wtorek, 3 czerwca 2014

M. Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew", czyli za nic nie wysiądę na tej stacji

Kiedy nieco ponad miesiąc temu czytałam książkę Małgorzaty Rejmer, bardzo przeżywałam tę lekturę. Kolejne rozdziały, z których każdy stanowi pozornie oddzielną historię, ale w ostatecznym rozrachunku składa się na bardzo spójną całość, stanowiły dla mnie spore emocjonalne wyzwanie. Odchorowałam zwłaszcza pierwszą część, poświęconą czasom „komunizmu, złota i błota”, by zacytować samą autorkę.
Wydawało mi się wówczas, że to jedna z tych lektur, które zostają w pamięci na zawsze, po których nic nie wydaje się takie samo jak wcześniej.

Tymczasem minął miesiąc. Przyznaję, był to miesiąc bardzo dla mnie intensywny. Pełen zmian i ważnych decyzji. Stojący pod znakiem braku czasu, a zarazem – z takich czy innych powodów – zmuszający mnie do skonfrontowania się z własną przeszłością, wyzwalającą niespodziewane niekiedy uczucia.

Być może właśnie dlatego, kiedy dziś wreszcie usiadłam do napisania tego posta, w głowie znalazłam niewiele ponad pustkę. Żadnych emocji, żadnych obrazów. Niewiele więcej ponad: „w Rumunii jest źle, a było jeszcze gorzej”.


To chyba źle świadczy o książce.
A może o mnie?

Bukareszt nie jest miastem, które bierze się pod uwagę, gdy układa się trasę wakacyjnych wyjazdów. Rumunia nie jest państwem, które chce się odwiedzać i o którym chce się wiedzieć coś więcej niż to, że znakomicie mieści się w szufladce krajów drugiej, a może nawet i trzeciej kategorii.
Po lekturze książki Rejmer mam jeszcze mniejszą niż wcześniej ochotę, by odwiedzić ten kraj.

Jasne jest bowiem (jestem mądrzejsza, bo dziś ponownie przekartkowałam książkę, by przypomnieć sobie poszczególne historie), że nie znajdziemy tam optymizmu i piękna.
Asta e” – „tak to już jest”, to chyba najczęściej cytowany w tej książce rumuński zwrot. No owszem, jest źle, ale przecież asta e.
Pogodzenie się Rumunów (ale czy na pewno wszystkich?) z otaczającą ich rzeczywistością drażni, zniechęca, napełnia niezrozumieniem. A raczej drażniłoby, zniechęcało i napełniało niezrozumieniem, gdyby nie pierwsza, stanowiąca niemal połowę książki, część. Po jej przeczytaniu, po uświadomieniu sobie wszystkich okropieństw, z jakimi – zwłaszcza za czasów rządów Ceaușescu – stykali się na co dzień, zaczęłam patrzeć na nich inaczej, z większą wyrozumiałością. Faktycznie, asta e.

Pałac Parlamentu (Dom Ludu); źródło zdjęcia: wikipedia
Historia ukształtowała Rumunów tak, że nie mają do niczego ani do nikogo zaufania. W ich życiu było tyle zmian i niepewności, że w nic nie wierzą, ani w polityków, ani w instytucje, ani w ludzi dookoła. Każdy zawsze radził sobie sam. Zbyt wiele razy państwo i historia zrobiły z nas głupców.”, mówi Rejmer rumuński historyk, Lucian Boia, a ona dorzuca do tego garść rumuńskich powiedzeń: „Dasz komuś chleba z solą, pożre cię całego.” „Masz pieniądze, masz przyjaciół, nie masz pieniędzy, nie masz przyjaciół.” „Na duży ból lekarstwem ból większy.” oraz poprawia przekleństwami.
Zaczynam kolekcjonować najbardziej obrazowe rumuńskie przekleństwa. Tworzą one alternatywną rzeczywistość, w której główne role odgrywają penis, nazywany miękko pula, matka osoby obrażanej oraz sacrum, czyli: wszyscy święci, zmarli, bogowie oraz, nieodłącznie, diabeł.
   Czasami naraz. Przykład: „Będę dymał wszystkich świętych twojej matki na lodzie.”
   No, to jest coś. Że ktoś obraża czyjąś matkę – znamy. Że ktoś miesza do tego świętych matki – to już pewna egzotyka. Ale że akt zemsty dzieje się na lodzie – to już arcyrumuńska fantazja. (…)
   Z wściekłych słów powstaje obrazek, który jest groteską i śmiechem. „Dziwisz się jak Maryja, gdy pierwszy raz zobaczyła pizdę w lusterku”, mówią czasem co bardziej dowcipni Rumuni. W języku rumuńskich przekleństw tabu popełnia samobójstwo, wieszając się na sznurówkach.

Rejmer spędziła w Bukareszcie dwa lata; twierdzi że jeszcze tam wróci. Mimo tego, że pisze znakomicie, nie planuję ponownego towarzyszenia jej w tej podróży.

Małgorzata Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew.” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

74 komentarze:

  1. O Rumunii słyszałem dziecięciem będąc historie handlowe. Kryształy bodajże w grę wchodziły czy coś. A Rumunia poznana przez pryzmat prozy Herty Müller też nie zachęcała do poznania kraju. Choć składałem to na karb pewnej specyfiki sytuacji. Wiesz Sasi siedmiogrodzcy i takie tam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie biseptol jako środek antykoncepcyjny? Może to w Bułgarii szło.

      Usuń
    2. Na 90% kryształy, tylko nie pamiętam czy się zawoziło czy przywoziło :P I jakaś mrożąca krew w żyłach historia o wizycie na rumuńskim dołku w związku z podejrzeniem o nielegalny handel. O biseptolu pierwsze słyszę :)

      Usuń
    3. Pewnie wywoziło. Inżynier Karwowski nawet woził kryształy jako gifty :)

      Usuń
    4. Trzeba było mieć obcykane co, gdzie, komu i za ile :P

      Usuń
    5. Ja nigdy nie miałem :P Z Czechosłowacji przywiozłem lentilki i czekoladę, a z NRD karty do gry. I czekoladę.

      Usuń
    6. Ja do 15 roku życia najdalej byłem w Krakowie. Do 40 myślę, że wyniku nie poprawię :P

      Usuń
    7. Życie zaczyna się po czterdziestce. Przynajmniej mam taką nadzieję :)

      Usuń
    8. A nie po sześćdziesiątce siódemce? O ile nic się nie zmieni. Ja tam na razie tego życia nie widzę, tylko przetrwanie :( Już od dawna hołduję zasadzie asta e, o którym mowa w tekście :(

      Usuń
    9. Wolałbym po czterdziestce, mniej czekania :P

      Usuń
    10. Kto by nie chciał? Trzeba było w mundur wskoczyć? :P

      Usuń
    11. Albo górnikiem dołowym zostać:)

      Usuń
    12. Bazyl, ciepnij tę Hertę w kąt i jedź kiedyś z dzieciami do Rumunii na wakacje.

      Usuń
    13. Chętnie, jak tylko znajdę sponsora i choć odrobinę wolnego czasu :P Tak naprawdę Rumunię "znam" tylko z opisów z blogów rowerowych i chętnie bym się w taki sposób (bo tani), kiedyś po niej poprzemieszczał. Ale ... patrz zdanie pierwsze :D
      Mam ochotę na "Jadąc ..." Stasiuka, ale nie wiem czy już nie jest zbyt zdezaktualizowana. Na Rejmer zresztą też :)

      Usuń
    14. Sponsor jak sponsor, tam drogo nie było, pewnie się to nie powinno drastycznie zmienić, ale gorzej z tym czasem.


      W ogóle przypomniałes mi i się rozmarzyłam. Och, ach i wow.

      Jadąc nie jest złe, ale Stasiuk skręca trochę w stronę filozoficznego pitu-pitu, wszędzie widząc rozpierduchę (pardon le mot) i nicość. Bardziej podobał mi się Kruszona (Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła),

      Usuń
    15. Teraz to Ty mi zafundowałaś wspomnienia, przypominając kruszona w butelkach oranżadówkach. Ależ to trzepało beret :P

      Usuń
    16. I co ja mam Wam tu teraz napisać? Tyle razy zmeandrowaliście, że nie mam pojęcia który wątek kontynuować!:(
      Ale w życiu nie słyszałam o tym, aby ktokolwiek jeździł na handel od Rumunii. Z Pomorza najwyraźniej było za daleko.

      Usuń
    17. Dorzuć jakąś ciepłą uwagę o biseptolu albo komentarz do życia po czterdziestce :)

      Usuń
    18. Rozumiem, że to test jednokrotnego wyboru? Biseptol odpuszczam (zwłaszcza w przytoczonym kontekście). O życiu po czterdziestce też nie mam jeszcze za dużo do powiedzenia:P

      Usuń
    19. Od razu zabiłaś! Inteligentni ludzie zawsze znajdą jakiś punkt zaczepienia:P

      Usuń
    20. Rozumiem, że Ty oddajesz partię walkowerem?:P

      Usuń
    21. Myśmy tu z koleżeństwem tyle punktów zaczepienia podsunęli, że można na Mt Everest wejść. Ale oczywiście NIEKTÓRYM to się nie dogodzi :P

      Usuń
    22. No nie dogodzi. Na Everest to ja tylko bez tlenu i bez Szerpów, więc co się dziwisz?:P

      Usuń
    23. Wcale się nie dziwię, absolutnie :)

      Usuń
    24. To teraz będziemy gawędzić o tlenie, czy o Szerpach?

      Usuń
    25. Przedawkowałem tlen podczas przesadzania pomidorów, więc poproszę o Szerpach.

      Usuń
    26. Hm. To może, żeby tak zgrabnie nawiązać do posta, zwrócę uwagę na fakt, że w Bukareszcie Szerpów jest mało.

      Usuń
    27. Przypuszczam, iż tlenu w Bukareszcie też niewiele, to nic dziwnego, że i Szerpów nie uświadczysz.

      Usuń
    28. Zdaje się, że im akurat braki w tlenie nie przeszkadzają, ale kontynuuj, kontynuuj.

      Usuń
    29. Teraz Twoja kolej rzucić złotą myśl :)

      Usuń
    30. O tej porze złotych już nie mam. Ale chętnie nawiązałabym do tego kruszona w oranżadówkach, o którym wspominał Bazyl. Co to, jak rany?

      Usuń
    31. Jako osoba cale pół roku po 40-ce dodam,że na razie nie zauważam powalających zmian w życiu.Możliwe, że to faktycznie dopiero po tej 67-ce ;) Co do biseptolu, to mam uczulenie.A kruszon, to coś na bazie białego wina i pomarańczy chyba, chodzi o to, że ma być zmrożony ;)

      Usuń
    32. Kruszon o którym piszę niewiele miał wspólnego z zamysłem twórców ponczu. TU etykietka z butli 0.75, my piliśmy jakieś lokalny wynalazek w 0.33 :)
      PS. Proponuję wspólny wypad do Rumunii i próbę stworzenia na bazie lokalnych win własnego kruszona jako cel przewodni tej eskapady :P

      Usuń
    33. Bazyl, dobry kierunek.
      Wspomnień ciąg dalszy: http://pl.wikipedia.org/wiki/Murfatlar

      Usuń
    34. Tak właśnie mi się wydawało, że ten kruszon nie może być tym kruszonem, który wszyscy mamy na myśli. Grunt, że Bazyl wypił i przeżył!:P

      Chaber: być może życie nie stanęło na wysokości zadania. Niewykluczone zresztą, że po sześćdziesiątych siódmych urodzinach też nie stanie. Może to i lepiej?

      Iza: rumuńskiego wina chyba nie piłam, jak żyję. Ale biorąc pod uwagę, że mołdawskie są niczego sobie, to pewnie i rumuńskie by smakowały.

      Usuń
    35. Ale wiesz, nie próbujcie tego w domu! :P

      Usuń
    36. Ja się trzymam wersji "jakie 40ci? nie znam takiej liczby!", więc może to tez to ;)
      Aaa, to taki kruszon. Nie ma to jak lokalne wynalazki (tak a propos Rumunii również) ;)

      Usuń
    37. Bazyl: teraz coraz częściej mam wrażenie, że za stara już jestem na takie wynalazki. Wiem, co lubię i tego się trzymam, o! A przy okazji: zielony Miłosław raczej średni, powiedziałabym:(

      Chaber: To chyba jakaś nowa choroba, odmiana dyskalkulii:) Ja też dochodzę do 39,5 i dalej ani kawałka!:P

      Usuń
    38. lekarz: ile ma panie lat?
      ja (szczerze, bez namysłu, całą sobą):28!
      lekarz (patrząc na Pesel): ...
      ja: przepraszam, nie wiem dlaczego to powiedziałam.

      Tak więc to nie jest żadna choroba, to po prostu szczera prawda! ;)

      Usuń
    39. :)) Ponieważ w pracy, z obowiązku, pytam o wiek niemal każdego (mając przed nosem jego Pesel), stwierdzam stanowczo, że takich przypadków jak Twój jest więcej. O dziwo jednak, znacznie częściej odruchowo i szczerze odmładzają się panowie.

      Usuń
    40. A to ciekawe, tylko czy chociaż przepraszają? ;)
      Osobiście uważam, że się nie odmładzam, ja po prostu mam takie samopoczucie ;)

      Usuń
    41. Nie, po zdemaskowaniu wypuszczają po prostu powietrze z wciągniętych dotąd brzuchów.
      O to, to z tym samopoczuciem! U mnie też zatrzymało się gdzieś na tym poziomie:))

      Usuń
    42. Tak myślałam (to o panach) ;)
      Samopoczucie jest najważniejsze! ;)

      Usuń
    43. Osobiście mam jednak gdzieś pod powiekami obraz licznych dzidzi-próchen, dlatego co jakiś czas zastanawiam się nad tym, czy aby na pewno powinnam się czuć tak, jak się czuję:(

      Usuń
    44. Nie, no progu śmieszności nie będziemy przekraczać! Dopóki proponują mi jeszcze ulgowe bilety, to mogę mieć "samopoczucie na 28" ;)

      Usuń
    45. Mi też proponują, ale zastanawiam się wtedy, czy nie biorą mnie za szczęśliwą posiadaczkę Karty Seniora:P

      Usuń
    46. No tak na to nie popatrzyłam, kurcze... o_O

      Usuń
    47. Bo każdy kij ma dwa końce, a zazwyczaj dostajemy tym, którego nie zauważyliśmy:P

      Usuń
    48. To by wyjaśniało, dlaczego na moją radosną informację, ze wzięto mnie za studentkę uniwersytetu, mój brat dodał "trzeciego wieku! o_O

      Usuń
    49. Niech zgadnę: brat pewnie młodszy? Oj, przyjdzie kryska, a raczej kij, i na niego, oj, przyjdzie...

      Usuń
    50. Młodszy. Całe 3 lata. Moim zdaniem, już dawno wygląda na starszego ;)

      Usuń
    51. :) Nie ma to jak bratersko-siostrzana miłość, nie?:)

      Usuń
    52. "kto Ci prawdę powie, jak nie ja, brat Twój rodzony"- tak jakoś szło ;)

      Usuń
    53. Jeśli kiedyś będziesz chciała założyć Klub Starszych Sióstr, w którego statucie będzie zapisane "pokazywanie młodszemu rodzeństwu, gdzie ich miejsce), zgłaszam się na członka!:P

      Usuń
    54. Czuję, ze mój brat odpali wtedy jakąś ciętą ripostę, ale pomysł jest i tak zacny oraz wart realizacji ;)

      Usuń
    55. Pamiętaj, że za nami stoi dłuższe doświadczenie życiowe! W konkursie na bardziej cięte riposty z pewnością będziemy więc górą!:P

      Usuń
  2. E tam. Byłam w Rumuniii, fakt, omijając miasta i chętnie wybrałabym się ponownie. Co więcej - autochtoni wydawali mi się nawet dość towarzyscy, tak mniej więcej 17 razy bardziej niż Polacy, moze pani Rejmer liczyła, że np. będa jej pokazywać rodowe srebra?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat o towarzyskości Rumunów Rejmer pisze (w jednym z rozdziałów zamieściła znakomity opis podróży pociągiem), i to w pozytywnym kontekście. Ona w ogóle zdecydowanie lubi ten kraj, z jego stolicą na czele. Tyle że pierwsza część książki, z wątkiem ponuro-tragiczno-komunistyczno-historycznym, zdecydowanie nadaje ton całości i potem już wszystko jest bure, przygnębiające i - mnie osobiście - mocno zniechęcające. Ale może faktycznie za szybko się poddałam? Następnym razem spróbuję z Kruszoną.

      Usuń
    2. Ja pewnie jestem trochę skrzywiona, bo wolę te co bardziej zapyziałe zakątki Europy Wschodniej, od wymizianych zachodnich, bo mi trochę przypominają PRL-owskie dzieciństwo.

      Usuń
    3. Mnie też bardziej ciągnie w tym kierunku, a już wyjazdu na zorganizowane wczasy z biurem podróży do ilukolwiektambądź gwiazdkowego hotelu w ogóle sobie nie wyobrażam, ale Rejmer swoimi opisami zadziałała wyjątkowo odstręczająco.

      Usuń
  3. Książkę mam, ale nadal niestety pod hasłem "przeczytać wreszcie!". Zastanawiam się jednak nad uleganiem pewnym stereotypom w postrzeganiu. Byłam w Rumunii jakieś 3, może 4 lata temu. Był to wyjazd specyficzny, bo zupełnie nieturystyczny, a związany z plenerem fotograficznym (nastawionym mocno na fotoreportaż). Byliśmy w Transylwanii.Trafiliśmy do takiego miejsca o nazwie Copșa Mică - część terenu wyglądało jak po jakimś wybuchu nuklearnym. Na tych zgliszczach pracowało sporo dzieci- jedyne o co nas poprosili, to jedzenie. Ale to był tylko fragment miasta, reszta funkcjonowała normalnie. Ogólnie podróżowaliśmy sporo- głownie pociągami, do małych miejscowości i małymi grupami, bo dzięki temu można było wejść do domów (zapraszano nas często), po miejscowych barach i wyszynkach. I mówiąc szczerze- są tam rejony biedne i rejony bogatsze. Tak jak w Polsce trochę. To, co najbardziej zapamiętałam,to ludzka życzliwość. I im biedniej, tym milej. Ale nie mogę powiedzieć, że wszędzie było ponuro i tragicznie. Podobała mi się Sighișoara (wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO), dość "kurortowe" jest Sibiu. Jest sporo ładnych krajobrazów. Myślę, że warto ten kraj zobaczyć pomimo tego, że pewnie nie jest ociekający bogactwem i być może krótszy wypad nie spowoduję spadku nastrojów ;) Ja go widziałam od tej mniej optymistycznej strony, ale nie wróciłam z depresją. Na marginesie dodam, że niedawno widziałam świetny film ("Godziny otwarcia"), gdzie jednym z bohaterów jest miasto Wiedeń. Brudne, szare, obklejone reklamami. Od tej strony nigdy go nie widziałam, ale czy powinnam w związku z tym wykreślić z listy "do zobaczenia"? ;) ps. do jest tylko refleksja związane z miejscem, a nie negowanie Twojego odbioru książki- to tak gwoli uściślenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I oto plusy korzystania z bibliotek - nieubłagany termin zwrotu zmusza do czytelniczej mobilizacji (tym razem przedłużałam okres wypożyczenia "tylko" trzykrotnie).
      Na pewno książka Rejmer pozwala spojrzeć na Rumunów i Rumunię innym wzrokiem; być może także pozbyć się pewnego schematyzmu w myśleniu, może też choć trochę zrozumieć, czemu jest u nich tak, jak jest. Ale mimo wszystko uczuciem dominującym u mnie po lekturze było: "lepiej trzymać się z dala!"
      Co nie zmienia faktu, że w ubiegłym roku rozważaliśmy możliwość wyjazdu na wakacje właśnie do Rumunii. Albo Bułgarii. Albo Czarnogóry:) Kto wie, może za kilka lat wrócimy do tego pomysłu?

      Usuń
    2. O tak, biblioteka działa mobilizująco! Gorzej, że szybciej coś kupię, niż wypożyczę (moje "ulubione" hasło "jesteś xx w kolejce oczekujących"), chociaż jak widzę swoje tempo czytania, to nie wiem, czy na jedno nie wychodzi o_O
      Być może to sposób pisania albo opisywania działa tak anty? Przeczytam książkę, to porównam ze swoimi wspomnieniami :)
      Moja koleżanka parę ładnych lat temu zabrała dwójkę małych dzieci i pojechała właśnie do Rumunii na wakacje- wróciła zachwycona. Inna też z dziećmi była chyba nawet parę razy w Czarnogórze (podobno jest zachwycająco). Tak, ze nic tylko w drogę! ;)

      Usuń
    3. W mojej bibliotece kolejki jakieś mniejsze, a wczoraj to już w ogóle stanęłam przed półką z nowościami i osłupiałam, bo chciałam wypożyczyć prawie wszystko! Ostatecznie wyszłam z pustymi rękami, albowiem uświadomiłam sobie, że w najbliższym czasie będę miała jeszcze mniej czasu na czytanie.
      Rejmer pisze bardzo dobrze. Poszczególne rozdziały są dość krótkie, przez co raczej niemożliwe, by czytelnika dopadło znużenie. Wszystkie te opowieści są jednak potwornie przygnębiające - w każdym razie na mnie tak podziałały.
      W tym roku za daleko nie pojedziemy, niestety, ale kiedy jeszcze nam się wydawało, że pojedziemy, poważnie rozważaliśmy Czarnogórę. Tyle że od nas to dwa dni jazdy:((

      Usuń
    4. Tak, ja sobie uświadamiam za każdym razem odbierając nowe pozycje w księgarni, że miałam już nic nie kupować... W tym miesiącu NIC wynosi 3 pozycje. A mamy dopiero 6/7 czerwca :/ A, nie przepraszam, jedną książkę dostałam na imieniny!
      Nie, nie miałam na myśli znużenia, tylko właśnie wprowadzenie czytelnika w niewesoły stan ducha.
      Cóż, może Czarnogóra jeszcze przed Wami. Znajomi z Krakowa też jechali 2 dni ;), ale oni jeszcze zwiedzali po drodze coś tam, więc musieli nocować. Dzieci dałyby podobno radę, ale rodzice padli ;)

      Usuń
    5. Mi na kupowanie książek szkodzi internet. Jakby mnie odciąć od sieci, pewnie bym nie kupowała, gdyż nie mam czasu na chodzenie po sklepach ani księgarniach. Moje nic w tym miesiącu ciągle jeszcze wynosi zero, ale ten stan wkrótce się zmieni, wiem to na pewno. W końcu co to za różnica, czy będę się przeprowadzać z dwoma tysiącami książek, czy z dwoma tysiącami i pięcioma, prawda?:P

      Usuń
    6. O to to- to ten internet! Ja też tak głównie kupuje. Chociaż mając dużo czasu zbłądzę i do ulubionej księgarni.
      Oczywiście, myślę, że te 5 dodatkowych egzemplarzy będzie zupełnie niezauważalna ;)

      Usuń
    7. Sformułowanie "mając dużo czasu" wydaje się tu kluczowe. Moja ulubiona księgarnia jest w miejscu, w które zapuszczam się mniej więcej raz w roku, więc nawet po drodze nijak nie ma jak wpaść:(

      Usuń
    8. Dużo czasu jest kluczowe, ale im mniej się go ma, tym efektywniej się wykorzystuje. Taki paradoks jakby.

      Usuń
    9. Tak, tak, wszyscy znamy dowcip o rabinie i wziętej do przeludnionego mieszkania kozie. Aktualnie u mnie pomieszkuje sobie całe ich stado, dlatego czekam z utęsknieniem momentu, gdy wreszcie się wyprowadzi!

      Usuń
  4. Momarto,

    Lektura musiała faktycznie być przygnębiająca. Mam ostatntnio słabe nerwy, więc pewnie się nie skuszę, zwłaszcza, że w kolejce na półce czeka u mnie parę innych traumatyzujących pozycji.

    Dołączę tu do obrońców honoru Rumunii, jako wakacyjnej destynacji. Spędziłam tam pierwszy wspólny wyjazd z moim mężem (ku przerażeniu znajomych: "Dlaczego od razu nie do Czeczenii?), ale myślę, że w miarę obiektywnie ;-) mogę powiedzieć, że to piękny kraj (północny wschód i Transylwania) i super mili ludzie. No, ale przyznaję, nie byłam w stolicy i nie wnikałam, tylko napawałam sie krajobrazami i zabytkami.

    A co do cytowanych przez Ciebie fragmentów, to pierwsze dwa całkiem dobrze pasują mi i do naszego narodu. Choć nam historia przynajmniej oszczędziła psychopatycznego dyktatora...

    O przekleństwach pisałam pracę magisterską i mimo że było to dawno i nieprawda, to coś mi się kołacze, że bluźniercze przekleństwa są chyba dość typowe dla języków romańskich (np. włoskiego i hiszpańskiego). Natomiast fantazję przy bluzganiu doceniam. Jeśli już ktoś musi, to przynajmniej niech będzie kwieciście a nie topornie ;-)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już widzę te przerażone miny Waszych znajomych!:) Niektórzy z moich znajomych, gładząc opalone w tureckich, hiszpańskich i egipskich kurortach ciała, krzywili się nawet na nasze Węgry, więc gdyby usłyszeli, że wróciłam z Rumunii, chyba natychmiast pobiegliby się zdezynfekować.
      Tak naprawdę jednak, uważam że wszędzie jest pięknie. Trzeba tylko umieć się rozglądać.

      Niewątpliwie psychopatyczny dyktator jeszcze przez jakiś czas będzie - zza grobu - oddziaływał na Rumunów. Skoro my mamy problem z wyzwoleniem się ze starego sposobu myślenia, to czy można dziwić się im? Mój charakter i temperament są jednak całkiem inne; będąc urodzoną optymistką, nawet wiedząc o całym ciążącym na nich bagażu, nie potrafiłabym chyba się tam odnaleźć.

      Pracą magisterską o przekleństwach mi zaimponowałaś, zwłaszcza gdy przypomnę sobie o jakim nudziarstwie ja pisałam! Przeklinanie z fantazją zdarza się coraz rzadziej; być może dlatego, że mniej rozładowuje niż rzucone z odpowiednim rozmachem jedno siarczyste słowo? W każdym razie tak działa to u mnie, a przeklinam okropnie, na szczęście tylko w pracy i samochodzie:)

      Usuń