środa, 13 lutego 2013

W. Feleszko "Lądowanie rinowirusów" i "Nóż w palcu", czyli medycyna dla najmłodszych


Podejście dzieci do chorób i wizyt u lekarzy bywa różne.

Oto Starszy w wieku lat 4: jeśli chory, to maksymalnie – temperaturą poniżej 39ºC nie zawracał sobie głowy. Wizyta u lekarza oznaczała horror, wrzaski i strugi potu.
Niech pani zrobi mu coś z tymi rękami!” – oto zdanie, które wówczas najczęściej słyszałam w gabinecie lekarskim.

Oto zaś Młodszy w tym samym wieku: cud, miód i marzenie. Choruje wprawdzie równie burzliwie, za to rzadko. W gabinecie lekarskim pospiesznie się rozbiera, obraca we wszystkie strony zgodnie z życzeniem, wysuwa język, dramatycznie kaszle.
A uszka?!” – zawołał oburzony, gdy przy którejś z wizyt pani doktor zapomniała sprawdzić, czy aby na pewno uszka są zdrowe. Pani doktor przepraszała przez pięć minut, poświeciła latarką gdzie trzeba, wobec czego Młodszy łaskawie jej wybaczył ów błąd w sztuce lekarskiej.

Kiedy Starszy dostał w świątecznym prezencie zestaw płyt z serialem „Było sobie życie”, okazało się że Mikołaj okrutnie się pomylił. To Młodszy bowiem ogląda z zapartym tchem wszystkie kolejne odcinki, zadając przy tym co chwilę uszczegóławiające (a zarazem kompromitujące i obnażające głupotę rodzica) pytania. Gdy wieczorem po raz kolejny zażyczył sobie, by opowiedzieć mu coś o „lelitkach”, ewentualnie o „naszym mózgu” uznałam że nadszedł czas, by wezwać na pomoc siłę fachową.


Autor historii o przeziębieniu zatytułowanej „Lądowanie rinowirusów” oraz drugiej, o skaleczeniu („Nóż w palcu”), Wojciech Feleszko, jest praktykującym warszawskim lekarzem pediatrą i immunologiem, pasjonującym się ponoć badaniem odporności u dzieci i gryzoni. Jako że doceniłam niezwykłą trafność owego ostatniego zestawienia, uznałam iż są spore szanse na to, że pan doktor posiadł umiejętność trafiania ze swoim przekazem do dzieci. Słusznie.

Pomysł na książki jest zbliżony do tego, który mieli twórcy serii „Było sobie życie”. Z jednej bowiem strony poznajemy zwykłych ludzi i ich perypetie (w tej roli niezupełnie typowa rodzina Nosków, złożona z mamy Moniki, taty Kazia, Julii, Kajtka, kota Cywila i szczura Maurycego), jednak z drugiej, dostajemy możliwość podpatrzenia co dzieje się wewnątrz ich organizmów. W pierwszej chronologicznie części, dotyczącej przeziębienia, zaglądamy do środka Kajtusiowi, zaś w drugiej – skaleczonej nożem Julce. U obojga wewnątrz toczy się prawdziwa walka. Kajtek zostaje bowiem zaatakowany przez brutalną bandę Rinowirusa, której muszą stawić czoła oddziały obronne dowodzone przez Limfocyta, zaś u Julki dochodzi do nagłej i gwałtownej krwawej powodzi, z którą próbuje się uporać armia płytek krwi pod przywództwem Wąsala, obserwowanego czujnie przez Limfocyta. Akcja toczy się wartko, dramatyzmu nie brakuje, a młody czytelnik nie ma szans się znużyć, bowiem obrazki z pola bitwy przeplatane są fragmentami dotyczącymi tego, co dzieje się na zewnątrz. Do tego co jakiś czas, w zgrabnych tabelkach, autor stara się wyjaśnić medyczne znaczenia niektórych pojęć.
Jest więc wystarczająco mądrze, a do tego ciekawie i zabawnie.



Są jeszcze ilustracje Ignacego Czwartosa.
Ilustracje są… z pewnością oryginalne i intrygujące. Czy są ładne? Według mnie nie (to zdecydowanie nie moja estetyka, ale wszak wirusy nie powinny być zbyt piękne), jednak dzieci wpatrywały się w nie zafascynowanym wzrokiem. Jest ich przy tym naprawdę dużo (obie książki są zresztą znakomicie wydane, dopieszczone w każdym szczególe) i znakomicie współgrają z tekstem.


Powstał tylko mały szkopuł.
Mało.
W opublikowanej w grudniu 2009 roku rozmowie, Wojciech Feleszko do spółki z właścicielką wydawnictwa Hokus-Pokus, Martą Lipczyńską-Gil, zapewniali że seria „Na sygnale” będzie rozwijać się pełną parą. Autor twierdził, że napisał już połowę książki o zapaleniu ucha, pani Lipczyńska snuła plany wydania pozycji o alergii i biegunce.
Niniejszym więc, mając powyższe na uwadze, do spółki z Młodszym (i Starszym też), uprzejmie acz niecierpliwie zapytujemy: no i co? gdzie te książki, no gdzie?

Wojciech Feleszko „Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie”, zilustrował Ignacy Czwartos; Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2009.
Wojciech Feleszko „Nóż w palcu. Skaleczenie”, zilustrował Ignacy Czwartos; Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2010. 

66 komentarzy:

  1. Skoro wydano już "Małą książkę o kupie" Penilli Stalfield oraz dziełko "Kupa - przyrodnicza wycieczka na stronę" Nicoli Davies tudzież "O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę" Wernera Holzwartha i Wolfa Erlbrucha, może autor i redaktorka doszli do wniosku, że temat został już poniekąd wyczerpany. :)
    "Było sobie życie" wręcz uwielbiałam, ten wariant historyczny zresztą też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście miałam na myśli temat biegunki.:)

      Usuń
    2. Dwie pierwsze wymienione przez Ciebie książki to zupełnie inna estetyka i tematyka (wyrażanych tu i ówdzie zachwytów nie podzielam), natomiast kret jest znakomity! Jest to jednak zasługą specyficznego humoru; zresztą podobno i sam dr Feleszko jest fanem kreta:)
      Nawet jednak jeśli masz rację, to co historią o zapaleniu ucha, hę?

      W dzieciństwie też pasjonowałam się "Było sobie życie" i "Był sobie człowiek"; teraz jednak okazało się, że serii jest mnóstwo - o podróżnikach, wynalazcach, Amerykach... Z racji medycznych zainteresowań Młodszego zaczęliśmy od historii o ludzkim ciele, które może na pierwszy rzut oka dziwią staromodną animacją, jednak już za drugim okazują się być nadal znakomitą i aktualną pozycją.

      Usuń
    3. Polecałabym "Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć" Marii Krüger, ale tematyki laryngologicznej tam chyba ani na lekarstwo. :)
      Może warto napisać do wydawnictwa? Bez problemu powinni wyjaśnić, co się dzieje.
      Na stronie głównej Hokusa umieszczono informację, że "Nóż w palcu" jest "już w księgarniach", a skoro wydano go w 2010 roku, czas jest chyba dla nich pojęciem względnym. :)

      Usuń
    4. Nie przypominam sobie, abym to czytała, ale ja w ogóle z Krueger jestem na bakier (poza ukochaną onegdaj "Godziną pąsowej róży"). Domyślam się, jaki był klucz jeśli chodzi o polecenie tej lektury (ach, te jamniki!), jednak pozostaję pod wrażeniem tego, w jaki sposób mogła Ci ona przyjść na myśl przy okazji wzmianki o krwistomedycznych opowiastkach:P

      Myślę, że wkrótce dowiemy się, co jest przyczyną braku kontynuacji tak dobrze zapowiadającej się serii. A strona główna Hokusa istotnie wymagałaby odświeżenia:(

      Usuń
    5. Według informacji przekazanych mi właśnie z pierwszej ręki, na wiosnę ukaże się kolejna część, dotycząca - uwaga! - biegunki:) Będziemy więc czekać niecierpliwie!

      Usuń
    6. To była próba odpowiedzi na pytanie "co z historią o zapaleniu ucha?". :) Jamniczek zaplątał się całkiem przypadkiem. :P Zaznaczam, że nie czytałam książki Marii Krüger i nie wiem, czy tytułowe ucho się zapala, ale tak mi się luźno skojarzyło. :)
      To będzie chyba najbardziej tęsknie wyczekiwana biegunka w historii ludzkości! :)

      Usuń
    7. @Lirael: co za karygodne niedopatrzenie, że nie czytałaś. Za tytułowe ucho należało się złapać na okrzyk "ucho, dynia" (dynia - trzeba się było złapać za nos), a potem na jednej nodze odskakać tyle, ile sobie zarządził krzyczący. Bohater książki zażądał od kolegi 125 podskoków i pokarało go przemianą w jamnika, o ile pamiętam:P

      Usuń
    8. Muszę to natychmiast nadrobić, bo widzę, że dużo straciłam! Dziwne to niedopatrzenie, bo książki Krüger bardzo lubiłam. A zamiana w jamnika natychmiast skojarzyła mi się z serialem "Arabela". :)

      Usuń
    9. No ale jednak Arabella to parę lat później była:)

      Usuń
    10. I chyba nie w zwierzątka się tam zamieniano, a już na pewno nie w jamniki:)
      Zaczynam być coraz bardziej dobita ilością lektur, które koniecznie trzeba przeczytać z dziećmi. Moje struny głosowe tego nie wytrzymają, a poza tym - kiedy?

      Usuń
    11. ~ Zacofany w lekturze
      To prawda, "Ucho, dynię..." wydano w 1964 roku, a "Arabela" to koniec lat siedemdziesiątych.

      ~ Momarta
      Jamnik nie dość, że był, to jeszcze odgrywał bardzo istotną rolę. :) Tutaj niezbity dowód. Szczególnie w odcinkach "Petr i królewna", "Jamnik Karel Majer" i "Zaczarowany dzwoneczek".
      Przy okazji jamnik to po czesku jezevčík. :D

      Usuń
    12. Dzień dobry, kolejna z serii książek o rodzinie Nosków, zatytułowana "Wielki grzmot. Biegunka" ukaże się w połowie lipca:). Pozdrawiamy, HP

      Usuń
    13. A, dziękuję bardzo za informację! Kiedy pierwotny termin pojawienia się biegunki (maj) okazał się nieaktualny, zaczęłam się bowiem martwić o stan pacjenta. Do lipca może jednak jeszcze da radę wytrzymać, i to bez uszczerbku na zdrowiu!:)

      Usuń
  2. "Rino ..." biorę na siebie, ale jako że na skutek pewnego życiowego zdarzenia nie cierpię widoku krwi, to drugą wrzepię Kitkowi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta krew na ilustracjach I. Czwartosa jest taka bardziej abstrakcyjna (próbka na zdjęciu wyżej), ale sam musisz ocenić, czy jesteś w stanie stawić czoła tym wizjom.
      (czemu tak jest, że widok krwi zawsze najbardziej szkodzi dwumetrowym mężczyznom, a filigranowe kobietki mogą w krwistym entourage'u spożywać nawet kanapki i nic ich nie rusza?)

      Usuń
    2. Tzn. nie jest tak, że w sytuacji kryzysowej zwalam się jak kłoda, ale po prostu nie lubię. Dlatego pozostanę przy wirusach :)

      Usuń
    3. Niech będzie, że rozumiem:P Do zmierzenia się przynajmniej z rinowirusami szczerze zachęcam (choć zdaje się, że są problemy z dostępnością tych pozycji).

      Usuń
    4. Wirusy w WBP są, krwi nie ma. Los jest łaskawy :D

      Usuń
    5. E tam, łaskawy. Znajomości masz na pewno:P

      Usuń
  3. Ech, a moje właśnie chore, i tak jak dotąd łykało każdy syrop bez mrugnięcia okiem, tak teraz bunt totalny i zapodawanie siłą.
    "Było sobie życie" na pewno kupimy dzieciakom, jak podrosną na tyle, żeby cokolwiek zrozumieć, a o tych książeczkach pierwszy raz słyszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze współczuję - do tej pory wzdragam się na przypomnienie dantejskich scen, jakie odbywały się w naszym domu przy każdorazowej próbie podania jakiegokolwiek lekarstwa Starszemu!

      Myślę, że "Było sobie życie" i opisane przeze mnie książeczki znakomicie się uzupełniają - jeśli zaś dziecię wystarczająco duże, zwizualizowanie mu przy pomocy książeczki tego, że w jego organizmie toczy się walka z tak wstrętnymi rinowirusami jak te narysowane przez I. Czwartosa, może okazać się znakomitym środkiem skłaniającym je do łaskawego przyjęcia podawanych lekarstw:)

      Usuń
    2. Na pewno jest to przekonujące, niestety moje dziecię ma 1,5 roku i na razie chyba nie pojmie, że to w jego organizmie taka walka :)

      Usuń
    3. Istotnie, to może być spory problem... W takim razie pozostaje Ci poczekać aż czas zrobi swoje, a póki co, uzbrój się w anielską cierpliwość:( Łączę się w bólu!

      Usuń
  4. My mamy książeczkę rozkładankę "Ciało" wyd. Larousse (seria Bawidoc), kształcąca rzecz. A z klasyków: Hanna Zdzitowiecka "Wśród niewidzialnych wrogów i przyjaciół" o pomniejszonym chłopczyku, który wędruje wśród bakterii:P Na Twoim miejscu już bym nie inwestował w książeczki pana Feleszki, ale w porządny atlas anatomiczny i podręcznik chorób wewnętrznych, może też jakieś przyzwoite kompendium dla chirurgów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętaj, że Młodszy ma ledwie 4 lata! Faktycznie jednak, ze dwa razy zatarłam już ręce na myśl o tym, że może uda się nakierować go na medyczne tory. Ach, jakaż to byłaby ulga (wizja tego, że któryś z nich pójdzie w ślady rodziców jest jednym z groźniejszych towarzyszących mi koszmarów). Póki co, podsuwam mu "Biologię" Ville'go; na początek też się nada!:P
      A wskazywanych przez Ciebie pozycji nie znam, ale obadam (podoba mi się zwłaszcza ten pomniejszony chłopczyk).

      Usuń
    2. Cztery lata to idealny moment, potem będzie za późno na indoktrynację:)) Koniecznie kup grę typu Operacja oraz zestaw ciastoliny do robienia plomb w zębach!

      Usuń
    3. ZWL Nie bez kozery Bobkowski indagowany na różne okoliczności przez Tadzia wzdychał, że odda królestwo za małego Larousse'a :)
      momarta U mnie Młodszy waha się na razie między byciem ninją, a eksterminatorem starszych braci. :P

      Usuń
    4. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem słownik Larousse'a w głębokich latach 80, ech, jaki był piękny.

      Usuń
    5. Ja dostałam od babci jakoś pod koniec podstawówki jakiegoś mini Larousse'a pt. mydło i powidło. Ach ten papier, ach te zdjęcia! Gdzieś chyba jeszcze jest, muszę poszperać.
      Czy ten Larousse o ciele, to ten?

      Bazyl: Młodszy etap ekterminatora braci zaliczył już jakiś czas temu (kilka ran szarpanych, wykonanych zębami wystarczyło), więc teraz idzie w dyscypliny bardziej naukowe:P

      Usuń
    6. Ten Larousse: http://www.cudanakiju.pl/Bawidoc_-_Cialo_t1279.html
      Ja na tego Larousse'a mogłem popatrzeć tylko, kuzynka studentka przywiozła sobie ze stypendium.

      Usuń
    7. momarta Nie wiem czy już widziałaś ze swego tajnego konta, ale na FB Hokus Pokus rzucił info, że biegunka będzie na wiosnę. Powtarzam, biegunka na wiosnę :P

      Usuń
    8. ZWL: Ten Bawidoc to nie Larousse, ale na dole jest "Ciało" Larousse. Żółte czy ceglaste, łopatologicznie poproszę!

      Bazyl: info na fb nie widziałam, ale dostałam wcześniej tę samą informację na maila, o czym już napisałam wyżej w komentarzu pod wpisem Lirael. Biegunki na wiosnę to rzecz powszechna, zwłaszcza w placówkach oświatowych dla bardzo małoletnich:PP

      Usuń
    9. Już napisałem w komentarzu, że to chyba pierwszy przypadek, że rodzice ucieszą się z biegunki :P Do kompletu mogliby dać coś o "womitkach", jak ładnie rzecz nazywa lokalny pediatra :)

      Usuń
    10. Masz absolutną rację:D
      A "womitki" to chyba określenie o zasięgu ogólnokrajowym, bo u nas też funkcjonuje, ku radości wszystkich. Biegunka i womitki - to faktycznie byłby zestaw marzeń:P

      Usuń
    11. Hachette na licencji Larousse, żółte z dziewczynką, no doprawdy:P

      Usuń
    12. U nas womitki nie fukncjonują, widać lekarze mniej zdziecinniali :P

      Usuń
    13. Mnie się nie płaci za prowadzenie kursów dokształcających dla lekarzy:P

      Usuń
    14. ZWL: skoro już altruistycznie udzielałeś porad łopatologicznych (dziękuję, ale widzę że to jakiś biały kruk jest), mógłbyś z dobrego serca wspomóc i lekarzy:P

      Usuń
    15. Lekarzy wspomagają firmy farmaceutyczne, to ja już nie muszę:P

      Usuń
    16. Trudno, skoro nie chcesz nieść kaganka leksykalnej oświaty, będziesz musiał polubić oschłe brzmienie "torsji"

      Usuń
    17. Spoko, jakoś przeżyję, na szczęście progenitura z rzadka womituje vel torsjuje :P

      Usuń
    18. Ale na biegunkę będziecie czekać?:P

      Usuń
    19. Nie będziemy robić konkurencji Tobie i Bazylowi:PP

      Usuń
    20. "Tylna mela" albo "twarzowy spawacz" w ustach pediatry mogłyby podnieść jego notowania u badanych latorośli :)
      PS. Zastanawiam się czy nie wprowadzić captcha na jakiś czas, bo nasilenie spamowych Anonimów jest przytłaczające :(

      Usuń
    21. Może wyłącz anonimowe komentarze na czas jakiś.

      Usuń
    22. Mam czytelników bez konta i nie chcę ich odcinać :)

      Usuń
    23. No cierp w milczeniu:) U mnie już na szczęście spokój.

      Usuń
    24. Nie, wziąłem na przeczekanie:)

      Usuń
    25. No ba, blogier książkowy musi być twardy:)

      Usuń
    26. Ja naiwnie myślałam, że do mnie nie będą zaglądać, ale jest jakby coraz gorzej:( Pewnie captche by pomogły, ale niektórzy zaraz podniosą straszny krzyk!:P

      Usuń
    27. To przejaw rosnącej popularności, cieszyć się trzeba:)

      Usuń
    28. Nie jestem pewna, czy fakt iż poznała się na mnie sztuczna inteligencja jest powodem do radości...

      Usuń
    29. Skoro poznała się sztuczna, to i naturalna się poznała:)

      Usuń
    30. Jako eksudzielająca korepetycji z logiki mam pewne zastrzeżenia co do prawdziwości Twojego wywodu, ale zważywszy na fakt, że możesz mieć na myśli konkretne osoby, niech Ci będzie!:P

      Usuń
  5. Słyszałam o tych książkach ale jakoś jeszcze nie wpadły w nasze ręce. Natomiast słynny serial zwany u nas serialem o krawcach czyli "Było sobie szycie" wałkowany jest od lat wielu. Co do "Ucho, dynia.." to polecam, polecam. Mój Starszy wysłuchał sobie tego jakiś czas temu - audioobok, więc ominęło mnie czytanie :-) A "Arabellę" to chętnie bym obejrzała z dziećmi. Ciekawe czy można gdzieś ją znaleźć? Biegunka pewnie zainteresuje moich urwisów bo temat kupy jest im wciąż bliski :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Arabella z pewnością gdzieś jest, ale nie wiem gdzie; trzeba by poszukać. Myślisz, że Rumburak jest w stanie zainteresować dzieci z pokolenia PSP, konsoli i innych takich?
      Zastanawiam się, jak wszyscy osiągają to, że ich dzieci słuchają audiobooków. U nas wchodzi to w grę tylko w samochodzie, bo tylko wtedy siedzą w jednym miejscu na tyłkach dłużej niż 5 minut, ale nie przemieszczamy się na tyle długo i często, aby udało się nam dzięki temu odhaczyć choćby część lektur:(
      Wobec książek o tematyce fekalnej mam mieszane uczucia. Ostatnio natknęłam się na przegląd rodzajów kup u Mizielińskich w "Zjedz to sam" i myślę, że mogłabym na tym poprzestać.

      Usuń
  6. My audiobooki tylko w domu. Te krótsze - bajki to głównie przed snem, jak mają niedosyt po wieczornym czytaniu. A te dłuższe to tylko w dzień bo inaczej Starszy nie zaśnie aż nie skończy!
    Mój Starszy uwielbia jeść słonecznik. Zatem gdy ma już paczkę słoneczniku (solonego niestety), zasiada wygodnie na kanapie i włącza audiobooka. Jaki cudowny spokój jest wtedy w domu!
    Co do tematów fekalnych...Co powiesz na fakt, że Starszy wybrał się kiedyś z tatusiem do sklepu ze śmiesznymi rzeczami i sobie kupił sztuczną kupę a bratu ...... sztuczne wymiociny? Wciąż ich to kręci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas w domu się nie da. Poza tym nieodłącznym elementem czytania jest przytulanie, a jak tu się przytulać do odtwarzacza CD?:)
      W kontekście słonecznika ciśnie mi się na usta pytanie o to, jak wygląda kanapa i jej otoczenie po takim seansie. Jeśli jest czysto, będzie znaczyło że udało się Wam stworzyć nową genetyczną odmianę dziecka płci męskiej:P Nasi mają jednak geny tradycyjne, więc słonecznik w domu przekracza granice mojej wytrzymałości...
      Chyba powinnam docenić to, że mojemu mężowi dotąd nie przyszedł do głowy pomysł zorganizowania wycieczki do takiego sklepu, bo sądzę że koszyk zakupowy mógłby wyglądać podobnie - wiek 7-10 lat jest wiekiem, w którym ta tematyka wydaje się być jedną z bardziej atrakcyjnych.

      Usuń
    2. A kto mówi,że nie można się przytulać w czasie słuchania? My z gatunku słuchaczy-czytaczy-przytulaczy. Wszystko da się pogodzić :-)

      Co do słonecznika to jakby tu rzec... W tym skubaniu go biorą udział zwykle dwie osoby, czyli Starszy i ja :-)To nasz rytuał. on przygotowuje specjalne miseczki, a sprząta wiadomo kto :-)

      Wyprawa do sklepu była pomysłem Starszego. Zapakował swe oszczędności do portfela, Kochany Ojciec zapakował go do auta i kiedyś wybrali się tam na zakupy. Mój mąż to nietypowy ojciec, no bo który zgodziłby się aby dziecko mówiło do niego z czułością "tata-szmata" tudzież "tatuś- szmatuś" bo akurat tak mu się fajnie rymuje? A dodam, że Młodszy z lubością ostatnio układa rymy :-)
      podpisano: Mama Castorama

      Usuń
    3. Pewnie i da się pogodzić, ale u nas jakoś brak audiobookowego entuzjazmu (może gdyby pojawił się słonecznik, byłoby inaczej?).
      Jakość rymów wstrząsająca, wydźwięk takoż. "Tata-szmata" nie nadaje się raczej do używania na forum:) Akurat w Waszym przypadku tatową akceptację dla takiego miana jestem sobie jednak w stanie bez trudu wyobrazić, bowiem w zamierzchłej przeszłości (17-18 lat temu? jakoś tak) z racji radiowego, około dwuletniego epizodu poznałam Twojego męża (zwanego jednak wówczas nieco inaczej) i wiem, że czego jak czego, ale poczucia humoru i sympatii do otoczenia mu nie brakuje:)

      Usuń
    4. Cóż... pozostaje rzucić banałem: Ależ ten świat mały... Czuję się zdemaskowana, a mąż tym bardziej... pozdrawiamy!

      Usuń
    5. Oj, już nie przesadzaj z tym demaskowaniem - sami się dość mocno odkrywacie; gdyby nie dostępne u Ciebie informacje, pewnie nie ryłabym nocami po sieci, aby dowiedzieć się kto Wy zacz i nie mogłabym teraz wyciągnąć tego asa z rękawa:)
      A świat mały, bardziej niż się nam czasem wydaje...

      Usuń