środa, 21 listopada 2012

I. Iwasiów "Na krótko", czyli na dłużej bym nie liczyła


A miało być tak pięknie…

Książkę Ingi Iwasiów wypożyczyłam głównie z myślą o blogu.
Myślałam: „przeczytam i napiszę im wszystkim, że szczecinianie nie gęsi, o!
Gę, gę.

źródło zdjęcia: Gazeta Wyborcza


Do Ingi Iwasiów mam sentyment.
Ma ona chyba tyle samo lat, co moja wychowawczyni z liceum; polonistka, która wywarła na mnie olbrzymi wpływ, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę. Naszej klasie trafił się wspaniały Pedagog, trzeba to powiedzieć otwarcie.
Wydaje mi się, że obie panie dobrze się wtedy znały; jak przez mgłę przypominam sobie, że raz – jako klasa, albo jako jej chętna część - mieliśmy okazję spotkać się i porozmawiać z panią Iwasiów, która już wtedy (a było to w pierwszej połowie lat 90-tych, kiedy miała ona mniej lat niż ja mam teraz) jawiła się nam nie jako zwykła polonistka, nie, nie, lecz jako Ktoś Przeznaczony Do Spraw Wyższych. I nie ma tu absolutnie żadnej ironii.


„Bambino” przeczytałam z zaciekawieniem i, choć czytało się dość ciężko, podobało mi się.
„Ku słońcu” nie udało mi się dotąd przeczytać.
„Na krótko” przeczytałam. Niestety.

Nie aspiruję do miana literaturoznawcy i wyznacznika literackich trendów. Przeciwnie, mam na tym tle trochę kompleksów, wynikających z trudnych do nadrobienia braków z ostatnich lat, kiedy to najpierw zdobywałam pozycję zawodową, a potem nadrabiałam zapóźnienie w życiu rodzinnym. Mogę więc się „nie znać”.
Ta książka mi się jednak po prostu nie podoba.
Wiem, że Inga Iwasiów lubi specyficzną narrację, przez co jej książek nie czyta się lekko, ale tu poszła trochę za daleko.
I nie chodzi o to, że powieść jest podzielona na krótkie rozdziały, opisywane z perspektywy poszczególnych bohaterów, których jest czworo (Sylwia i Tomek oraz Ruta i Kazik). Taki zabieg stosowało już wielu autorów (by nie sięgać w moich lekturach daleko – choćby Magda Szabo w „Świniobiciu”) i czytało się to dobrze, choć konieczne było włożenie w lekturę pewnego wysiłku. Pewien wysiłek to ja lubię, ale jak pot mi z czoła spływa, a mroczki latają przed oczami, to uprzejmie dziękuję.

Jak przeczytałam tu, „Na krótko” ma być antyutopią.
O rety.
Panie Huxley, co Pan na to?

Tu przeczytałam natomiast, iż Inga Iwasiów uważa, że pierwszy raz udało jej się napisać powieść, która ma elementy satyryczne.
Cha, cha, cha! A jak już się uśmiałam, mogę prosić o wskazówki, które to dokładnie elementy?

Nic nie poradzę. Ryzałam tę lekturę i ryzałam. Mówiłam sobie: „moja droga, 50 stron to musisz dziś przeczytać!”, po czym w bólach czytałam 30.
Iwasiów w jednej z zamieszczonych w internecie rozmów mówi, że jej książka „jest to z pewnością tzw. powieść uniwersytecka, której konwencji w Polsce mamy zdecydowanie niedosyt”. Być może mamy, nie jestem znawcą współczesnej polskiej literatury. Jednak jeśli mają to być takie książki, to nie liczyłabym na popularyzację gatunku.

Akcja "Na krótko" dzieje się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, przypuszczalnie około roku 2025-2030, gdzieś w którymś z państw za naszą wschodnią granicą. Autorka pokusiła się w związku z tym o próbę wymyślenia owego świata, w nawiązaniu do procesów toczących się tu i teraz. Obejmuje to także próbę wymyślenia kierunku postępu technicznego, nowych wynalazków, a co za tym idzie, także konieczność stworzenia nowych słów opisujących tę rzeczywistość. Może gdybym nie czytała tyle Lema, to by mi się podobało. Jednak chociaż Lem tworzył swoje książki 40, 50 lat temu, ich świat wydaje mi się bardziej świeży i intrygujący niż stworzony tu i teraz świat Iwasiów.

Jednym słowem, dla mnie pudło.
O Szczecinie pomyślcie zaś ciepło przy innej okazji:)

Inga Iwasiów „Na krótko”, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2012. 

sobota, 17 listopada 2012

M. Pagnol "Żona piekarza", czyli dobrego chleba daj nam piekarzu


źródło zdjęcia: Wikipedia
Polacy jedzą coraz mniej chleba! – taka alarmująca wieść przetoczyła się parę dni temu przez serwisy informacyjne. Jako przyczyny wskazywano drożyznę oraz pogarszającą się jakość pieczywa.
Fakt, o dobry chleb coraz trudniej. Jeśli spóźnię się do mojej ulubionej piekarni, coraz częściej nie mogę zmusić się, by kupić pieczywo w innym miejscu. Żadna bułka, żaden chleb nie budzi mojego entuzjazmu. Większość jest gumowata i jałowa w smaku, a do tego świeci w ciemnościach. Brr!

A ilu z nas osobiście zna piekarza, który wypiekł kupiony właśnie chleb? Kto wie, jakiej mąki używa i jak osiąga ten właśnie smak?

Piekarz w małej prowansalskiej wiosce, w której rozgrywa się akcja filmu Marcela Pagnola, jest najważniejszą personą w całej wsi. Ksiądz wprawdzie puszy się i nadyma, zaś Markiz jest zdecydowanie najbogatszy i najbardziej wpływowy, ale braku któregokolwiek z nich mieszkańcy wsi specjalnie by nie odczuli. Brak piekarza albo zły piekarz, to natomiast zupełnie co innego!
„rozumiesz, jest chleb i chleb” – mówi Rzeźnik, a ja przyznaję mu całkowitą rację.

„Żona piekarza”, która wyszła w Polsce drukiem, jest scenariuszem filmu, nakręconego przez Marcela Pagnol w 1938 roku. Jest to komedia z genialnym Raimu w roli głównej, do której Francuzi mają nadal olbrzymi sentyment, ale która jest zaledwie jednym z ponad trzydziestu obrazów, jakie Pagnol wyreżyserował.


Nie bez znaczenia jest fakt, iż scenariusz filmu powstał na podstawie opowiadania Jeana Giono. Wydaną w Polsce „Żonę piekarza” opatrzono wstępem napisanym przez samego Pagnola, który wskazuje na pozbawione tytułu piętnastronicowe opowiadanie Giono (określane przez niego mianem „arcydzieła”) jako na źródło swojej inspiracji. W dostępnych w internecie informacjach wymienia się z kolei – liczącą znacznie więcej niż 15 stron - autobiograficzną powieść J. Giono pt. „Jean le Bleu”. Tak czy siak, Jeanowi Giono wyrządzono sporą krzywdę, marginalizując jego wkład w powstanie tej historii. Cudownie byłoby wszak móc równolegle przeczytać ów pierwowzór, który tak zainspirował Pagnola.

źródło zdjęcia:  www.evene.fr
Osobiście mam nieodparte wrażenie, że gdyby nie powodzenie, z jakimi spotkały się w Polsce wydane wcześniej autobiograficzne powieści Pagnola, wydawnictwo nie podjęłoby ryzyka wydania tej właśnie pozycji. Czy ktoś słyszał wszak, by wydawać drukiem scenariusz filmowy (wiem, że to się zdarzało, ale zazwyczaj bywało nieporozumieniem)? Marcel Pagnol nie był ponadto w zasadzie pisarzem – z beletrystyki na jego konto zapisać można chyba tylko wydane pod koniec życia wspomnienia, wcześniej zaś tworzył przede wszystkim sztuki teatralne; był również reżyserem filmowym.
Myślę też, że ryzyko wydawcy byłoby większe, gdyby nie fakt opatrzenia książki (a konkretnie jej okładki) sympatycznymi i charakterystycznymi rysunkami Sempe’go.


Sama historia jest ciepła i sympatyczna, choć jeśli pomyśleć o niej głębiej, ma też dość gorzki podtekst. Pomimo, że akcja toczy się w zapyziałym prowansalskim miasteczku (na marginesie, nie jestem sobie w stanie wyobrazić, w jaki sposób Amerykanie zaadaptowali tę historię dla siebie, w musicalu „The Baker’s Wife”), pewne rzeczy wydają się uniwersalne.

Śmiałam się pod nosem, czytając o spotkaniu Proboszcza i Nauczyciela, podczas którego Proboszcz oświadczył, iż zdemaskował swojego rozmówcę już tylko na podstawie wystającej z jego kieszeni gazety.
„- Proszę nie zaprzeczać, widziałem. Pan czyta „Le Petit Provençal”.
- Tak, czytuję „Le Petit Provençal”. Opłacam nawet prenumeratę.
- Prenumeratę! To już szczyt.
- Ksiądz chciałby, żebym czytał „La Croix”?
- Tak, proszę pana, tego właśnie bym chciał! Miałbym dla pana o wiele więcej szacunku, gdyby czytał pan „La Croix”! Znalazłby pan tam naukę o wiele cenniejszą i bardziej pożywną niż w fanatycznych wymysłach bezbożnych dziennikarzy”.
Wystarczy podstawić w miejsce nazw gazet odpowiednio: „Politykę” i „Uważam Rze”, bądź też „Tygodnik Powszechny” i „Gościa Niedzielnego” i już mamy gotowy dialog rodem z polskiego miasteczka.

Ponadto te imiona kotów: Pompon i Pomponeta (żona Pompona)! Daję słowo, jeśli będę miała kota, nazwę go Pompon!
źródło zdjęcia: www.kot.pl

Zachwycił mnie także fragment dotyczący języka włoskiego. Coś jest w tym wniosku, do którego doszedł Piekarz:
„ (…) powinno się zakazać mówienia po włosku, a zwłaszcza ŚPIEWANIA po włosku. Bo powiem księdzu, że mężczyźni NIGDY nie rozumieją po włosku, a kobiety ZAWSZE. (...)
(Piekarz śpiewa) BELLA, SENIORITA, DELIKATA, APETITA, BRUM, BRUM-BUM, BRUM…
(…) A rano niesiesz jej kawę do sypialni, a tam tylko poduszka i to jest kolejna tajemnica. Zresztą papież, który jest Włochem, wcale nie mówi po włosku. Mówi po łacinie, wiem o tym. A dlaczego? Bo to jest święty człowiek i nie chce, żeby kobiety za nim chodziły”.
Myślę, że mój mąż powinien być w takiej sytuacji wdzięczny losowi za to, że wszyscy Włosi napotkani podczas naszych wakacji mówili do nas po niemiecku…

Wracając jednak do chleba.
Piekarz Aimable nie jest w stanie upiec go, nie mając u boku swojej młodej i pięknej żony. Kocha ją, tak jak potrafi (a nie jest to miłość romantyczna, o nie, nie); czyni to jednak na pewno szczerze i ze wszystkich swoich sił. Prosi:
(…) jeżeli sprowadzicie mi moją Aurelię (…), będziecie mieć piekarza jak się patrzy. Będę wam piekł chleb, jakiegoście nie widzieli. Ciasto do każdego wypieku będę wyrabiał pół godziny dłużej. Będę dodawał rozmarynu do chrustu, którym palę w piecu. A potem, jak włożę ciasto do pieca, nie będę spał jak zwykle, tylko zaglądał co pięć minut, żeby nie stracić go z oczu. To już nie będzie dodatek do jedzenia, tylko smakołyk…. Nikt nie powie: „Zjadłem kawałek sera z chlebem”, tylko: „Skosztowałem chleba z kawałkiem sera”. (…) I w każdym bochenku, który wam upiekę, będzie moja życzliwość i wdzięczność”.
Jeśli ktoś zna takiego piekarza, który potrzebuje pomocy, proszę dać znać. Rzucę wszystko i popędzę do niego. W zamian oczekuję tylko miłości włożonej w tę prostą, zwykłą czynność pieczenia chleba.

Za umożliwienie mi przeczytania tej książki bardzo, bardzo serdecznie dziękuję Guciamal:))

Marcel Pagnol „Żona piekarza”, Wydawnictwo Esprit S.C., Kraków 2010.

wtorek, 13 listopada 2012

Jezus Maria Peszek, czyli dawno mi się to nie zdarzyło


Kiedy wróciłam z koncertu Lao Che, rozpierała mnie energia i pęd ku życiu. Musiałam, musiałam prawie od razu dać temu upust.

Kiedy wróciłam z koncertu Marii Peszek, nic mnie nie rozpierało. Uwierało, owszem, ale dopiero dziś umiem coś o tym napisać.


Dawno nie byłam na koncercie, na który zabrakło biletów.
Dawno nie byłam na koncercie, na którym rozumiałam każde słowo padające z ust wokalisty/wokalistki (od razu widać różnicę w dykcji po szkole aktorskiej i bez takowej szkoły).
Dawno nie byłam na koncercie, na którym nie zaliczałam się do nielicznej grupki matuzalemów, a stanowiłam większość, jeśli chodzi o przedział wiekowy.
Dawno nie byłam na koncercie promującym płytę, na którym wyśpiewano, po kolei, utwór po utworze, wszystkie pozycje z płyty.
Dawno nie byłam na koncercie, na którym pomimo iż stałam w zbitym tłumie, momentami czułam się tak, jakbym na całej sali była tylko ja i ona.

Maria Peszek ma znakomity głos, który umie wykorzystać.
Wie też dobrze, co i jak chce powiedzieć.
I choć jej problemy nie są w większości moimi problemami, imponuje mi jej umiejętność nazywania rzeczy po imieniu, choćby wbrew dominującym i poprawnym poglądom.
I myślę, że to iż 11 listopada cała sala śpiewała razem z nią „sorry Polsko”, to nie jest przypadek.
Patriotyzm niejedno ma imię. Co szczególnie dedykuję wielbicielom husarii.

Jezus Maria Peszek – koncert w szczecińskim klubie „Słowianin” w dniu 11 listopada 2012r.

niedziela, 11 listopada 2012

11 listopada, czyli co przeczytać dziecku?


I Młodszy, i Starszy dostali z placówek edukacyjnych przykazanie, by w piątek pojawić się „na galowo”.
- A czy w ogóle wiecie dlaczego? – zapytała Matka.
- No pewnie, bo jest święto Polski. – z typową dla siedmiolatka pewnością siebie oświadczył Starszy.
Młodszy ograniczył się do zrobienia okrągłych oczu i mądrej miny.

Ostatecznie obaj w piątek ubrali się wyłącznie w piżamy. Czyżby zadziałał wirus akademijny, częstujący katarem i kaszlem, ale wybawiający od nudziarstwa ku czci?
Może tak. Żaden wirus nie wybawia jednak od gorliwej Matki, która postanowiła zaatakować dziatwę patriotyczną książeczką, przygotowującą ich do niedzielnego święta.

Od postanowienia do realizacji tym razem droga bardzo daleka, a kłód po drodze mnóstwo.
Obeszłam kilka księgarni, gdyż wydawało mi się, że w liczącym około czterysta tysięcy mieszkańców mieście musi się znaleźć coś „na temat”. Błąd. Pytany przeze mnie personel tylko połowicznie reagował tak jak Młodszy, tzn. owszem, robił równie okrągłe oczy, ale zarazem bardzo głupie miny.
Postanowiłam więc zaatakować bibliotekę. Przemiła pani bibliotekarka, uprzedzona telefonicznie, przygotowała się jak mogła.
- Wie pani, jest problem. – przywitała mnie od progu. – Jakby pani starsze te dzieci miała, to coś bym może znalazła, ale dla takich maluchów w zasadzie nic nie ma. Mogę pani zaproponować tylko to…


„To” wygląda, jak widać.
Nie jestem znawcą Sztuki. Nie mam na ścianie jeleni na rykowisku, ale nie mam też niczego innego (poza rysunkami moich dzieci, które ze sztuk stały wyłącznie obok sztuki kochania). Mam jednak własny próg wrażliwości estetycznej, po którego przekroczeniu zaczynają mnie boleć zęby.
Teraz mnie bolą. Halo, czy to pogotowie stomatologiczne?!


Ja już pominę tę opaskę na okładce (można wszak zdjąć) z hasłem „Gorąco Wam polecam! Katarzyna Łaniewska”. Sprawdziłam, bo nie wiedziałam kim jest ta pani i dlaczego to ważne, że akurat ona poleca. Teraz wiem kim jest (postanowiłam nawet w związku z tym czym prędzej przypomnieć sobie „Zbrodniarza, który ukradł zbrodnię”, bo zaintrygowała mnie notka w Wikipedii, że pani Łaniewska „gra tam siebie”), ale dalej nie wiem, czemu poleca. Trudno.
Gdyby dało się to czytać zakrywając obrazki, może nawet i bym przeczytała dzieciom.
Ale nie da rady. Obrazki są na górze, na dole, z boku, w środku. No nie mogę, przepraszam, ale nie mogę. Sama obejrzałam i przeczytałam, ale im tego nie zrobię. Jeśli już będą musieli w przyszłości chodzić do psychoterapeutów, to niech znajdą sobie inny powód.

Co do treści.
W porównaniu do ilustracji błyszczy niczym zorza. Z dwóch pozycji, które wypożyczyłam, zdecydowanie wolę jednak  „Elementarz Małego Polaka”. „Cud nad Wisłą”, wydany w 90. rocznicę Bitwy Warszawskiej, jest bowiem dla mnie za bardzo patetyczny i bogoojczyźniany. Ponadto częstotliwość z jaką w tekście pada słowo „bolszewik” (uwzględniając wszelkie formy fleksyjne) zdecydowanie przerasta moją wytrzymałość (a poza tym uczono mnie, żeby używać synonimów w celu uniknięcia nadmiaru powtórzeń).


Elementarz małego Polaka” to z kolei zbiór krótkich notek na tematy związane z Polską i polskością. Nie ma w nich nadmiaru informacji (co poczytuję za plus, skoro jest to pozycja dla najmłodszych czytelników), a tylko pobieżne przemknięcie się „po temacie”. Kolejno mowa jest więc o godle i fladze, o hymnie, o stolicach Polski, o zmianach w kształcie naszych granic, o świętych patronach Polski, o królach (i w jednym zdaniu o prezydencie), o polskich rycerzach, o husarzach (no przecież!), o polskich wodzach (ograniczonych do dwóch Józefów – Poniatowskiego (?) i Piłsudskiego oraz jednego Tadeusza – Kościuszki), o polskich domach, o tradycyjnych strojach, o polskim ucztowaniu i potrawach (bigos, ach ten bigos!), o polskich szkołach (tak, jest też o Wrześni) i wreszcie – mój ulubiony rozdział – „Astronom i papież, czyli o Polakach, których zna cały świat” (poza przedstawicielami rzeczonych profesji pojawia się tam jeszcze tylko muzyk i kompozytor Fryderyk Chopin, czytaj: Szopen).

Książeczka jest więc, jak widać, bardzo poprawna politycznie i wyznaniowo. Na odwrocie napis: „Patronat medialny: kochampolske.pl – kampania społeczna”
Wbijam do Gogola. Nie ma „kochampolske.pl”, ale jest „kochampolske.com” – też kampania społeczna. Cytuję z ich strony internetowej, z zakładki: „Idea kampanii”: „to społeczna akcja reklamowa organizowana przez osoby działające non-profit, zainicjowana przez Młodzież Wszechpolską i propagowana przez młodych narodowców i patriotów. Celem tego przedsięwzięcia jest promocja nowoczesnego patriotyzmu i ukazanie miłości do Ojczyzny w nietypowych, zaskakujących formach”.
Oj.
Po kilku następnych kliknięciach okazuje się, że „w poprzednich edycjach”, kampania była prowadzona przy użyciu domeny (czy jakkolwiek to się nazywa) „kochampolske.pl”. Czyli dobry trop. Oj, oj.
Wchodzę na podstronę „Jak pomóc” i przez nią na stronę kampanii na facebooku. Przeglądam w ograniczonym zakresie, bo nie mam konta na fb, ale widzę możliwość uzyskania informacji na temat wyjazdów na Marsz Niepodległości w dniu 11.11.2012r., pozdrowienia od ultrasów z Legii Warszawa, okraszone przepięknym zdjęciem flagi ze swastyką i inne takie.
Ojojoj to za mało.

Na szczęście przypomniało mi się, że mam w domu książkę Małgorzaty Strzałkowskiej z serii „ABC… uczę się!” pod tytułem „Polska” (ilustracje Piotra Nagina znacznie lepsze niż poprzednie, choć też mnie osobiście nie powalają).


Jaki miły wierszyk, o rany! Nie ma wprawdzie nic o świętych, ale jest o fladze, Mazurku Dąbrowskiego, położeniu Polski w Europie, ba! nawet cytat z „Wesela” dało się wpleść. I zaraz obok tego cytatu zbiór takich oto pięknych słów: „ojczyzna, mama tata, miłość, rodzina, dom, przyjaźń, kocham, szkoła, góry, koledzy, koleżanki”.


Tak, drogie dzieci. Ojczyzna, mama, tata, kocham.
A husarze niech sobie odlecą, w końcu po coś mają te skrzydła.

Joanna i Jarosław Szarkowie „Elementarz małego Polaka”, Dom Wydawniczy „Rafael”, Kraków 2008.
Joanna i Jarosław Szarkowie „Cud nad Wisłą”, Dom Wydawniczy „Rafael”, Kraków 2010.
W przypadku obu pozycji: rysunki Krystyna Mól.

Małgorzata Strzałkowska „Polska”, Hachette Livre Polska, Warszawa 2008; ilustracje Piotr Nagin.

środa, 7 listopada 2012

M. Musierowicz "Córka Robrojka", czyli po co komu lektury?


Tego wpisu miało nie być.
Sięgnęłam po książkę Małgorzaty Musierowicz, bo musiałam pilnie przeczytać coś optymistycznego i sympatycznego. Może nie byłaby to akurat „Córka Robrojka”, gdyby nie moja koleżanka, która oświadczyła, że gołym okiem widzi, czego mi potrzeba, po czym następnego dnia przyniosła mi cały sztapelek kolejnych części Jeżycjady, poczynając właśnie od tej pozycji. Dobrze mnie zna, bo lekarstwo okazało się idealnie dobrane.
Nie zamierzałam jednak pisać o tej książce, bo co tu pisać. Musierowicz, to Musierowicz. Można się zżymać na nadmierny dydaktyzm i lekkie oderwanie od realiów (ostatnio się zżymałam, dlatego porzuciłam zapoznawanie się z kolejnymi, nowszymi częściami), ale jeśli ktoś jest z mojego rocznika i czytał w wieku nastu lat „Opium w rosole” czy „Kłamczuchę”, to nie ma wyjścia, musi poddać się sentymentom i tyle.

źródło zdjęcia: serwis Lubimy czytać

„Córkę Robrojka” przeczytałam w jeden wieczór (z lekkim zahaczeniem o noc). Okazało się, że czytałam już ją ładnych parę lat temu, o czym jednak zupełnie zapomniałam. Zrobiło mi się przemiło, sentymentalnie i znów poczułam się tak, jak gdybym miała 17 lat. Każdy czasem tego potrzebuje.

Dziś przypadkiem dowiedziałam się, że „Córka Robrojka” jest lekturą, bodajże w I klasie gimnazjum. Nie wiem, jak prawidłowo powinno się tworzyć listę lektur; nie wiem też jaki jest przeciętny gimnazjalista i co go interesuje (dowiem się tego za 5 lat, kiedy mój syn nim się stanie; na razie mogę w miarę kompetentnie wypowiadać się o przedszkolakach i uczniach pierwszych klas szkoły podstawowej). Mam jednak wątpliwości, czy obecni 13-latkowie, urodzeni w roku 1999, są w stanie zainteresować się tym, co robili ich starsi koledzy w przedpotopowym roku 1996 (wtedy rozgrywa się akcja książki). Czy zrozumieją, dlaczego trzeba pisać do siebie listy (Bella i Przeszczep), zamiast po prostu skorzystać z facebooka, skype’a lub – w ostateczności – wysłać smsa czy zadzwonić z komórki. Obce im też będą na pewno dylematy młodych matek (Ida i Gabrysia), rywalizujących ze sobą jeśli chodzi o osiągnięcia dzieci i używających często i gęsto słów niezrozumiałych, niekiedy nawet w dziwnym języku łacińskim. Nie będą też, jak sądzę, w stanie pojąć, dlaczego Robrojek jest tak ciężkim idiotą, który nie dość że dał się oszukać wspólnikowi, przez co stracił dom, samochód i pracę, to potem jeszcze pozwolił się wyrzucić z kolejnego domu, po czym zatrudnił się w pracy poniżej kwalifikacji za psie pieniądze.
Zakładam jednak, że mogę się nie znać. Że może także i teraz trzeba nastolatkom mówić w taki sposób o wartościach, pokazywać to, że nie tylko pieniądze muszą się liczyć, że są ludzie którzy czytają książki i odnajdują w nich odniesienia do tu i teraz, choć pozornie są o czymś zupełnie innym. I że także współcześni gimnazjaliści mogą to dostrzec w książce napisanej takiej a nie innym językiem, w której nikt nie żyje życiem choć trochę zbliżonym do ich życia. 

Cha, cha, cha!
Dziś znalazłam w internecie pomoce naukowe dla dręczonych tą lekturą gimnazjalistów: streszczenia lektury czy nawet – uwaga! przydatny test, sprawdzający „w jakim stopniu opanowałeś treść książki”.
O testach w szkole do tej pory tylko słyszałam. Osobiście ich nie cierpię, bo uważam że oduczają samodzielnego myślenia i nie służą niczemu, jeśli chodzi o sprawdzenie wiedzy. Sama w niewielkim zakresie też zajmuję się nauczaniem, jednak dotyczy to ściśle sprofilowanej grupy dorosłych osób, przygotowujących się do ważnego państwowego egzaminu zawodowego. Egzaminu, od kilku lat mającego formę testu. Testu, który jest absolutnie bez sensu bez względu na treść pytań, zmieniających się wszak co roku. Testu, który sama przeprowadzam na sobie i każdorazowo okazuje się, że w zasadzie to nadaję się ewentualnie do pracy w sklepie, ale na pewno nie w moim zawodzie. Testu, pytającego o rzeczy, których nigdy przenigdy nie wykorzystuję w pracy, bo chodzi o sytuacje tylko teoretyczne, nie zaś praktyczne.

Proponowany test dotyczący „Córki Robrojka” jest równie pozbawiony sensu.
Pyta o to kto, gdzie i kiedy, ewentualnie z kim (na marginesie, proponowane odpowiedzi czasem świadczą o tym, że autor testu nie przeczytał książki, a tylko któreś z jej streszczeń). Nie pyta natomiast dlaczego i co z tego wynika, co w przypadku książek Małgorzaty Musierowicz wydaje się najważniejsze.
Lektura, jaka wyłania się z owych pytań jest nudna i jałowa. Ginie w niej to, co stanowi w niej wartość, co nie zdezaktualizuje się nigdy pomimo upływu czasu. Nikną wątki może i poboczne, ale jednak ważne.
Nie rozumiem więc po co. Po co w ogóle zaśmiecać dzieciakom głowę taką książką, skoro nie interesuje nas to, co w niej najważniejsze?

Mam nadzieję, że to tylko internetowe wypaczenie rzeczywistości. Że nauczyciel może omówić tę lekturę tak jak powinien, nie martwiąc się tym, iż uczniowie nie poradzą sobie z testem, który będzie pytał zupełnie o co innego. Trochę jednak boję się usłyszeć odpowiedź.

Małgorzata Musierowicz „Córka Robrojka” Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2010.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Å. Holmberg "Latający detektyw", czyli w poszukiwaniu straconego ptysia


Zdrowy tryb życia, zdrowa dieta. Dzieci od urodzenia karmione wyłącznie zdrową żywnością, najchętniej z certyfikatem „eko”.

Żadnego fast foodu, słodycze w niedużych ilościach.
Ciasta pieczone z pełnoziarnistej mąki przy użyciu brązowego cukru.
I wszystko szlag trafił. Dzięki, panie Holmberg, no naprawdę!


Ture Sventon nie jest zwykłym detektywem. Wprawdzie posiada biuro przy ulicy „mniej więcej w centrum Sztokholmu”, opatrzone nawet stosowną tabliczką (T.Sventon. Praktykujący Prywatny Detektyw), jednak posiada kilka swoich „dziwnych właściwości”, w tym taką, że „zawsze wygląda na bardzo zajętego, choć nigdy nic nie robi”.
Ponadto, jak przystało na detektywa, sztukę kamuflażu ma opanowaną do perfekcji: dziesięcioletni chłopiec w marynarskim ubranku, krzak jałowca, niepijący piekarz arabskiego pochodzenia, to tylko kilka z jego wcieleń.
Prawda, nie jest za bardzo błyskotliwy, a i nie wszystkie jego genialne pomysły okazują się takie w istocie. Zdarzają mu się porażki, które znosi jednak ze stoickim spokojem, obmyślając naprędce nowy plan. Jest przy tym dość staroświecki, ale też – jako jedyny detektyw na świecie – dysponuje prawdziwym latającym dywanem. Dywanem, który jest tak wytarty, że miejscami nie widać wzoru, a do tego intensywnie pachnie wielbłądem.
Głównym przeciwnikiem T. Sventona jest Wiluś Łasica – zuchwały przestępca, którego nikt nie potrafi schwytać, i który do tego dobiera sobie silnych i gotowych na wszystko pomocników.

I w zasadzie nie wiem, dlaczego te książki, napisane około 60 lat temu, tak bardzo podobają urodzonemu w wieku XXI chłopcu. Dlaczego podczas lektury ów chłopiec na zmianę chichocze lub siedzi cicho, w napięciu, z wypiekami na twarzy. Tym bardziej, że chłopiec czytywał już współczesne sensacyjne i kryminalne historie dla dzieci, że wspomnieć choćby tylko o przygodach Lassego i Mai, w których wszystko toczy się dużo bardziej wartko, a do tego są zagadki do rozwiązywania, nie to, co tu, gdzie w zasadzie od razu wiadomo kto jest winny.
I nie jest to raczej zasługa znakomitych ilustracji pani Anny Kołakowskiej, bo te doceni rodzic (choć dziecko owszem, spojrzy łaskawym okiem). Osobiście uważam je za znacznie lepsze niż oryginalne, dużo bardziej dosłowne i narzucające się rysunki Svena Hemmela.

No dobrze, tak się tylko krygowałam.
Wiem o co chodzi.
O psysie.
źródło zdjęcia: Wikipedia
Otóż Praktykujący Prywatny Detektyw T. Sventon uwielbia psysie. Ale tylko te z ciastkarni Rozalii, jedynej, w której można je dostać jak rok długi: wspaniałe, duże, w miarę przyrumienione i tryskające bitą śmietaną.
Tak naprawdę to Sventon uwielbia ptysie. „Nie umie jednak wymówić tego słowa, w jego ustach zawsze brzmi ono jak „psyś”. A gdy chce powiedzieć pistolet, mówi „piftolet”. Nie ma co ukrywać, Sventon nieco sepleni.”

- Mamo, co to są psysie? – zapytał zdrowo odżywiany Starszy na samym początku lektury.
- To są synku takie okropne ciastka, z obrzydliwie słodkim kremem – odpowiedziała zadowolona wówczas z siebie Matka.

Parę stron dalej zadowolenie opadło. Opis psysiów z bitą śmietaną wywołał ślinotok i podejrzliwe błyski w oczach Starszego.
- A mówiłaś, że one są niedobre! – stwierdził z wyrzutem. – Jutro kup mi psysia, słyszysz!

Jutro udało się odwlec tylko o dwa dni. Naciski stawały się coraz bardziej natarczywe.
Matka udała się więc z dzieckiem do cukierni. Oboje stanęli przed ladą.
- I gdzie te psysie? No, gdzie?!
Matka w milczeniu wskazała palcem na stojące za szybą obrzydlistwa. Nie rumiane, a anemicznie blade, pobielone dodatkowo obficie cukrem pudrem. Nie tryskające bynajmniej bitą śmietaną, a wypełnione sztywnym, jaskraworóżowym tworem kremopodobnym.
- Żartujesz…? - wyszeptał z niedowierzaniem Starszy.
Matka pokręciła głową, wskazując palcem na stojącą przy obrzydlistwach kartkę.
- „Ptyś. 2,50 zł.” – przeczytał gasnącym głosem Starszy.
- To co, kupujemy? – zapytała zrezygnowana Matka.
- Eee, wiesz co, chyba nie. – oświadczył Starszy.

Od tamtej pory wchodzimy do absolutnie każdej cukierni, jaką napotkamy. W każdej Starszy rzuca się z nadzieją ku ladzie, wyglądając psysiów – takich w miarę rumianych, gdzie śmietany jest tyle, że aż kapie ze wszystkich stron. Daremnie.
Przyjdzie nam pojechać do Sztokholmu, do ciastkarni Rozalii.
Dzięki panie Holmberg, naprawdę.

Åke Holmberg „Latający detektyw”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2008.
Åke Holmberg „Detektyw na pustyni”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2012.
Obie książki przełożyła Teresa Chłapowska, zilustrowała Anna Kołakowska.

piątek, 2 listopada 2012

A. Bart "Fabryka muchołapek", czyli pomyśl o zmarłych w Dzień Zaduszny


Najpierw była okrągła w tym roku rocznica Wielkiej Szpery i towarzyszące jej w Łodzi zdarzenia, o których przeczytałam u Ani z Poza Rozkładem.

Pomyślałam, że w zasadzie nic nie wiem o tym strasznym czasie. Że gdyby ktoś mnie zapytał o tę datę, z czym mi się kojarzy, to na pewno nie wspomniałabym o tym właśnie zdarzeniu.

Potem przeczytałam w Gazecie Świątecznej (z dnia 8-9 września 2012r., nr 210; dostęp do tego artykułu w internecie jest płatny, ale tu inna rozmowa z tą samą osobą, utrzymana w podobnym tonie) rozmowę z Moniką Polit, przedstawianą jako literaturoznawczyni i tłumaczka jidysz (próbowałam, ale nie znalazłam w internecie miarodajnej informacji na temat jej wykształcenia). Rozmowę, w której przedstawia ona swój punkt widzenia i swoją ocenę życia Mordechaja Chaima Rumkowskiego, przewodniczącego Judenratu w łódzkim getcie. Rumkowskiego, który został zapamiętany jako ten, który w dniu 4 września 1942 roku wygłosił przemówienie wzywające mieszkańców getta do wydania Niemcom starców i dzieci do 10 roku życia.

Pani Polit wydała mi się bardzo stanowcza w swoich poglądach. Poglądach, których słuszności nie jestem w stanie zweryfikować, bowiem nie czytam w jidysz; nie mam też dostępu do wielu materiałów źródłowych.




Następnie w „Polityce” (nr 41/2012) ukazał się felieton Ludwika Stommy, który kategorycznie zażądał, aby przywrócić rzeczom ich właściwe nazwy. Stwierdził: „artykuł Moniki Polit doprowadził mnie do tego sprzeciwu moralności i inteligencji, na którym kończy się nieodwołalnie jakakolwiek tolerancja”. Tytuł jego felietonu – „Kat czy kat” (będący wyraźnym nawiązaniem do tytułu rozmowy z M. Polit – „Kat czy zbawca”), nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, co Stomma o Rumkowskim myśli.



Nic więc chyba dziwnego, że książkę Andrzeja Barta zaczynałam czytać z bardzo mieszanymi uczuciami. Pani Polit nie miała wszak żadnych wątpliwości, że to pozycja niewarta uwagi (tak tego nie określiła, ale każdy o odrobinie inteligencji domyśli się tego bez kłopotów). We wspomnianym wywiadzie oznajmiła bowiem: „Zdenerwowały mnie wypowiedzi Barta, że „Fabryka muchołapek” jest efektem jego wieloletnich studiów nad historią Rumkowskiego. (…) Czy wytrawnego pisarza nie powinno zastanowić, że wizerunek Rumkowskiego jest zbyt spójny, że coś w nim nie gra?”

Teraz, po lekturze, zastanawiam się czy Monika Polit w ogóle przeczytała „Fabrykę muchołapek”?


Bart zastrzega na samym początku: „Fabuła tej książki i występujący w niej bohaterowie to fikcja literacka”. Owszem, w prawdziwość takiego zastrzeżenia można powątpiewać, gdy się zauważy, iż przeważająca większość pojawiających się w powieści bohaterów nosi nazwiska autentycznych postaci i opowiada o faktach, które według historycznych przekazów są faktami z ich prawdziwego życia. Nie można jednak też nie dostrzec, iż wprawdzie osią historii jest opowieść o Chaimie Rumkowskim, to jednak nie jest to wątek jedyny. Równolegle prowadzona jest bowiem zarówno relacja z niezwykłego procesu Rumkowskiego, jak i opowieść o dziwnych przypadkach pisarza (czyżby samego Barta?) w podróży do Łodzi i po Łodzi – tej z czasów getta, i tej całkiem współczesnej. Powieściowy świat przedstawiany jest nam bądź z punktu widzenia żony Rumkowskiego, pięknej Reginy, bądź jego pasierba, Marka, zaś niekiedy do głosu dochodzi i sam pisarz, który zastanawia się, co z tego, co widzi i przeżywa, jest prawdą, a co zmyśleniem. Wreszcie, pojawiają się i literackie wtręty z dzieł całkiem współczesnych, niekiedy niemających nic wspólnego z opowieściami o getcie; mimochodem snuta jest też opowieść prawie-miłosna.
Nie jestem literaturoznawcą, a prostym czytelnikiem, jednak wydaje mi się, że pisarz nie może dać wyraźniejszych niźli uczynił to Bart sygnałów, iż oto, moi drodzy, kiedy bierzecie tę książkę do ręki, pamiętajcie, że nie macie do czynienia z podręcznikiem historii.

Szczerze powiedziawszy, w tej lekturze najbardziej ciekawił mnie właśnie wątek Rumkowskiego. On też ostatecznie spodobał mi się najbardziej, wydał mi się najlepiej dopracowany, najmniej chaotyczny (ale być może i też czytałam go najbardziej uważnie). Bart obsadził Rumkowskiego w roli jedynego oskarżonego w odbywającym się gdzieś na granicy światów (a może poza nią?) procesie. Procesie, który odbywa się prawie zgodnie z regułami – jest ława przysięgłych (niestety, często przysypiająca) i główny Sędzia; jest oskarżyciel, ale i wygłaszający płomienne mowy obrońca z urzędu. Przez salę rozpraw przewija się mnóstwo świadków, pojawiających się często pozornie bez ładu i składu oraz bez zachowania jakiejkolwiek chronologii. Niektórzy z nich mogli w rzeczywistości zetknąć się z Rumkowskim, inni nie; każdy ma jednak w tej opowieści do odegrania swoją rolę. Bart zdaje się razem z nami szukać tropów i odpowiedzi na pytanie, kim był Rumkowski i dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Każdy świadek oskarżenia zostaje jednak skontrowany zeznaniami świadka obrony; dzięki temu nic nie wydaje się jednoznaczne, dostrzegamy różne strony tego samego medalu, ba! widzimy wręcz drobne niuanse, które inaczej mogłyby nam umknąć. Pojawiają się także jednoznaczne odesłania do tragicznych postaci szekspirowskich: Koriolana, Leara, Ryszarda III.
Bart w odróżnieniu od Polit nie wydaje jednak wyroku. Podsuwa nam, owszem, jakąś podpowiedź (sądzę, że to ona mogła tak rozjuszyć panią Polit), ale w zasadzie to my musimy podjąć decyzję, czy z niej skorzystamy. A czy nie jest to błędny trop? Tego nie można wykluczyć, wszak sam autor pokazał nam w powieści, jak błąka się po meandrach własnych myśli.

W kościele katolickim obchodzony jest dziś Dzień Zaduszny, czyli dzień modlitwy za wszystkich zmarłych, połączony często z odwiedzeniem grobu i zapaleniem znicza, bardzo podobny do żydowskiego zwyczaju jarcait (przypisanego jednakże do rocznicy śmierci konkretnej osoby).
Jak podpowiadają internetowo pobożni Żydzi z Los Angeles, jeśli chcemy pomodlić się za zmarłą osobę wyznania mojżeszowego, możemy po prostu zapalić świecę i wypowiedzieć słowa: „Zapalam tę świecę, aby przynieść pokój duszy … (tu imię zmarłej osoby)"

Dziś jest dobry dzień, aby pomyśleć o wszystkich Żydach z łódzkiego getta Litzmannstadt. O Chaimie Mordechaju Rumkowskim także.

Andrzej Bart "Fabryka muchołapek", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009.