sobota, 29 grudnia 2012

E. Zola "Brzuch Paryża", czyli pokaż mi swój brzuch po świętach, a powiem ci kim jesteś


Jednym ze skutków ubocznych świąt bywa zmiana wyglądu człowieka w jego środkowej części.
Zamiast zwiotczałego i obwisłego (wiem, wiem, nie u wszystkich) kawałka skóry pojawia się tam bowiem nagle napięty i dumnie sterczący brzuch, a raczej – pardon - Brzuch.
Niestety, mało kto umie go z dumą obnosić, oddając mu należytą cześć i honor. Większość chowa go pod obszernymi swetrzyskami (cóż za szczęście, że to zima!), ewentualnie wbija się w obciskające galoty (uważając planowanie rozbieranych randek na czas poświąteczny za objaw niemożebnej wręcz głupoty).
Błąd.

Bohaterowie – a przede wszystkim bohaterki, kobiety czytajcie i uczcie się! – powieści Zoli obnoszą swoje brzuchy z dumą. Gdzie tam zresztą brzuchy – to są brzuszyska!

„Piękna Liza stała nadal za ladą, zwróciwszy nieco głowę w stronę Hal; Florentyn przypatrywał się jej w milczeniu, zdziwiony, że ją znajduje tak piękną. (…) Objawiła mu się nad ladą z mięsiwem. Przed nią na półmiskach z białej porcelany były rozłożone nadkrojone kiełbasy arlezjańskie i lyońskie, ozory i kawały gotowanej wędzonki, głowizna wieprzowa w galarecie, otwarty słój mielonej wieprzowiny oraz puszka sardynek, której rozdarty metal ukazywał jezioro oliwy; poza tym po prawej i lewej stronie leżały na półkach salcesony włoskie i czarne, szynki: zwykła, bladoróżowa, i krwista jorska, grubo opasana tłuszczem.(…) Unosiły się opary mięsiwa, ociężała w swym spokoju Liza była jakby ogarnięta zapachem trufli. Tego dnia miała przepyszną świeżość; biel półmisków łączyła się z bielą jej rękawów i fartucha aż do grubej szyi i bladoróżowych policzków, gdzie ponawiały się delikatne odcienie szynki i przezroczysta bladość tłuszczu. Onieśmielony, w miarę jak na nią patrzył, zaniepokojony tą barczystą, prawidłowej budowy postacią, Florentyn przyglądał się w końcu ukradkiem jej odbiciu w lustrach dokoła sklepu. (…) Był to tłum Liz, które pokazywały szerokie barki, mocno osadzone ramiona, krągłą pierś, tak spokojną i wypiętą, że nie budziła żadnej zmysłowej myśli i była podobna do brzucha. Zatrzymał się, upodobał sobie szczególnie jeden jej profil, który miał w lustrze obok siebie między dwoma połciami świni. Wzdłuż marmurów i zwierciadeł, zaczepione na kotwach, zwisały wieprze i pasy słoniny przeznaczonej do szpikowania, a profil Lizy z jej tęgą szyją, zaokrąglonymi kształtami, wypiętym biustem, ten obraz opasłej królowej legł pośród surowego mięsa i słoniny.”

Tak, to bardzo dobra lektura na świąteczny czas.
Oszałamiające wonie (choć niestety niekoniecznie przyjemne), obfitość wszelkiego jadła, feeria barw i powracająca ciągle myśl – „jaka ze mnie chudzinka, muszę natychmiast coś zjeść aby nie zemdleć z głodu”, nasuwająca się przy każdej kolejnej wzmiance o Lizie, Ludwice – Normandce rybiarce, czy choćby Matce Chantemesse, która zdecydowawszy się kupić dwanaście wiązek rzepy, włożyła je do fartucha na brzuchu, „co zaokrąglało jeszcze bardziej jej szeroki stan” – to wszystko powinno wystarczyć za rekomendację.
Nie jestem specjalistką od Zoli (oto, jak można owinąć w bawełnę to, że w dotychczasowym życiu przeczytało się ledwie jedną jego książkę, no, może dwie, ale tej drugiej nie jest się pewnym), ale właśnie stałam się jego fanką.
Dawno nie miałam do czynienia z prozą tak soczystą i angażującą tak wiele zmysłów. Pomimo umiarkowanie atrakcyjnego otoczenia, w jakim rozgrywa się akcja (paryskie Hale w połowie XIX wieku perfumami zdecydowanie nie pachniały, a i poziom ich czystości pozostawiał nieco do życzenia), każdą kolejną stronę chłonęłam z niemalejącym zainteresowaniem. Być może jednostki bardziej niż ja obrzydliwe (o takie zaś nietrudno, gdyż zaprawdę mało jest rzeczy, które mnie brzydzą – przez wzgląd na innych nie będę ich tu wymieniać) nie dałyby rady przebrnąć na przykład przez opis targu rybnego, bądź też poddałyby się usiłując wyobrazić sobie woń panującą w piwnicy pani Lecouer, pełnej serów i masła. Bardzo mi ich żal, bo wyrządzona w ten sposób szkoda w lekturze jest absolutnie nie do powetowania.

Oczywiście, dla pełnego obrazu należy wspomnieć i o tym, że Zola zamieścił w swej powieści także silne wątki polityczne, historyczne, czy wreszcie obyczajowe. Z tej akurat części cyklu Rougon-Macquartowie nie dowiemy się jednak nic na temat życia francuskich wyższych sfer. Natomiast na temat biedoty i sfery – nazwijmy ją – lekkośredniej, informacji aż nadto.
Sporo też o samych Halach, będących tematem-samograjem i właściwym „brzuchem” powieści. Jako jednak, że o nich wszystko napisała już Guciamal, ja czuję się uprawniona, by poprzestać wyłącznie na brzuchach cielesnych.

A temat to także i niepokojący.
„- Czy znasz walkę Grubych z Chudymi? – zapytał.
Zdziwiony Florentyn zaprzeczył. Wówczas Klaudiusz zapalił się mówiąc bardzo pochlebnie o tej serii sztychów. Przytoczył niektóre fragmenty: Grubi, nadęci aż do pęknięcia, przygotowują się do wieczornego obżarstwa, podczas gdy z ulicy Chudzi, złamani postem, patrzą na nich z wyrazem zazdrosnych głodomorów (…) Widział w tym cały ludzki dramat; w końcu podzielił ludzi na Grubych i Chudych, dwie wrogie grupy, z których jedna pożera drugą, napełnia sobie brzuch i używa.”

Nie napiszę, kto wygrał walkę u Zoli, ale bez względu na jej wynik pewne jest, iż nie było to ostateczne starcie.
Mając to na uwadze i wiedząc ponadto, że zawsze najbezpieczniej być pośrodku, obejrzawszy się w lustrze po świątecznym rozpasaniu, czym prędzej idę się więc oddać prostym ćwiczeniom fizycznym.

Za wypożyczenie mi na dłuuugą chwilę owego Białego Kruka uniżenie dziękuję Zacofanemu w Lekturze!

Emil Zola, Brzuch Paryża, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1957; przełożyła Nina Gubrynowicz.  

19 komentarzy:

  1. Jakże się cieszę, że okazałaś się koneserką i potrafiłaś docenić mistrzostwo Zoli:)) Jeszcze wiele dobrego przed Tobą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, iż pokładane we mnie nadzieje były tak wielkie, że nawet gdyby nie zachwycał, to i tak musiałabym postarać się, aby zachwycał?
      Na szczęście Zola okazał się zachwycający sam w sobie i obeszło się bez ściemy:)

      Usuń
    2. Byłbym bardzo rozczarowany, gdybyś się rozczarowała, tak to ujmę:P

      Usuń
    3. I teraz nie wiem: stresować się, że przy następnej lekturze może się okazać, iż nie podołałam, czy może prychnąć pogardliwie, wyrażając w ten sposób swój stosunek wobec powątpiewania w poziom mojego koneserskiego gustu literackiego?:P

      Usuń
    4. Prychnij sobie, nie krępuj się:P

      Usuń
    5. Po namyśle postanowiłam zostawić prychanie na czas omawiania następnej lektury:)

      Usuń
  2. Przynajmniej wiem teraz, skąd się wziął tytuł piosenki "Walka grubych z chudymi".;)
    Tak zachęcająco piszecie o Brzuchu, że chyba też się skuszę.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że to nawiązanie do Zoli? No nie wiem, choć sens faktycznie ten sam.
      A na lekturę skuś się, skuś. To niesamowite, że 150 lat temu z okładem można było napisać coś, co nadal jest tak samo atrakcyjne, a do tego z przesłaniem, które nie straciło na aktualności, choć pewnie samemu Zoli nie śniło się, że jego powieść może być czytana w takim kontekście.

      Usuń
    2. Skuszę się prędzej czy później.;) Lubię książki, w których miasta są jednym z bohaterów.

      Usuń
    3. W tym przypadku bohaterem jest tylko mały wycinek miasta, choć jest i zajmujący opis wycieczki w inne niż Hale części Paryża. Dla każdego, jak widać, coś miłego - dla jednych będzie to książka o mieście, dla innych o kiełbasach:))

      Usuń
    4. Kiełbasami też nie wzgardzę.:)

      Usuń
    5. To może zagryziesz i serem (śmierdzącym, że strach) oraz soczystym owocem ze straganu panny Saget?

      Usuń
  3. I ja się cieszę, że książka Ci się spodobała. Zolę wielbie niemal tak samo bezkrytycznie, jak Hugo, więc cieszy mnie każda pozytywna opinia na jego temat. Co do pokazywania brzucha - brzuszyska to nie ze mna te numery. Żadne takie- ukryję pod obszerną feretą i tyle go widzieli - będę się łudzić. Scena ze stoiskiem rybnym mnie zmogła (podobnie, jak scena z rybą w Blaszanym bębenku)- ryba -sny z rybami to moja trauma, od czasu, kkiedy usiłowałam ratować głupiki wyskakujące z akwarium podczas jego czyszczenia. Pozdrawiam z pełnym brzuchem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod feretą, powiadasz? O takim elemencie stroju jeszcze nie słyszałam, ale jeśli się nada, to proszę bardzo:)
      Co do spodobania się książki - miałaś w tym spory udział, zamieszczając tak zachęcającą recenzję u siebie. Też się z tego cieszę, zwłaszcza że Zola płodnym pisarzem był:)
      Tak jak pisałam - mnie prawie nic nie jest w stanie zmóc, a i traumatyczne sny są mi raczej obce, jako że zazwyczaj sypiam metodą "na kamień". Dobrze jednak, że przeszłaś choć sery i wyrabianie krwawej kiszki, bo bez tego niewiele zostałoby Zoli w Zoli:P

      Usuń
  4. Na fali moralnego kaca po świątecznych obżarstwach wizualizuję sobie fartuch, pod który zmieściło się dwanaście wiązek rzepy. :) Przypuszczam, że można nim było swobodnie opasać Łuk Triumfalny. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że w swoich wizualizacjach nie błądzisz:) Nic to, jutro o 10.00 otwierają sklepy z materiałami; trzeba nam będzie ustawić się w kolejce po jakąś ładną belę materiału na fartuch!

      Usuń
    2. Faktycznie najlepiej będzie nabyć od razu całą belę. :) Mam nadzieję, że słowo bela nie skojarzy się pani sprzedawczyni z sylwestrowym opilstwem. :)

      Usuń
    3. Skojarzenia skojarzeniami, ale teraz uzmysłowiłam sobie, że wszak dzień 2 stycznia bywa dniem "inwętaryzacji", zwanych też niekiedy "remamętami", toteż mogą wystąpić obiektywne trudności w zaopatrzeniu choćby w metr bieżący jakiejkolwiek tkaniny!

      Usuń