lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy
nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji
i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i
spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim
jeszcze zdążyłem ich dotknąć.”
Jak na dwunastolatka niezła diagnoza. Aż strach pomyśleć, w jaki sposób Adaś opisałby się za
kolejnych kilka lat.
Najbardziej
prawdopodobne, że – codziennie utwierdzany w przekonaniu, że jest niezdarnym
głupkiem – wreszcie by w to uwierzył. Może nawet przez jakiś czas próbowałby
się buntować, ale z pewnością szybko zostałby spacyfikowany. Zwłaszcza w szkole
to proste: jedynka za brak zadania, druga za złą odpowiedź przy tablicy. Uwaga
za picie w czasie lekcji, druga za bójkę z kolegą, a trzecia za cokolwiek,
zawsze coś się znajdzie. Można też nastraszyć, zawstydzić, nakrzyczeć.
Nazywam
się Adam Niezgódka. Wiem, że nic nie umiem, ale może będzie miał pan dla mnie
jakąś pracę. Wiem, że tacy jak ja mogą pracować tylko na umowę o dzieło, ale będę
bardzo wdzięczny. Osiemdziesiąt godzin tygodniowo za dwieście złotych? Bardzo
dziękuję, naprawdę!
Bardzo mi przykro, ale
ostatnio straciłam umiejętność pisania postów lekkich i żartobliwych. Każdego kolejnego dnia potykam się o sprawy i ludzi, którzy powodują, że czuję się
bezsilna. Mam wrażenie, że
przestają istnieć rzeczy, których nie wypada robić. Że nie ma czegoś takiego
jak elementarna przyzwoitość, szacunek do drugiego człowieka. Podstawowe zasady
i normy społeczne zanikają, nie umiemy żyć w społeczności, stajemy się
społeczeństwem indywiduów wpatrzonych tylko w czubek własnego nosa i
oceniającymi każde działanie wyłącznie z puntu widzenia jego opłacalności.
Nie opłaca się reagować.
Bo jeszcze MI stanie się krzywda. Bo SOBIE zaszkodzę.
Nie opłaca się być uczciwym.
Bo wszyscy kradną, więc czemu JA mam być stratny.
Nie opłaca się
bezinteresownie pomóc drugiemu. Bo co JA z tego będę miał?
Od kilkunastu dni przez
media przewala się temat mobbingu, dyskryminacji, molestowania, przeplatany
narzekaniem na złych pracodawców.
To, w jaki sposób się o
tym w mediach pisze i mówi (i nie mam tu wcale na myśli wyłącznie tygodnika „Wprost”)
jest tematem na całkiem innego posta. Miałam, niestety, możliwość zabrania w
tej sprawie głosu publicznie i do tej pory czuję niesmak. Był news, daliśmy
materiał, odfajkowane, co robimy teraz?
Wśród różnych tekstów,
które przeczytałam w ciągu ostatnich dni, moją uwagę przykuło jednak parę zdań
pozornie nie na temat.
„- Wielu silnym grupom w Polsce wydaje się, że demokracja polega na
bezwarunkowym dyktacie większości i że wszyscy muszą żyć i działać według
jednego strychulca. Brakuje elementarnej tolerancji dla praw i poglądów innych,
szczególnie słabszych czy mniejszości.
-
A przede wszystkim brakuje empatii.
-
Empatię i wyobraźnię uruchamia sztuka i kultura. Widać u nas nie ma ona
przełożenia na myślenie i odczuwanie obywateli, nawet tych najbardziej
świadomych.”
To Agnieszka Holland w
rozmowie z Januszem Wróblewskim, opublikowanej w „Polityce” nr 9/2015.
W tym samym numerze „Polityki”
Ewa Wilk zastanawia się nad tym, dlaczego w Polsce powstają internetowe czarne
listy pracodawców.
„Gdzie są tego przyczyny? Wszędzie po trosze. W pleniącym się
zastraszaniu, gnojeniu pracowników, o którym tyle piszą korespondenci czarnych
list. W nieumiejętności konstruktywnego porozumienia się Polaków. W jakimś
patologicznym indywidualizmie podszytym zawiścią. W zbyt nagłym i zbyt
widowiskowym awansie wielu naszych rodaków na chlebodawców, co traktują oni
jako upoważnienie do arogancji, egoizmu, chciwości.”
Z kolei w „Dużym
Formacie” z 19 lutego 2015r. Henryka Bochniarz, w emocjonalnej rozmowie z
Grzegorzem Sroczyńskim, stwierdza:
„Denerwuje mnie, że u nas wszyscy podejrzewają wszystkich o złe
intencje. Nas [pracodawców - przedsiębiorców] na przykład nieustannie się podejrzewa, że mamy jakieś niecne interesy,
żeby pracowników okraść i sponiewierać. Z kolei po naszej stronie głupie rzeczy
opowiada się o związkach zawodowych – że są jakimiś siłami zła i zniszczenia.
Mam wrażenie, że nie potrafimy w sposób spokojny znieść różnic między różnymi
grupami społecznymi w Polsce. Moje musi być na wierzchu. Kompromis traktowany
jest jako coś złego, oto ktoś kogoś zrobił w bambuko, a ktoś musiał ulec.”
A co na to Brzechwa?
„Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano. Nigdzie chyba chłopcy nie uczą
się tak chętnie, jak w Akademii Pana Kleksa.
Przede wszystkim nigdy nie wiadomo, co pan
Kleks danego dnia wymyśli, a po wtóre – wszystko, czego się uczymy, jest
ogromnie ciekawe i zabawne.
- Pamiętajcie, chłopcy – rzekł do nas na
samym początku pan Kleks – że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia, ani
gramatyki, ani kaligrafii, ani tych wszystkich nauk, które są zazwyczaj
wykładane w szkołach. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju.”
Marzą mi się szkoły, w
których przerabianie „Akademii Pana Kleksa” nie będzie się sprowadzało do
napisania wypracowania na temat „Szkoła moich marzeń” (według któregoś z
wyguglanych wzorów) oraz zabawienia się z uczniami w lekcję kleksografii
(pewnie w ramach zemsty na niewystarczająco współpracujących rodzicach, niech
za karę spróbują usunąć ze swetrów plamy z atramentu). Szkoły, w których równie
ważne jak rozwiązanie krzyżówki sprawdzającej wiedzę o Mojżeszu (to na religii;
gdybym chciała napisać o tym odrębny post, miałby on tytuł: „Jak moje dziecko
dostało pierwszą w życiu jedynkę”) będzie pokazanie uczniom, że konieczne jest,
by dostrzegać potrzeby innych, nawet tych, którzy pozornie niczego od nas nie
oczekują.
„Wchodźcie ostrożnie, moi chłopcy – rzekł pan Kleks wpuszczając nas do
środka – w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów, musicie uważać, aby
żadnego z nich nie urazić. Pamiętacie, jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż
dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów.(…)
Pan Kleks kazał nam ustawić się pod
ścianami, sam natomiast zabrał się do pracy.
Każdy sprzęt, do którego zbliżał się pan
Kleks, trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie.
Krzesła i stołki z radością tupały nogami, a zegary pojękiwały zepsutymi
sprężynami.
Z największą ciekawością przyglądaliśmy się
zabiegom pana Kleksa. Zabrał się on przede wszystkim do stołu, który stał w
rogu sali. Opukał go dokładnie na wszystkie strony, ujął za jedną z nóg i
zmierzył mu puls, po czym przemówił niezmiernie czule:
- No co, mój maleńki? Już cię nie boli,
prawda? Gorączka minęła, deski się zrosły, za trzy-cztery dni będziesz zdrów
zupełnie.”
Gdyby ktoś chciał
naprawdę usłyszeć, co mam do powiedzenia na temat mobbingu i dyskryminacji, a mam do powiedzenia bardzo wiele, poprosiłabym go najpierw o przeczytanie „Akademii pana Kleksa”. Bo wszystko (albo prawie
wszystko) zaczyna się w szkole. To w niej wychowujemy zarówno przyszłych
mobberów, jak i ofiary mobbingu. I dopóki nie zmienimy systemu, a do Akademii
różnych panów Kleksów będą trafiały tylko nieliczne, „niedostosowane”
społecznie i „nieradzące” sobie z niczym jednostki, dopóty nic się nie zmieni.
Jan Brzechwa „Akademia
pana Kleksa”, opracowanie graficzne Bohdan Butenko. Wydawnictwo Punkt, Warszawa
1990.
„Dlaczego nie byliśmy
Charlie”, rozmowa Janusza Wróblewskiego z Agnieszką Holland. „Polityka” nr 9
(2998). 25.02-3.03.2015.
Ewa Wilk „Czarna robota”.
„Polityka” nr 9 (2998). 25.02-3.03.2015.
„Etatów nie będzie”, z
Henryką Bochniarz rozmawia Grzegorz Sroczyński. „Duży Format” nr 7/1118,
19.02.2015.