środa, 7 listopada 2012

M. Musierowicz "Córka Robrojka", czyli po co komu lektury?


Tego wpisu miało nie być.
Sięgnęłam po książkę Małgorzaty Musierowicz, bo musiałam pilnie przeczytać coś optymistycznego i sympatycznego. Może nie byłaby to akurat „Córka Robrojka”, gdyby nie moja koleżanka, która oświadczyła, że gołym okiem widzi, czego mi potrzeba, po czym następnego dnia przyniosła mi cały sztapelek kolejnych części Jeżycjady, poczynając właśnie od tej pozycji. Dobrze mnie zna, bo lekarstwo okazało się idealnie dobrane.
Nie zamierzałam jednak pisać o tej książce, bo co tu pisać. Musierowicz, to Musierowicz. Można się zżymać na nadmierny dydaktyzm i lekkie oderwanie od realiów (ostatnio się zżymałam, dlatego porzuciłam zapoznawanie się z kolejnymi, nowszymi częściami), ale jeśli ktoś jest z mojego rocznika i czytał w wieku nastu lat „Opium w rosole” czy „Kłamczuchę”, to nie ma wyjścia, musi poddać się sentymentom i tyle.

źródło zdjęcia: serwis Lubimy czytać

„Córkę Robrojka” przeczytałam w jeden wieczór (z lekkim zahaczeniem o noc). Okazało się, że czytałam już ją ładnych parę lat temu, o czym jednak zupełnie zapomniałam. Zrobiło mi się przemiło, sentymentalnie i znów poczułam się tak, jak gdybym miała 17 lat. Każdy czasem tego potrzebuje.

Dziś przypadkiem dowiedziałam się, że „Córka Robrojka” jest lekturą, bodajże w I klasie gimnazjum. Nie wiem, jak prawidłowo powinno się tworzyć listę lektur; nie wiem też jaki jest przeciętny gimnazjalista i co go interesuje (dowiem się tego za 5 lat, kiedy mój syn nim się stanie; na razie mogę w miarę kompetentnie wypowiadać się o przedszkolakach i uczniach pierwszych klas szkoły podstawowej). Mam jednak wątpliwości, czy obecni 13-latkowie, urodzeni w roku 1999, są w stanie zainteresować się tym, co robili ich starsi koledzy w przedpotopowym roku 1996 (wtedy rozgrywa się akcja książki). Czy zrozumieją, dlaczego trzeba pisać do siebie listy (Bella i Przeszczep), zamiast po prostu skorzystać z facebooka, skype’a lub – w ostateczności – wysłać smsa czy zadzwonić z komórki. Obce im też będą na pewno dylematy młodych matek (Ida i Gabrysia), rywalizujących ze sobą jeśli chodzi o osiągnięcia dzieci i używających często i gęsto słów niezrozumiałych, niekiedy nawet w dziwnym języku łacińskim. Nie będą też, jak sądzę, w stanie pojąć, dlaczego Robrojek jest tak ciężkim idiotą, który nie dość że dał się oszukać wspólnikowi, przez co stracił dom, samochód i pracę, to potem jeszcze pozwolił się wyrzucić z kolejnego domu, po czym zatrudnił się w pracy poniżej kwalifikacji za psie pieniądze.
Zakładam jednak, że mogę się nie znać. Że może także i teraz trzeba nastolatkom mówić w taki sposób o wartościach, pokazywać to, że nie tylko pieniądze muszą się liczyć, że są ludzie którzy czytają książki i odnajdują w nich odniesienia do tu i teraz, choć pozornie są o czymś zupełnie innym. I że także współcześni gimnazjaliści mogą to dostrzec w książce napisanej takiej a nie innym językiem, w której nikt nie żyje życiem choć trochę zbliżonym do ich życia. 

Cha, cha, cha!
Dziś znalazłam w internecie pomoce naukowe dla dręczonych tą lekturą gimnazjalistów: streszczenia lektury czy nawet – uwaga! przydatny test, sprawdzający „w jakim stopniu opanowałeś treść książki”.
O testach w szkole do tej pory tylko słyszałam. Osobiście ich nie cierpię, bo uważam że oduczają samodzielnego myślenia i nie służą niczemu, jeśli chodzi o sprawdzenie wiedzy. Sama w niewielkim zakresie też zajmuję się nauczaniem, jednak dotyczy to ściśle sprofilowanej grupy dorosłych osób, przygotowujących się do ważnego państwowego egzaminu zawodowego. Egzaminu, od kilku lat mającego formę testu. Testu, który jest absolutnie bez sensu bez względu na treść pytań, zmieniających się wszak co roku. Testu, który sama przeprowadzam na sobie i każdorazowo okazuje się, że w zasadzie to nadaję się ewentualnie do pracy w sklepie, ale na pewno nie w moim zawodzie. Testu, pytającego o rzeczy, których nigdy przenigdy nie wykorzystuję w pracy, bo chodzi o sytuacje tylko teoretyczne, nie zaś praktyczne.

Proponowany test dotyczący „Córki Robrojka” jest równie pozbawiony sensu.
Pyta o to kto, gdzie i kiedy, ewentualnie z kim (na marginesie, proponowane odpowiedzi czasem świadczą o tym, że autor testu nie przeczytał książki, a tylko któreś z jej streszczeń). Nie pyta natomiast dlaczego i co z tego wynika, co w przypadku książek Małgorzaty Musierowicz wydaje się najważniejsze.
Lektura, jaka wyłania się z owych pytań jest nudna i jałowa. Ginie w niej to, co stanowi w niej wartość, co nie zdezaktualizuje się nigdy pomimo upływu czasu. Nikną wątki może i poboczne, ale jednak ważne.
Nie rozumiem więc po co. Po co w ogóle zaśmiecać dzieciakom głowę taką książką, skoro nie interesuje nas to, co w niej najważniejsze?

Mam nadzieję, że to tylko internetowe wypaczenie rzeczywistości. Że nauczyciel może omówić tę lekturę tak jak powinien, nie martwiąc się tym, iż uczniowie nie poradzą sobie z testem, który będzie pytał zupełnie o co innego. Trochę jednak boję się usłyszeć odpowiedź.

Małgorzata Musierowicz „Córka Robrojka” Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2010.

144 komentarze:

  1. W życiu nie czytałam Musierowicz, a teraz się boję. Boję się przytłoczona całą masą pozytywnych recenzji, boję się, że za ... tego nie załapię. Co do testów to moja praca polega na przełożeniu sprawy na odpowiedzi testowe, czyli jak mówię- nam myśleć nie kazano. Odpowiadanie na pytanie które często bywają nieadekwatne dla oceny sytuacji to czysty idiotyzm, ale to konsekwencja wstąpienia do UE i narzucenia nam norm, procedur, wymogów, wytycznych. Czytając twój test wyobraziłam sobie, jak Ty w swojej pracy wykonujesz ją poprzez wypełnienie testu w celu uzyskania odpowiedzi winny-niewinny :) Oj to by się dopiero działo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia jak to jest, kiedy się sięga po Musierowicz w wieku lat "dziestu", a nie "nastu". Też bym się chyba bała:( Proponuję jednak skok na głęboką wodę (ale nie zaczynaj od tych nowszych książek, tylkoe od którejś z pierwszych), inaczej się nie przekonasz.
      "Nam myśleć nie kazano" - nic dodać, nic ująć. To nie jest normalne, jednakowoż. Ja mam taki komfort, że pracując z dorosłymi od razu na wstępie zapowiadam im, że nie zamierzam ich przygotowywać do testu, tylko robić to, co uważam że im się przyda w praktyce. Sami wybierają czym są zainteresowani; jeśli testem, to po prostu więcej się nie pojawiają. Z dziećmi w szkole tak się jednak nie da zrobić, co - także z punktu widzenia matki, która za chwilę z tym się zetknie - przeraża mnie niezmiernie.

      Usuń
    2. Śmiało! Mnie się podobało :-)

      Usuń
    3. No proszę:) Ja miałam przyjaciela, który zaczął czytać Jeżycjadę na studiach i też bardzo sobie chwalił (Anię z Zielonego Wzgórza zresztą też), ale to jednak mimo wszystko dość dawno było, gdy włos siwizną się nie skrzył...

      Usuń
    4. Ja sobie wypraszam! :D

      Usuń
    5. Ja swój włos miałam na myśli, Bazylu drogi. Oczywiście, że u Ciebie skrzy się co najwyżej humor, ewentualnie serce - niczym kryształ:PP

      Usuń
    6. Oj, oj! Z tym serduszkiem to bym jednak nie przesadzał, bo ze mnie często gęsto jest kawał drania. A pierwszego siwka mam już wypatrzonego przez uczynnego kolegę, więc sprzeciw był jakimś atawistyczno-narcystycznym zrywem raczej :)

      Usuń
    7. Pierwszy siwy włos na Twej skroni..., brzmi to cokolwiek nostalgicznie.
      Jako egzemplarz genetycznie obciążony, ja zawczasu przefarbowałam się na pachnącą sztuczną inteligencją platynę, stąd też straciłam rachubę, ale mam wrażenie, że u mnie pierwszy siwy włos pojawił się już gdzieś w czasie studiów:)

      Usuń
  2. Najwyraźniej ktoś MM nie lubi, bo zdaje się w lekturach faktycznie jest, o czym świadczą bryki z Kłamczuchy! Tyle dobrego, że autorka żyje i ma umowę z w miarę normalnym wydawnictwem, bo już wyobrażam sobie Jeżycjadę w wydaniu takiego Grega: z rameczkami "charakterystyka Anieli", "humor", "miejsce kluczowe dla akcji" i pogłębionym posłowiem:PP O testach się nie wypowiadam, bo nie będę się irytował o świcie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akapit Press jak dla mnie też do orłów wydawniczych nie należy (błędy ortograficzne typu "husteczka" wyprowadzają mnie z równowagi), ale nie mam doświadczeń z wzmiankowanym Gregiem, więc przezornie zachowuję powściągliwość osądu, żeby nie było tak jak wczoraj z "Waligórą i Wyrwidębem":PP
      "Pogłębione posłowie" mnie zaintrygowało. Cóż tam takiego zamieszczają?

      Usuń
    2. Ja na szczęście Akapitu poza MM i Grodzieńską nie czytam, a tam autorki sobie pilnowały ortografii:) Pogłębione posłowie ma zawierać zestaw gotowych zdań uniwersalnych, tzn. dających się użyć w możliwie dużej liczbie wypracowań. :P

      Usuń
    3. "husteczka" była w Musierowicz:(
      Ostatnio czytaliśmy też "Przygody Scyzoryka" właśnie z tego wydawnictwa i co chwilę zgrzytałam zębami.
      Co do posłowia - tego się obawiałam. Na marginesie, czasem czytując niektóre blogi mam wrażenie, że wiem z którego wydania książki (z posłowiem) korzystał autor, pisząc swojego posta.

      Usuń
    4. O, w której? Bo nie pamiętam takiego szoku ortograficznego. Jakby niektórzy blogerzy korzystali z posłowi, to byłoby bosko, zwykle raczej jest to blurb z okładki albo internet, i to nawet nie wiki, tylko ściąga.pl:PP

      Usuń
    5. W "Imieninach", chyba w pierwszym wydaniu (może potem poprawili), gdzieś na samym początku.
      Aż tak pogłębionego wglądu w blogi to nie mam, bo czytam tylko małą ich część; większość niestety eliminuję po pierwszym rzucie okiem. W tym przypadku trudno u mnie o drugą szansę.

      Usuń
    6. Wystarczy tego rzutu oka przy pierwszym wejściu:P Jako młody bloger zrobiłem sobie kiedyś taką rundę zapoznawczą po cudzych blogrollach, a potem leciałem do dentysty, bo mi plomby powypadały ze zgryzoty:P

      Usuń
    7. No właśnie. A dentysta drogi w tych czasach, więc plomby trzeba szanować.

      Usuń
  3. Greg ma branie i biblioteki szkolne przede wszystkim w Grega się zaopatrują. Mnie osobiście rameczki, dopiski rozpraszają, więc unikam tegoż.
    Na Musierowiczowej się nie znam, bo chyba jedną książkę przeczytałam, ale za to w czasach, kiedy była na czasie :-)Tytułu jednak nie pomnę, ale byli w książce żebrzący Rumuni, których spotykałam i ja na ulicach mojego miasta. Nie wiem, czy mogę na podstawie jednej książki wyrażać osąd, ale ja MM lubię, choć przy "Frywolitkach"padłam.
    A czy gimnazjaliści będą wiedzieli "kto, co i dlaczego?" Zależy jacy. Może w szkole podstawowej mieli w programie tradycyjne pisanie listów i adresowanie kopert? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty też o tym Gregu - może ma niezwykle korzystne promocje cenowe dla szkół, albo coś? Na przykładzie tego, co dzieje się w klasie mojego dziecka widzę, jak silny i prężny przedstawiciel handlowy takiego a nie innego wydawnictwa może przełożyć się na napór w celu kupowania takich a nie innych pozycji. Wszystko oczywiście "w pełni dobrowolnie", ale np. nie dalej niż wczoraj odesłałam Starszego do szkoły z daną mu do domu celem zapoznania się przez rodzica i - w domyśle - zakupienia za jedyne 17 PLN książeczką "ubogacającą wiedzę dziecka w zakresie 2 kl. SP", w której był szajs, chłam i inne, ale nie będę się wyrażać.

      Nie jestem aktualnie praktykującą wyznawczynią MM, więc nie mam pojęcia, w której książce było o Rumunach. "Frywolitki" z kolei czytywałam bardzo nieregularnie gdy, były publikowane na łamach Tygodnika Powszechnego i w takiej dawce mi się podobały (ale to było dawno, rety!); zebrane na raz w jednej książce mogą być jednak faktycznie niestrawne.

      Pisanie listów w programie szkoły podstawowej, powiadasz? Pożyjemy, zobaczymy. Stawiałabym jednak wyłącznie na szybki kurs pisania e-maili.

      Usuń
    2. O Rumunach było w Noelce:) A Frywolitek są trzy tomy i od połowy drugiego faktycznie słabo się to czyta.

      Usuń
    3. Uderz w blog, a praktykujący wyznawca się odezwie:PP
      W Noelce? To czytałam parę razy, ale nie pamiętam. Źle ze mną.
      Jeśli zawartość felietonów w tomach jest układana chronologicznie, to może tak być, bo mam wrażenie, że o ile te pierwsze były w miarę uniwersalne, to potem robiło się coraz gorzej. Ale ja w ogóle nie lubię zbiorów felietonów (z małymi wyjątkami), bo one bardzo szybko się dezaktualizują.

      Usuń
    4. To są teoretycznie felietony o polecanych książkach, więc powinny mieć długą datę przydatności do spożycia. Ale faktycznie nie mają, nie trawię luźnych refleksji poetycko-moralno-życiowych.

      Usuń
    5. Mi z tych dawnych lat, kiedy je czytywałam nie została w głowie żadna polecana książka (ale mogę mieć po prostu okrutną sklerozę, nie wykluczam), a wyłącznie właśnie owe moralizatorstwo.

      Usuń
    6. A ja pamiętam lansowanie Emancypantek i Madzi Brzeskiej, a i ze dwie polecane książki przeczytałem:)

      Usuń
    7. Emancypantki mi świtają (to się chyba powtarzało?). Co do reszty głucha cisza. A akurat jeśli chodzi o książki, to nie jestem tak zupełnie odporna na wpływ innych osób:)

      Usuń
    8. O Emancypantki całe wojny były:) Ja pamiętam Tove Jansson, opowiadania dla dorosłych.

      Usuń
    9. Jak widać, decyzja o założeniu bloga słuszną była. Przynajmniej będę na stare lata miała czarno na białym co i kiedy czytałam:P

      Usuń
    10. Ta, szkoda że 30 lat temu nie było blogów, a mnie się nie chciało zeszycików prowadzić:(

      Usuń
    11. Ja kiedyś jeden zeszycik założyłam nawet, ale po zapisaniu kilkunastu stron mi się znudziło. Zdaje się, że Anna pisała kiedyś, iż ma wszystkie zeszyciki ze wszystkimi lekturami - podziwiam, zazdroszczę, ale to zdecydowanie nie dla mnie.

      Usuń
    12. Lirael kiedyś swoje zeszyty pokazywała, spory stosik:)

      Usuń
    13. Następna, ale ją po cichu o to podejrzewałam:) Dobrze, że nie oszukałam w nazwie bloga, to przynajmniej z góry wiadomo czego się po mnie nie spodziewać.

      Usuń
    14. Jak widać, decyzja o założeniu bloga słuszną była. Noooo, ba! /transparenty, fanfary i gwizdy/ :D

      Usuń
    15. Te gwizdy mnie martwią, ale to może dlatego że nie jestem biegła w sztuce gwizdania i umiem gwizdać wyłącznie pogardliwie. Za resztę skromnie dziękuję, odbierając to jako poparcie w walce ze sklerozą:DD

      Usuń
  4. Greg ma branie, bo jego książki kosztują parę złotych, więc jak się ma kupić 30 egzemplarzy Nad Niemnem, to wiadomo że nie z wydania Biblioteki Narodowej:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co potwierdza to, co przypuszczałam wyżej. Chyba pójdę wreszcie z dzieckiem do jego szkolnej biblioteki i obejrzę zawartość.

      Usuń
    2. Obejrzyj półkę z lekturami szkolnymi w dowolnym markecie.

      Usuń
    3. Skrzętnie omijam, jednak do tej pory robiłam to głównie z uwagi na estetykę okładek. Zapoznanie się z zawartością może mnie zabić.

      Usuń
    4. I tam, wytrzymasz, co najwyżej polecisz do stoiska monopolowego po odtrutkę:P

      Usuń
    5. Ale na miejscu nie można tam spożywać, a kolejki do kas zazwyczaj długie, więc ten trik może się nie udać:P

      Usuń
    6. Zawsze możesz profilaktycznie mieć piersiówkę ze sobą:)

      Usuń
    7. Żeby mnie ochroniarze nagrali na kamerach jak publicznie naruszam art. 43(1) ust. 1 ustawy z dnia 26.10.1982r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi (tekst jednolity: Dz.U. z 2007r., nr 70, poz. 473 z późn. zm.)?:PP
      Już nie wspomnę o sankcji przewidzianej w ustępie trzecim przywołanego przepisu...
      Serdecznie dziękuję za tę dobrą radę!

      Usuń
    8. Zamaskuj jako bidonik z soczkiem:P Co ja Cię będę uczył takich rzeczy, doprawdy:)

      Usuń
    9. Nieskazitelny charakter nie pozwala mi na stosowanie takich tanich chwytów:)

      Usuń
    10. To kup w ciemno najtańszą książeczkę, zabierz bez oglądania do domu i tam obejrzyj, mając pod ręką zestaw ratunkowy oraz pojemnik do segregacji papieru:)

      Usuń
    11. Rozważę, w miarę posiadania wolnych środków finansowych (może zabiorę dziecku z puli przeznaczonej na Monte:P)

      Usuń
    12. Myślę, że w cenie czteropaku owego przysmaku, że tak zrymuję, mogłabyś nabyć jakiegoś cennego klasyka w wybitnym opracowaniu:)

      Usuń
    13. Dziecko też się na pewno ucieszy. Każdy siedmiolatek jak ma do wyboru Monte i lekturę, zawsze wybierze lekturę, wiadomo!

      Usuń
    14. To dzieciu dwa monte, a za resztę spokojnie nabędziesz Naszą szkapę:P

      Usuń
    15. Ceny aż tak atrakcyjne? A Nasza szkapa to ciągle lektura? Ciekawe ilu z uczniów szkoły podstawowej widziało ostatnio konia na żywo (pominę tych z Konstancina, którzy mają własne konie w prywatnych boksach)?

      Usuń
    16. Pojęcia nie mam, czy wciąż:P Ale pewnie jest dostępna.

      Usuń
    17. Jest na Wolnych Lekturach. Synu, będzie Monte:PP

      Usuń
    18. Ale co tam tekst, chodzi o to jedyne w swoim rodzaju opracowanie!

      Usuń
    19. Synu, masz tu czarno na białym, komu zawdzięczasz brak Monte!

      Usuń
    20. Biorę na klatę, jako Ojciec-Znany-Z-Tego-Że-Nie-Ulega-Kaprysom-Dzieci-W-Sklepach:P Kiedyś jedna pani mało mnie nie pobiła, jak powiedziałem głośno, że nie kupię dziecku gazowanego napoju:P

      Usuń
    21. Ja bieżącym kaprysom też nie ulegam, ale dzieci są wyszkolone i wiedzą, że ze mną nie ma sensu nawet próbować. Monte to zaś raczej zakupy planowe (nad czym boleję, ale nie mogę być Zupełnym Potworem):)

      Usuń
    22. Nasze też wyszkolone, budzą grozę w okolicy, bo piją wodę niegazowaną, nie pogardzą miętą i rumiankiem :PP

      Usuń
    23. Ja zmądrzałam niestety dopiero przy drugim dziecku, stąd u Starszego Monciane wyskoki. Niestety, możesz robić co chcesz, a i tak jak poślesz dziecko do przedszkola i nie chcesz go stygmatyzować poprzez dowożenie własnych posiłków (mam jedną taką koleżankę), wszystko bierze w łeb.

      Usuń
    24. U nas nie było tak źle, Starsze jadło jak maszyna rzeczy, których w domu by kijem nie tknęło:P A że czasem cukierek się na deser trafił, trudno.

      Usuń
    25. U mnie test jest teraz. Zdrowo żywiony Młodszy zetknął się np. z kanapkami, których w domu nie tyka, a tam są często podstawą śniadania. Efekt na razie jest taki, że zaczyna jeść inne rzeczy, a przestaje jeść to, co jadł do tej pory:(

      Usuń
    26. Z punktu widzenia zdrowego odżywiania i porannego posiłku to tak, choć sama ostatnio w tygodniu nie jadam nic innego, bo nie mam czasu. Młodszy jednak do tej pory jadał zawsze kaszę jaglaną lub inną orkiszową z suszonymi morelkami i daktylami oraz zmielonym sezamem, więc sam rozumiesz:P

      Usuń
    27. No tak, bułka z szynką może być szokiem, szczególnie dla Ciebie:P

      Usuń
    28. Dla mnie jak dla mnie (taka chrupiąca bułeczka, mniam), ale Młody? Bułka i chlebek dla niego istnieją tylko w wersji saute - przezornie nie pytam pań, czy miota szynką o podłogę i zeskrobuje masło:P

      Usuń
    29. Może się jednak dopytaj, jest szansa, że się zdziwisz:P Nasze dziecko w przedszkolu uwielbiało ponoć truskawki, zasmażaną kapustę i tego rodzaju łakocie.

      Usuń
    30. Po cóż sobie burzyć idealny świat iluzji?
      A truskawki? Co złego w truskawkach?

      Usuń
    31. Starszej pytaj:P W domu do ust nie bierze, w przedszkolu ponoć jadała.

      Usuń
    32. A może to podstępne panie przedszkolanki zżerały jej porcje, zacierając potem ślady takimi kłamliwymi opowieściami?:P

      Usuń
    33. He he, dziecko też twierdziło, że truskawek wcale nie jadło :D

      Usuń
    34. Ha! Mów mi: Sherlocku:DD

      Usuń
    35. Tylko jak ja będę wyglądać w takiej wstrętnej kratce? I ten fason czapki taki nietwarzowy... No nic, coś się wymyśli. Wolę wyglądać jak Sherlock niż jak Miss Marple:)

      Usuń
    36. Zapomniałaś o fajce i skrzypcach :)

      Usuń
    37. Nie zapomniałam.
      Fajkę rąbnę mężowi (nawet umiem pykać!), a skrzypce zastąpię innym instrumentem, wprawdzie znacznie cięższym, ale nada to mojemu Sherlockowi bardziej wschodnioeuropejskiego charakteru.

      Usuń
    38. Sherlock przy fortepianie? Zawsze to jakiś świeży powiew:P

      Usuń
    39. A odkąd to fortepian jest wschodnioeuropejski? Kombinuj dalej, Watsonie:)

      Usuń
    40. Wschodnioeuropejsko to mi się jeszcze bałałajka kojarzy, Szerloku:P

      Usuń
    41. "Z uwagi na niskie kwalifikacje dotychczasowych kandydatów, ogłaszam otwarty konkurs na Watsona"
      Sherlock.

      PS. Bałałajka nie:)(to tak na wszelki wypadek tylko piszę)

      Usuń
    42. Czuję się urażony:P O ile pamiętam, to Watson miał być nienajlotniejszy i wprawiać Sherlocka w dobry nastrój:P

      Usuń
    43. Mam nadzieję, że już ci przeszło. Po namyśle uznałam, że masz rację.Odwołuję konkurs.
      Ale bałałajka to nie. To nie Wilk i Zając, tylko Holmes i Watson:)

      Usuń
    44. To ułagodź mię ostatecznie i podaj rozwiązanie zagadki, Szerloku, aby mógł je zapisać w annałach pełnych twoich czynów:P I zgarnąć honorarium za kolejną publikację :)

      Usuń
    45. Drogi Watsonie, dedukcja, dedukcja.
      Pomyśl: jest to wschodnioeuropejskie, nie jest fortepianem i nie jest bałałajką. Niemożliwe, aby nie odgadnąć, mając tyle danych! Naprawdę Watsonie, wierzę w Ciebie:))

      Usuń
    46. Skoro nie bałałajka, to zostały już tylko cymbały ludowe Hora: http://www.sklep-muzyczny.com.pl/pl/c/Instrumenty-Wschodnioeuropejskie/1709

      Usuń
    47. Wzruszyłeś mnie do łez:P
      Doceniając zaangażowanie, udzielę podpowiedzi: a na czym to przygrywa się, chcąc odtańczyć "Kalinkę"?

      Usuń
    48. Kalinkę najlepiej się wygrywa na orkiestrę i Chór Aleksandrowa:DD Można na akordeonie, tyle że to niemiecko-austriacki wynalazek:P

      Usuń
    49. A czy Ty musisz być taki dosłowny? Dedukcja i finezja, oto dobrana para.
      A poza tym, zwracam uwagę, że mowa była o charakterze a nie pochodzeniu instrumentu, ot co!

      Usuń
    50. Nie za dużo wymagasz od biednego Watsona, hę? Wschodnioeuropejsko to mi się jeszcze pastusza fujarka kojarzy, chociaż trudno to uznać za ciężki instrument:P I tak przy okazji, fortepian nasz ci jest, wschodnioeuropejski, z naszej krwi Chopin wyrósł:)

      Usuń
    51. Mi fortepian to jednak raczej z Beethovenem się kojarzy, względnie z Możdżerem, ale zgadza się, że w powszechnym odbiorze dominuje Chopin.
      A co do wagi: miałeś kiedyś na sobie 120-basowy akordeon Weltmeister?

      PS. Czekam u Ciebie na tę Kruszynkę i czekam, i chyba poszła spać, a nie chcę jej psuć wejścia:PP

      Usuń
    52. Akordeon widziałem z dość bliska, ale nie dźwigałem. Kruszynkę, mam nadzieję, udało mi się skutecznie wypłoszyć metodą na wredola:P Nie byłaby to pierwsza ofiara tego systemu. Chociaż ostatnio koleżanki skutecznie obniżyły mi siłę rażenia złośliwości, pokładając się na mokrej trawie:PP

      Usuń
    53. Dźwigania nie polecam; może teraz robią lżejsze, ale moje krzywe biodro na pewno ma związek z tym instrumentem w wersji sprzed lat dwudziestu pięciu.

      To niby była metoda "na wredola"? Moim skromnym zdaniem dopiero po uwagach niedocenianych przez Ciebie koleżanek Kruszynka dostała szansę, aby zorientować się, że coś jest nie tak.

      Usuń
    54. Bo ja jestem wredol dżentelmen, a działania są długofalowe. Poprzednią miłośniczkę moich ulubionych komentarzy wypłaszałem przez kilka ładnych odcinków, ku uciesze licznie zebranej publiczności:P Niestety te dziewczątka rzadko subskrybują posty, więc szydera dociera do nich z dużym opóźnieniem:D

      Usuń
    55. E tam, takie tłumaczenie mnie nie przekonuje, albowiem ten typ jest według mnie niezdolny do odróżnienia szyderstwa czy kpiny od życzliwej uwagi.
      A co do subskrypcji postów (czy komentarzy), to ja tę metodę zarzuciłam, bo przynajmniej u mnie działa mniej więcej z jednodniowym opóźnieniem.

      Usuń
    56. Nie szkodzi, że typ niezdolny, ale ja mam ubaw. Widzowie pewnie też. A panienki się w końcu zniechęcają, być może prędzej z powodu braku komciów ode mnie u siebie:P Subskrypcja działa jak złoto, poza bloxem, gdzie mi nie działa w ogóle:)

      Usuń
    57. Może działa tylko tym bardziej zasłużonym? Mi w bloxie też nie działa, ale to już nie robi różnicy.
      Jak masz ubaw (a widzowie, owszem, też), to po co wypłaszać? Że zapytam, niczym w reklamie.

      Usuń
    58. A subskrybujesz przez te jakieś dziwne subskrypcje na bocznym pasku czy klikasz pod okienkiem komentarza, żeby suskbrybować?
      Co do panienek, to jak nie wypłoszę, to mi się zaraz naleci następnych, a jak każda napisze, że to książka nie dla niej, to się nie ogarnę:P Ubaw też trzeba dawkować:D

      Usuń
    59. Owszem, przez te dziwne subskrypcje; zakładam że skoro są zamieszczone, to działają - może mylnie.
      No tak, jak się jest sławnym Zacofanym, w dodatku rodzynkiem płci męskiej, to się ma te tłumy piszczących fanek... A ja biedna, z płci przeciwnej mam tylko Ciebie i Bazyla, więc muszę chuchać i dmuchać, bo jak sobie pójdziecie, to dopiero się nie ogarnę:P

      Usuń
    60. No to może w tym problem, ja klikam pod komciem i wszystko ładnie przychodzi na mejla.
      Pierwszą komentatorkę wypłaszałem, jak jeszcze nie byłem tym rzekomo sławnym Zacofanym:PP Nie wiem jak Bazyla, a mnie się łatwo nie pozbędziesz:P

      Usuń
    61. Nie wiem jak Bazyla, ale mnie się łatwo nie pozbędziesz:P

      Usuń
    62. Ha, a ja nie chcę na maila! I tak mam już tam za duży śmietnik.
      Naprawdę, nie trzeba mi dwa razy pisać, już za pierwszym rozumiem (zazwyczaj). Pisałam przecież o chuchaniu, prawda? Pozbywać się więc nie zamierzam, któż inny tak znakomicie poprawiałby mi statystykę wejść na bloga?:PP
      A chwilowo dobranoc, bo nie jestem zombie. Póki co w każdym razie.

      Usuń
    63. Jaki śmietnik? Czytasz, wyrzucasz:P I proszę się nie czepiać poprawki, należy dbać o jasność wypowiedzi:) O statystyki mogę ci więc dbać dalej, o:)

      Usuń
    64. To o wyrzucaniu działa tak tylko w teorii. Na jednej z moich licznych skrzynek mailowych, tej "komercyjnej" mam jakieś jedyne 7000 nieprzeczytanych wiadomości, drugie 7000 przeczytanych, z czego tylko jakieś 70 zawiera treści, które mnie interesują i których nie chciałabym wyrzucać. Nie pytaj, jakaż to siła powstrzymuje mnie przed kliknięciem w "usuń", bo nie znam odpowiedzi.

      Usuń
    65. Ja obecnie żyję w delikatnym niedoczasie, więc proszę wybaczyć brak obecności. Jak trzeba, to ZWL mi napisze usprawiedliwienie :D

      Usuń
    66. Jasne, podrzuć mi tylko dzienniczek i zaraz wpiszę stosowne usprawiedliwienie:)

      Usuń
    67. Tym bardziej, że to także Twoja wina. Kto to widział rozrastać komentarze powyżej stu wpisów :P

      Usuń
    68. Moja? No wiesz co, oburzam się:P

      Usuń
    69. Ależ wodzu, co wódz!

      Usuń
    70. http://i2.pinger.pl/pgr359/04700c840024a8824d202325/to+ja+przepraszam.jpg

      Usuń
    71. A myślałem, że będziesz straszny :)

      Usuń
    72. Sorry, że się wtrącę, ale o czym Wy tutaj?
      Bazyl w niedoczasie, a ja z dwoma zapaleniami oskrzeli i jednym ropnym zapaleniem uszu, więc moja błyskotliwość i lotność nieco mniejsza niż zwykle...

      Usuń
    73. My o gąsce Balbince:) Nie czytałaś klasyków, po prostu:) A szpitala współczuję, nie masz wesoło.

      Usuń
    74. Balbinkę czytałam, wypraszam sobie. Nawet ostatnio z Młodszym zaliczyłam powtórkę. Nie do końca łapię jednak związek Balbinki z treścią dyskusji, ale niewyspana jestem, to może dlatego.
      Współczuć nie ma czego. Osobiście uwielbiam zwolnienia lekarskie na chore dzieci, bo wtedy choć przez chwilę nie ganiam z wywieszonym ozorem i skupiam się tylko na jednej rzeczy, a nie na dziesięciu jednocześnie. A że się nie wysypiam bardziej niż zwykle, trudno, taką małą niedogodność zniosę!

      Usuń
    75. Stanowczo niewłaściwą Balbinkę czytałaś: http://pl.wikiquote.org/wiki/Tadeusz_Baranowski :)) Moje dzieci nie chcą chorować, może to i dobrze :D

      Usuń
    76. Wstydzę się sama za siebie:(( Tak, to zdecydowanie o innej Balbince...
      Zasadniczo jak dzieci nie chorują, to dobrze. Ale jak zachorują, to też dobrze, byle mieściło się to w granicach do ogarnięcia. Trzem chorobom na dwie sztuki dzieci mówię więc "tak", ale czwartej zapraszać nie będę, bo może się przelać.

      Usuń
    77. U nas góra lekkie wirusy, odpukać. Ale od początku roku szkolnego nic, a ja bym sobie zrobił wagary od odprowadzania do placówki:))

      Usuń
    78. Mi odprowadzanie do placówki samo w sobie nie przeszkadza. Przeszkadza mi nadmiar sportowych zainteresowań, powodujący że życie składa się z treningów odbywających się w różnych miejscach i różnych porach, absolutnie nie do pogodzenia z pracą, odrabianiem lekcji, przypomnieniem sobie o drugim dziecku i o tym, że w kiosku od trzech dni leży gazeta, której nikt nie ma czasu odebrać.
      Chory jesteś, synku, co za szkoda, że w tym tygodniu przepadną ci wszystkie treningi:DD

      Usuń
    79. Zaiste. Błękitna Karta się należy, jak psu zupa, a dziecku trening:P

      Usuń
  5. W tej chwili lista lektur w gimnazjum jest bardzo ogólna, daje nauczycielowi mnóstwo możliwości wyboru. Tutaj aktualne wykazy. "Córka Robrojka" nie jest lekturą obowiązkową. "Test" mógł stworzyć ktokolwiek. To jest portal ze ściągawkami i gotowcami, nie tworzą go nauczyciele. "Test" nie ma kompletnie nic wspólnego z egzaminem gimnazjalnym. Nauczyciel może omówić tę lekturę tak, jak chce, może wybrać inną książkę Musierowicz, może zdecydować się na powieść zupełnie innego autora. Nie ma powodów do obaw. :)
    Moje koleżanki, które uczą polskiego, zwracają uwagę na coś innego: na fikcję, w której muszą uczestniczyć. Dzieci nie chcą czytać książek. W tej chwili na dwadzieścia kilka osób w klasie lekturę czytają autentycznie 2-3. Reszta korzysta ze streszczeń. Nauczyciel nie jest w stanie dopilnować, żeby uczeń przeczytał w domu kilkusetstronicową książkę. Może zachęcić, zmotywować, ale nic poza tym. Rodzice często sami nie czytają kompletnie nic, więc ich ponaglenia przyjmowane są przez gimnazjalistów z przymrużeniem oka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsza część Twojej wypowiedzi napawa optymizmem, choć lista lektur rzeczywiście niezmiernie ogólna.
      Czy ja dobrze zrozumiałam, że tych pięć książek w całości to trzeba przeczytać przez całe gimnazjum? Jeśli tak, to katastrofa. Wychodzi trochę ponad półtorej książki rocznie:(
      2-3 osoby w klasie, piszesz. Może problem jednak w doborze lektur? Te pozycje nie są szczególnie zachęcające, choć rozumiem, że służą poznaniu w przekroju całej literatury. Przykład rodziców jest na pewno ważny, bardzo, ale znam osoby, u których w domu nie czytało się wcale, a które same zaczęły czytać dużo i czytają nadal. Pewnie jakby dopisać do listy lektur parę nowszych pozycji, dotykających tego czym dzieci w tym wieku żyją, to odsetek czytających nieco by się podniósł.
      Poza tym - że wrócę do moich włoskich wakacji - ja naprawdę widziałam tam, i to nie jednostkowo, zagraniczne dzieci w wieku gimnazjalnym, które zupełnie dobrowolnie czytały. Czyli można jednak zachęcić do czytania jako takiego.

      Usuń
    2. Wychodzi niewiele, ale i tak prawie nikt tego nie czyta. Zdesperowane polonistki urządzają głośne czytanie krótszych lektur w czasie lekcji, jak za króla Ćwieczka, bo tylko w ten sposób dzieci poznają obowiązkowe teksty.
      Rodzice nie determinują nastawienia do czytania, ale ci nieczytający na pewno mają większy problem ze zmuszeniem opornej latorośli do kontaktu z lekturą.
      Dzieci zupełnie inaczej podchodzą do obowiązkowych lektur i do książek czytanych dla przyjemności. W mojej klasie na szczęście jest dość duża grupa zagorzałych moli, ale obraz ogólny nie jest za ciekawy.

      Usuń
    3. Będę obserwować co się dzieje w klasie u mojego syna. Pomimo, że to dopiero druga klasa podstawówki, mają narzucone ambitne tempo jednej lektury miesięcznie, i to jak na takie maluchy, wcale nie najcieńszej.
      Ale wrócę jeszcze do testu na koniec gimnazjum. On przecież pyta też chyba o lektury? I jak tu o nie inaczej zapytać w teście niż tylko głupio i bez sensu?

      Usuń
    4. Myślę, że Lirael poruszyła b. istotny problem: rodzice traktują lektury z przymrużeniem oka, bo sami nie czytają. Spece twierdzą, że choćby w domu były najlepsze biblioteki, a dziecko nie widzi rodziców z książką w ręce, szansa na polubienie książek jest mała. Wydaje mi się, że większość rodziców nie ma przede wszystkim czasu na czytanie, znajome bibliotekarki twierdzą, że najmniej czytelników jest z grupy wiekowej 30-50 lat.

      Co do testów: rozumiem, że to krzyk rozpaczy i mają sprawdzać, czy uczeń faktycznie zna lekturę? Tu anegdota sprzed 20 lat: przyjaciółka studiowała na anglistyce i wykładowca literatury (wówczas młody) był zdesperowany faktem, że studenci nie czytają lektur, więc zaczął motywować ich testami. Pamiętam, że nawet moja czytająca przyjaciółka miała mu za złe pytanie o imiona czterech mleczarek z powieści Hardy'ego.;)

      Usuń
    5. Czas na czytanie znajdzie się prawie zawsze, choć nie zawsze na czytanie ambitnych pozycji i nie zawsze będzie to więcej niż np. jedna książka na miesiąc (znam to z autopsji). Problem tylko w chęciach, moim zdaniem. I może też w rozumieniu - po co w ogóle czytać, i co to daje.
      Kiedyś już gdzieś wspominałam o matce kolegi mojego syna z klasy - nauczycielce w gimnazjum i liceum (uczy matematyki, ale moim zdaniem to żadne usprawiedliwienie), która w moim domu, na widok półek z książkami wykrzyknęła: "O matko, ile książek! I po co ci one?"
      Dodam, że u niej w domu jest może z pięć książek, z czego dwie kucharskie. Jej syn ma jedną - tę, którą dostał w ubiegłym roku od mojego syna na urodziny.

      A co do motywowania testami: cztery mleczarki tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że testy to demotywatory, a nie motywatory.

      Usuń
    6. O tak, rozumienie PO CO czytać jest ważne. Może Twojej znajomej wystarcza świadomość, że to matematyka jest królową nauk i więcej do szczęścia jej nie trzeba?;)A tak na serio: chyba trudno jest namówić dorosłego, żeby zaczął czytać książki, to raczej nie do nadrobienia.

      Mój polonista z liceum kiedyś powiedział, że uczniowie chętniej sięgaliby po lektury, gdyby wpisać je na listę książek zakazanych.;)

      Usuń
    7. Tak, z dorosłymi to trudna sprawa. Dlatego tak ważne jest to, co dzieje się w pierwszych latach ich życia, również w szkole. Ciągle za mało się o tym mówi. Panie Koźmińska i Olszewska słabo się przebijają ze swoimi słusznymi postulatami.
      A co do listy książek zakazanych: pewnie tak, ale też naprawdę nie dziwię się, że 13-latek nie ma ochoty czytać "Dziadów", części II. Myślę, że jakby wpisać na listę lektur serię o Harrym Potterze (której osobiście nie czytałam, więc może to i głupi pomysł), to jednak więcej osób by sięgnęło po lekturę, a mądry nauczyciel umiałby pokazać dzieciom inne spojrzenie na tę samą tematykę, w może i mądrzejszych i lepiej napisanych książkach. Ale może jednak tak tylko sobie roję, jako teoretyk-marzyciel?

      Usuń
    8. Myślę, że można byłoby wciągnąć HP na listę lektur, choć za serią nie przepadam. A potem podsuwać coraz to bardziej ambitniejsze.
      Kiedyś w sieci ktoś opisywał, że jako bibliotekarka czytelniczkom Coelho poleca później np. Binchy, Ahern, potem coś z wyższej półki i tak ciągle wzwyż. Moim zdaniem pomysł kapitalny.

      Usuń
    9. No właśnie. A jak się od razu Dziadami po głowie wali, bądź Trylogią (brr!), to potem nie dziwota, że mamy co mamy.
      Co do bibliotek, pamiętam że kiedy 20 lat temu bywałam często w Holandii, to już wtedy były one super nowoczesnymi centrami kulturalnymi, w której bibliotekarz miał realne narzędzia, aby w pozytywny sposób wywierać wpływ na ludzi. Zaznaczam, że bywałam w małych miejsowościach, tak do 50.000 mieszkańcow. Kiedy to do nas dojdzie, no kiedy?

      Usuń
    10. Jestem zdania, że nawet Pan Tadeusz omawiany z 15-latkami to także średnio dobry pomysł.;)

      Co do Holandii i paru innych krajów - można tylko zazdrościć innej kultury. To są lata (a może i stulecia) pewnych nawyków, my tego niestety nie mamy. Powoli coś się zmienia, ale powoli. W moim mieście DKK ruszył z inicjatywy kolegi i mojej, a przecież to biblioteka powinna wyjść z taką inicjatywą.

      Usuń
    11. Co do Pana T. - pełna zgoda! Ja rozumiem, że trudno o dwunastozgłoskowiec, ale czy naprawdę wiedza o tym jest niezbędnie potrzebna do życia?

      Nawyki nawykami, ale wielkość budżetu swoją drogą. Pewnie, że można i małym kosztem (patrz: DKK), ale siła oddziaływania też wtedy malutka.
      U mnie w mieście DKK jest, ale bardzo mało rozreklamowany. Według pań bibliotekarek, które o niego pytałam (niestety, z racji bycia matką dzieciom absolutnie nie pasuje mi termin spotkań) regularnie przychodzi 4-5 osób, podczas gdy miasto liczy ok. 35.000 mieszkańców. Ale te panie bibliotekarki, które go prowadzą, nie mają u siebie nawet choćby jednego malutkiego komputerka, więc o czym my mówimy?

      Usuń
    12. Już się bałam, że szargam świętość narodową w postaci Pana Tadeusza.;)

      Jak na miasto 35.000 i brak komputera, to i tak nieźle. Najwyraźniej macie niezły marketing szeptany.;) Moje miasto ma ok.
      24 tys. mieszkańców, komputer i internet na pewno, stronę na FB, a DKK liczy sobie właśnie tylko 5 osób.;( Plusem jest zakup książek do bibl. na życzenie czytelników. Jasne, że wiele zależy od funduszy (a propos - w Europie Zach. chyba wszędzie dostęp do bibliotek wymaga opłacenia składek), ale prężny bibliotekarz potrafi zdziałać cuda. Są i bogate biblioteki, ale bez życia.;(

      Pocieszające jest, że młodzi bibliotekarze są już lepiej przygotowani do zawodu, przynajmniej jeśli idzie o wspomniane przez Ciebie narzędzia.

      Usuń
    13. Szargać to szargałaś, ale akurat na mnie nie robi to wrażenia. Znam jednak miejsca, gdzie takie wyznanie skończyłoby się wpisaniem Cię na indeks:)
      U mnie panie są faktycznie chyba dość prężne (a wszystkie są ode mnie starsze, niektóre sporo); komputer umieją obsługiwać, ale nie chcą im go sfinansować, w tym problem (na szczęście dotyczy to tylko jednej z filii).
      Biblioteka bez życia, to chyba najsmutniejsze miejsce na ziemi. Może dlatego w części z nich dawaniem oznak życia zajmują się koty?:P

      Usuń
    14. To niepojęte, w końcu komputer nie kosztuje obecnie aż tak dużo, żeby gmina nie wyłuskała 1.000-2.000 zł (albo mniej). Może czytelnicy powinni zrobić składkę. Słyszałam o takich paniach emerytkach, które co miesiąc z własnej woli zostawiają bibliotece 50 zł, żeby do zbiorów trafiło kilka książek więcej.

      Usuń
    15. Tu chyba problem tkwi głównie w tym, że siedziba filii ciągle nie jest docelowa i nie chcą robić całego okablowania bez sensu. Zobaczymy czy coś się zmieni po zaplanowanej na niesprecyzowaną przyszłość przeprowadzce.
      Panie emerytki są czasem jedyną grupą, na której wsparcie można liczyć. Niestety.

      Usuń
    16. U mnie emeryci są chyba najliczniejszą grupą wypożyczających.;(

      Usuń
    17. Żeby to nie zabrzmiało, że mam coś przeciw emerytom: szkoda, że nie młodzież jest tą najliczniejszą grupą czytelników.

      Usuń
    18. Jedyna nadzieja w tym, że i dzisiejsza młodzież kiedyś wejdzie w wiek emerytalny:PP

      Usuń
    19. Ciekawe, czy wtedy będą jeszcze papierowe książki.;)

      Usuń
    20. Będą, będą. Choć niewykluczone, że w mniejszości.
      Poza tym, jak rzeczona młodzież wejdzie w wiek emerytalny i zaprzyjaźni się z okulistą, to wówczas dopiero doceni korzyści płynące z dużego druku, nie na wyświetlaczu:))

      Usuń
  6. Czytam z e-cztnika, a kiedy biorę papier do ręki, zżymam się, że druk jakiś mały i nie daje się powiększyć, ale ja z okulista od dawna w przyjaźni.

    OdpowiedzUsuń
  7. Odpowiedzi
    1. Może więc mam wypaczone wyobrażenie o e-czytniku i jego malutkim ekranikiemu, ale ja zdecydowanie nie lubię z niego czytać. Choć fakt, niektóre wydania książek zdecydowanie wymagają współpracy z lupą:)

      Usuń
    2. Nie wiem co to jest "ekranikiemu", ale wiem co to jest "ekranik":))

      Usuń
  8. Musierowicz, jak dla mnie, jest nieśmiertelna. Czytałam ją za młodu, czytam i teraz. I też zawsze do Niej wracam, kiedy mi źle - wiem, że doda mi otuchy. A czy jest to dobra lektura dla gimnazjalistów? Myślę, że tak. Trzeba im te horyzonty poszerzać, nie zawężać. Może nie zrozumieją, może ich to będzie nudzić, ale przynajmniej dostali szansę, żeby poznać rzeczywistość im nieznaną. A kto skorzysta, ten skorzysta.
    A co do testów...no cóż, nasza oświata niestety nieco kuleje i chyba każdy z nas doświadczył na sobie jej absurdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam mam wątpliwości, czy to dobry pomysł z wpisaniem ją na listę lektur, ale może niesłusznie.
      Koleżanka, która ma córkę w II klasie gimnazjum i od pewnego czasu podtyka jej kolejne części "Jeżycjady", napotyka na silny opór i mur niezrozumienia. Dodam, że jej córka sporo czyta - chłamu i nie-chłamu, ale kompletnie nie jest w stanie wczuć się w atmosferę tych książek.

      Usuń
    2. To ciekawe, myślałam, że akurat do dziewcząt lektura Musierowicz powinna trafiać...przemawia chyba przeze mnie sentyment.

      Usuń