niedziela, 1 grudnia 2013

A.H.Janowska "Wariacje jesienne", czyli grudniowi na przekór

W zasadzie to głupio, żeby na początku grudnia, gdy wystawy sklepowe skrzą się już od starannie wystylizowanych choinek, a zewsząd słychać dźwięki anglojęzycznych świątecznych piosenek, pisać o książce, która w tytule ma przymiotnik „jesienne”.

Z drugiej jednak strony, gdy wyjrzeć przez okno, jasno (choć dziś to akurat ciemno) widać, że pogoda zdecydowanie jesienna, nie zaś zimowa. Dżdżyście, wietrznie i szaro, brr!



Na takie dni książka Anity Janowskiej nada się jak znalazł. Opowieść snuta z perspektywy bohaterów znajdujących się w jesieni swego życia jest bowiem zasadniczo pogodna, momentami zabawna, chwilami ironiczna, a tylko niekiedy trochę smutna.
To powieść z kluczem, gdyż większość pojawiających się w niej postaci ma swoje pierwowzory wśród faktycznie żyjących kiedyś, a niekiedy i nadal, osób. Podejrzewam, że ktokolwiek nieco lepiej ode mnie zorientowany nie będzie miał większych problemów, by odgadnąć kto jest kim. Tu co nieco podpowiada sama autorka, jednak tak naprawdę znajomość nazwisk i faktów nie jest moim zdaniem niezbędna do tego, by cieszyć się lekturą.

Można potraktować tę historię, pełną różnorakich wątków, wtrętów, postaci, powracających niczym w prawdziwych muzycznych wariacjach, jako opowieść o miłości w wieku dojrzałym. Gdy bohaterowie nie tylko, że dawno mają już za sobą pierwsze kroki w chmurach, ale i są już niekiedy na tyle boleśnie doświadczeni, że już nigdy więcej nie powinni chcieć błąkać się gdziekolwiek ponad ziemią. Niejeden młody człowiek odkryje być może po tej lekturze ze zdumieniem, że takie miłości wcale nie są w niczym gorsze od romantycznych uniesień dwudziestolatków o gładkich twarzach. Nie ulega jednak wątpliwości, że im człowiek starszy, tym droga, którą musi pokonać, by dać szansę miłości, coraz bardziej kręta. Bo choć nasza wiedza o niej wraz z wiekiem staje się coraz pełniejsza, to jednak coraz trudniej jest odrzucić cały bagaż przeżyć i dać się ponieść, bez oglądania się za siebie oraz na boki.

Można także skupić się na tym, że to powieść o literatach, wiodących spokojne życie w Domu Pracy Twórczej w Oborach. Pojawi się więc wiele erudycyjnych wzmianek, błyskotliwych myśli czy literackich tropów.
Dla mnie, osoby, która żyje w zupełnie innym świecie, w wiecznym rozkroku i pogoni za uciekającym czasem, uderzające było całkowite oderwanie bohaterów powieści Janowskiej od takiej jak moja rzeczywistości. Wydają się bowiem być zawieszeni poza czasem i oderwani od jakichkolwiek trosk (poza zdrowotnymi).
Czy wychodzi im to na dobre? Jedna z bohaterek zauważa ironicznie, że są „atrapami uczuciowymi”, gdyż żyją dla obserwacji i są tak naprawdę złodziejami, którzy okradają „bliźniego: z ważnych sytuacji jego życia, z jego wzruszeń, z jego słów. A czy złodziej może szczerze kochać kogoś, kogo okrada?

Mi przypomniała się natomiast zamieszczona w 42 numerze tegorocznego Newsweeka rozmowa z Joanną Bator, która – odnosząc się do życia osób ze środowiska akademickiego – mówiła: „Mogłam żyć na tej wyspie akademickiej i mieć w nosie, co dzieje się poza nią, lecz nie byłam w stanie tego wytrzymać. Moi znajomi są wykształceni, mówią pięknym językiem, słuchają wyrafinowanej muzyki i jest miło. Można zamknąć drzwi i włączyć operę Haendla. Ale można też coś robić na małą skalę: uratować parę kotków, spędzić parę godzin w hospicjum. Albo napisać książkę. Czy wystarczy, że piszę książki, których bohaterka angażuje się w życie? Nie wiem.

Ja wiem, że opisany w książce Janowskiej świat nie jest moim światem i raczej nigdy nim nie będzie. Zbyt wiele jest różnic między mną a jej bohaterami, przynajmniej na tym etapie, na jakim teraz się znajduję. Nie zmienia to jednak tego, że przyjemnie było na parę godzin wsiąknąć w całkiem inną rzeczywistość.

Choć z drugiej strony, nie można zapomnieć o tym, że mottem swojej historii Janowska uczyniła cytat z artykułu arcybiskupa Józefa Życińskiego „Nikodem Dyzma dla intelektualistów”:
„…Ironizowanie, jako podstawowa forma dialogu ze światem, może przynieść nową syntezę, w której homo sapiens i homo ludens wydadzą potomstwo w postaci osoby wesołkowatej, która chroni się przed rozpaczą, uciekając w absurd i autoironię…
Mam wrażenie, że gdy dogłębnie to zdanie przemyśleć, może się okazać, że łączy nas wszystkich więcej niż się to na pierwszy rzut oka wydaje.

Anita Halina Janowska „Wariacje jesienne”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011. 

4 komentarze:

  1. Przynajmniej się wyróżniasz. Ja właśnie stwierdziłam, że oprócz mnie dziś o Mikołajowo - Zakamarkowej książce napisało chyba z 5 blogerów/ek. Taka jestem oryginalna! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja odreagowuję zaduszki, wtedy zrobiłam dokładnie to samo, co Ty dzisiaj. Już obmyślam recenzję jakiejś książki o pisankach, którą opublikuję w Wigilię:PP

      Usuń
  2. Nie bardzo zrozumiałam, o co chodzi z tymi złodziejami, którzy okradają „bliźniego: z ważnych sytuacji jego życia, z jego wzruszeń, z jego słów. A czy złodziej może szczerze kochać kogoś, kogo okrada?” Czy to osoby starsze, będące trochę albo bardziej niż trochę poza nawiasem życia swoich dzieci i wnucząt okradają je z czasu? Podywagowałabym sobie, ale chyba źle odczytałam ten fragment. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to ja za bardzo wyrwałam ten fragment z kontekstu. Nie chodziło o starsze osoby, a o pisarzy, literatów, którzy czasem myślą o zdarzeniach z własnego i cudzego życia tylko jako o temacie do swojej książki, kombinując jak by takie czy inne zasłyszane zdanie jak najlepiej wykorzystać, zamiast wdać się z drugim człowiekiem w zwyczajny, bezinteresowny dialog.

      Usuń