niedziela, 5 maja 2013

G. MacDonald "Księżniczka i koboldy", czyli archaicznie ale magicznie


Gdyby jakiś Ktoś poprosił mnie o udzielenie paru dobrych rad na temat wychowywania dzieci, rozejrzałabym się z przestrachem wokół i czym prędzej dała nogę.
Gdybym miała wypowiedzieć się na temat tego, czym zainteresować i zająć latorośle, by rozbudzić ich wyobraźnię i kreatywność, udałabym że mam zapalenie krtani i niestety nie mogę się wypowiedzieć na ten, jakżeż pasjonujący, temat.
Wreszcie, jeśli miałabym wyrazić swoje zdanie na temat tego, jakiego rodzaju książki są w stanie przyciągnąć urodzonego w XXI wieku młodego człowieka, poprzestałabym na bezradnym rozłożeniu rąk.
Tak. Spójrzmy prawdzie w oczy. Głupiam jak but. Ciemnam jak tabaka w rogu. Na szczęście – jestem tego pewna – jestem w doborowym towarzystwie większości rodziców.

źródło zdjęcia: lubimyczytać.pl 
Kiedy jakiś czas temu samodzielnie przypominałam sobie Tolkienowskiego „Hobbita”, byłam zdegustowana. Miałam bowiem w pamięci siebie z czasów szkoły podstawowej (mogłam być wtedy w piątej, może szóstej klasie), pochłaniającą stronę za stroną i płonącą rumieńcem ekscytacji. To było jednak ładnych parę efektów specjalnych temu, w epoce przedkomputerowej, która raz na zawsze zmieniła nasz sposób postrzegania świata. I choć umiem zachwycać się klasyką, „Hobbit” czytany w roku 2012 wymęczył mnie i wynudził. Akcja posuwała się do przodu ślimaczym tempem, baśniowych stworów (lubię, lubię) nie było wcale aż tak dużo, a opis najważniejszej rozgrywki został stworzony jakby od niechcenia, nie przydając jej przez to atrakcyjności. Ponieważ zaś w owym czasie Starszy gardził jeszcze samodzielnym czytaniem, uznałam że nie zamierzam powiększać grona męczennic i spokojnie wykreśliłam tę pozycję z listy wspólnych lektur.

Kiedy jednak przeczytałam, że u prapoczątków „Hobbita” leżała powieść zapomnianego dziś w Polsce szkockiego pisarza George’a MacDonalda „Księżniczka i koboldy” (tłumaczona u nas także jako „Królewna i goblin”) oraz, że tym autorem inspirował się również C.S. Lewis, tworząc swoje „Opowieści z Narnii”, postanowiłam zaryzykować. Wcześniejsze doświadczenia z tworzącą tylko nieco później Edith Nesbit mamy dobre; jak się okazało – MacDonald też okazał się celnym strzałem. Dlaczego? To dobre pytanie, bowiem pozornie argumentów "za" jest porównywalnie dużo z tymi "przeciw".


Po pierwsze, czytaliśmy książkę w obrzydliwym wydaniu, opatrzoną potwornie brzydkimi ilustracjami. Niestety tylko taki egzemplarz był w naszej bibliotece (tu apel do bibliotek: patrzcie, na Jowisza, jak wygląda to, co kupujecie!), a po rozważeniu stopnia ryzyka nie zdecydowałam się na zakup własnego egzemplarza, choćby tego z wydawnictwa Muchomor, robiącego na internetowy rzut oka nieporównywalnie lepsze wrażenie.

Oboje z synem prychaliśmy więc i parskaliśmy za każdym razem, gdy trafialiśmy na rysunki, epatujące nie tylko kakofonią barw, ale i ohydą kreski. Zamykaliśmy jednak każde po jednym oku i czytaliśmy dalej.

Po drugie, pierwszych pięć rozdziałów książki traktuje wyłącznie o księżniczce (Irence), jej niani (Lotce) oraz przędącej na kołowrotku w wieży tajemniczej babci. Pokażcie mi ośmiolatka płci męskiej, który dobrowolnie pogrąży się w lekturze, w której od razu na początku zostanie zdominowany przez takie nudne baby! Było więc ciężko. Gdyby nie George Lucas i księżniczka Padmé Amidala (synu, a pamiętasz? W Lego Star Wars też przecież była księżniczka!), misja zostałaby chyba zaliczona do kategorii: „impossible”.

Po trzecie, tempo opisywanych w książce wydarzeń nie zalicza się do najbardziej galopujących. Dziadek, który z racji cotygodniowego goszczenia u siebie wnuków i oferowania im noclegu wraz ze śniadaniem, jest zmuszony raz w tygodniu przeczytać rozdział z aktualnie czytanej Starszemu książki, jęczał i stękał, ilekroć widział, że znów będzie to „Księżniczka i koboldy”.
- Przecież tam się nic nie dzieje! Zlituj się nad tym biednym dzieckiem! – warczał, ignorując tłumaczenia, że dziecko najwyraźniej ma na ten temat inne zdanie.

Dlaczego więc przeczytaliśmy całość, a Starszy co wieczór nie mógł się doczekać dalszego ciągu?
Po pierwsze, może dlatego że jest to sprawnie napisana historia o wielu wątkach, którą można czytać wielopłaszczyznowo.
Jest bowiem wprawdzie ośmioletnia księżniczka, ale równoprawnym bohaterem (uwaga, szósty rozdział, dacie radę, szósty rozdział!) okazuje się być młody górnik, Cyryl (jak pisze autor: mniej więcej dwunastoletni), który oprócz tego, że bardzo kocha swoich rodziców, a zwłaszcza mamę (wątek czerwonej spódnicy jest wręcz wzruszający, a do tego dobrze robi dzieciom, którym wydaje się, że jeśli zabraknie pieniędzy, to przecież po prostu można wyjąć je z bankomatu), to jeszcze jest dzielny, odważny i w ogóle, ho, ho!
Jest to więc i po prostu przygodówka (na księżniczkę Irenkę czyhają złe koboldy, które żywią niecne zamiary zarówno wobec niej, jak i wobec innych ludzi, w tym w szczególności eksplorujących kopalnię górników), ale też i metaforyczna opowieść o walce dobra ze złem. Autor zestawia ponadto ze sobą dwa światy: bogaty (księżniczka i jej dwór) oraz biedny (Cyryl z rodziną oraz reszta górników), pokazując że drugi nie jest w niczym gorszy od drugiego, a wręcz może nieraz okazać się w czymś lepszy. Mówi też o tym, że czasem trzeba zaufać drugiemu człowiekowi, choćbyśmy nie dysponowali namacalnymi dowodami świadczącymi na jego korzyść oraz o tym, że brak zaufania i wiary potrafi mocno zaboleć.

goblin
Po drugie zaś, świat stworzony przez Macdonalda okazał się być światem znanym Starszemu z komputerowej gry Heroes of Might & Magic III, której jest wielkim fanem i która wzbudza w nim olbrzymie emocje, tłumiące w zarodku jakiekolwiek ewentualne zainteresowanie nowszymi wynalazkami, typu wszelkiego rodzaju konsole i przeznaczone na nie gry. (Swoją drogą, ciekawe czy twórcy gry także czytali Macdonalda, czy poprzestali wyłącznie na lekturze Tolkiena?)
Magiczny pierścień, koboldy (lub jak kto woli – gobliny), ich wynaturzone zwierzęta, kopalnie – widziałam, jak Starszy w czasie czytania przenosił się w inny, magiczny świat, wyobrażając sobie wszystkie te stwory i bez mrugnięcia okiem przyjmując pojawianie się różnego rodzaju czarodziejskich udogodnień, jak na przykład magiczna cieniutka nić, uprzędziona (czy ktoś ma pomysł jak inaczej odmienić to słowo? "uprządnięta"?) przez równie magiczną babcię Irenki.

A ponieważ w minionym tygodniu poza koboldami pasjonowaliśmy się także Ligą Mistrzów, reasumpcji moich wynurzeń dokonam w piłkarskim stylu:
Tolkien – MacDonald 0:1.

I na tym można byłoby poprzestać, gdyby nie drobny problem. Do finału przeszedł bowiem MacDonald, wypadałoby więc rozegrać jeszcze jeden mecz. Wypadałoby tym bardziej, że perfidnie zakończył swoją powieść zdaniem brzmiącym: „Dalszy ciąg tej historii zamierzam wam opowiedzieć w tomie pt. „Księżniczka i Cyryl”. Sęk w tym, że autor owszem, postąpił jak zamierzał, jednak w Polsce zdaje się nikt jeszcze nie wydał tłumaczenia owej drugiej części. Pozostaje mi więc albo w trybie natychmiastowym podszkolić swój angielski na tyle, by nadawał się do tłumaczenia symultanicznego w czasie czytania dziecku, albo udać się na żebry do któregoś z wydawnictw, błagając o litość. Muchomorze, może Ty?!

George MacDonald „Księżniczka i koboldy”, tłumaczyła Monika Auriga, ilustrowali Jerzy Woś i Piotr Markowiak. Wydawnictwa „Alfa”, Warszawa 1990.

54 komentarze:

  1. A wyobraź sobie, że są ludzie, którzy są ekspertami od tego, co czytać dziecku. Moim zdaniem w większości tylko się im tak wydaje:P Scena weekendowa - jak pamiętamy Starsza czyta wyłącznie to, co już zna, albo jest podobne do tego, co już zna:P A tym razem tatuś wchodzi do pokoju i widzi dziecię pogrążone w lekturze wyciągniętej samodzielnie (!!) z własnej (!!) półki trzeciej (!!) części Karolci. Która moim osobistym zdaniem jest totalnym chłamem. Co ją podkusiło - nie wiem, odmówiła zeznań, a ja nie naciskałem. Niech czyta:D
    Z racji tego, że w komputerze Starszą interesuje Barbie Syrenka, program do bezwzrokowego pisania oraz zaawansowane malowanki w Paincie koboldom nie daję szans. Mimo księżniczki:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może gdyby ukazała się wersja z tymi okropnymi ilustracjami do samodzielnego pokolorowania, Starsza dałaby się skusić? Dobór barw w jej wykonaniu z pewnością byłby dużo lepszy:) Wydaje mi się jednak, że jest to książka też dla dziewczynek - częstotliwość występowania Cyryla i Irenki (w pakiecie z magiczną babcią i nianią) jest mniej więcej wyrównana, a do tego można pomyśleć o wątku romantycznym (w tle przewija się obiecany Cyrylowi przez Irenkę całus):P Nie wiem, nie wiem, ja bym spróbowała:)
      Ludzi sobie wyobrażam, kilka takich egzemplarzy nawet znam. Biedne te ich dzieci...

      Usuń
    2. Książkę mogę zdobyć, problem w przekonaniu Starszej do czytania samodzielnego albo słuchania w moim wykonaniu - mission impossible:P A dla samego siebie to mi się nie chce czytać:)

      Usuń
    3. Popracuj więc nad intonacją i artystycznym zaangażowaniem:) Mój Starszy ciągle wysoko ceni me zdolności lektorskie; na tyle wysoko, że porzucił samodzielną lekturę "Człowieka z blizną" i dalej kazał czytać mi. Oporu nie stawiałam:)
      Dla samej siebie też bym chyba Koboldów nie czytała, a nawet jeśli, fanfar by nie było. Wspólne czytanie z dzieckiem znacznie podnosi wartość każdej lektury; może nawet "Hobbita" bym zniosła?

      Usuń
    4. Ja też jestem ceniony, ale wyłącznie w starannie wyselekcjonowanym repertuarze, który obecnie obejmuje trzecią powtórką Paddingtonów:P
      Aha, Starsza opowiada wciąż dowcipy KK:P Niektóre są nawet nawet :)

      Usuń
    5. Chyba zaprosimy Cię do nas, może będziesz w stanie przekonać nas do Paddingtona (bo jeśli nie Ty, to kto?:P)
      Starszemu z dowcipami na szczęście chwilowo trochę przeszło (ale on wcześniej zaczął). Owszem, niektóre są nawet nawet, z naciskiem na "niektóre", a dodałabym jeszcze, że wskazane jest czytanie książeczek z dowcipami z zachowaniem duuużych odstępów czasowych pomiędzy poszczególnymi stronami.

      Usuń
    6. Indoktrynacja Paddingtonem u nas zaczęła się bardzo wcześnie, wieloletnich zaniedbań nie da się chyba odrobić:P
      Dowcipy przeczytane po dwa razy, w środę idziemy do biblioteki po resztki Karolków, przewidująco zostawiliśmy ze trzy części:))

      Usuń
    7. A Ciebie ktoś indoktrynował Paddingtonem w dzieciństwie? To chyba jednak o co innego chodzi.
      Starszy sam wypożycza Karolki ze szkolnej biblioteki i już za chwilę wyczerpie możliwości. Myślę intensywnie, co mu podetkać jako następne; wzięłam z biblioteki jakąś Strękowską-Zarembę z Maciusiem czy kimś takim, ale nie jestem pewna czy warto, bo to wtórne jakieś chyba (przejrzałam tylko pobieżnie, więc mogę się mylić).

      Usuń
    8. Mnie nikt, brałem po kolei z półek w bibliotece, jak leci wszystko:) Jest parę klonów Karolka, muszę coś obczaić, bo będzie nieszczęście. Jakiś Mateuszek mi się obił o wzrok.

      Usuń
    9. Ja też brałam, ale Paddingtona jakoś nie mogłam. Ten Maciuś to też chyba właśnie klon, Mateuszka nie znam, ale myślę intensywnie czy to aby należy iść w klony, czy materiał się nam przez to nie zmęczy i nie znudzi?
      U mnie działają też Lasse i Maja, ale wszystko już przeczytane, psiakrew!

      Usuń
    10. Lasse też wyczytany. Lepiej iść w klony, niż nie czytać. Ja próbuję za każdym razem przemycić coś nieklonowatego, czasem się udaje.

      Usuń
    11. Zdecydowanie lepiej, zwłaszcza że nieczytania boimy się jak ognia:) Marzy mi się czas, kiedy nie trzeba będzie niczego przemycać, bo dziecko zacznie wybierać sobie samo, prychając z pogardą na rodzicielskie propozycje. Czemu my mogliśmy, a oni nie?

      Usuń
    12. Moje wybiera samo, prychając:P Ale kiedy wykończy to, co zna, pojawia się problem. Ja brałem cokolwiek, co mi się wydawało fajne, a ona stwierdza, że nie ma nic ciekawego i wychodzi:( Ten typ tak ma:P

      Usuń
    13. Nic mi nie mów; ostatnio zrobiłam w takiej sytuacji potężną awanturę w bibliotece, połączoną z chwyceniem za kaptur i wprowadzeniem z powrotem celem wybrania jakiejkolwiek książki. Wybrał, a po upływie obowiązkowego okresu obrażenia na mnie i książkę, nawet przeczytał, co świadczy wyłącznie o tym, że niekiedy pomóc może wyłącznie terror!

      Usuń
    14. Ja mógłbym ewentualnie chwycić za warkoczyki,ale nie chcę stracić w oczach pani bibliotekarki, która uważa mnie za subtelnego intelektualistę i dobrego ojca:PP Dłuższe targi zwykle dają jakiś efekt.

      Usuń
    15. No tak, ja nie muszę prężyć się przed paniami bibliotekarkami, a panów bibliotekarzy jakoś brak:( Inna sprawa, że jako matce dwóch małoletnich z dynamitem w tyłkach i decybelami w głosach, niewiele może mi już pomóc...

      Usuń
    16. Na moją korzyść działa przewaga ojca subtelnej królewny:P

      Usuń
    17. Niewątpliwie!:P Na szczęście Młodszy czasem okazuje litość nad Matką (bądź, jak kto woli, przejawia instynkt samozachowawczy) i trzepotnie długimi rzęsami raz i drugi, dzięki czemu nie wyrzucają nas z rozmaitych miejsc od razu, a dopiero po pewnym czasie. Dobre i to.

      Usuń
    18. Do tego celu u nas też służy Młodsza, wyobrażenie cherubinka:P

      Usuń
    19. To jawna niesprawiedliwość! Pozostaje mi liczyć na to, że nadejdzie taki dzień, gdy moc księżniczek osłabnie, a liczyć się będzie tylko bezrozumna siła!:P

      Usuń
    20. Cóż poradzę:P Korzystam, póki mogę, zanim zamienią się w rozwydrzone, pryszczate księżniczki:)

      Usuń
    21. Dziewczynki to raczej idą w histerię, nie zaś w rozwydrzenie, a pryszcze zamaskują korektorem. Tak czy siak, niewątpliwie będziesz musiał przerzucić impet na podkreślanie walorów własnych, a nie niewinnych dziatek. Wówczas ja - zaprawiona w bojach - zostawię Cię z tyłu co najmniej o trzy splunięcia na długość konia!:P

      Usuń
    22. Weź poprawkę na mój absolutny urok osobisty oraz fakt, że składam bibliotece dary książkowe:)

      Usuń
    23. Dary też składam; podejrzewam, że tylko dzięki temu jeszcze możemy przychodzić:( A jeśli - w ramach parytetów - zatrudnią mężczyznę (innego niż pana Kazia (l. 68) do przykręcania śrubek!), to Twój urok osobisty przy moim będzie niezauważalny!:PP

      Usuń
    24. Bibliotekarze to w 78 proc. bibliotekarki:) Marne szanse:P

      Usuń
    25. No tak. Ale już np. trenerzy dziecięcych drużyn piłki nożnej, to tak jakby w 100% młodzi, wysportowani mężczyźni:)) Trenerzy pływania także:)) I ci od aikido! I karate! Odkryłam właśnie niezmierzone morze możliwości!:PP

      Usuń
    26. Człowiek na dnie, aby nie zginąć, musi wspomóc się kreatywnością...

      Usuń
    27. Byle Ci się synowie na balet nie zapisali, bo wtedy mąż zechce ich wozić:)

      Usuń
    28. Balet nie przejdzie, pod tym względem czuję się absolutnie bezpiecznie:) Powinnam się chyba jednak zastanowić, czemu tak chętnie wozi Starszego na basen?

      Usuń
    29. Eee, na pewno ratownik jest miłym starszym panem z łysinką:P Chyba że równocześnie są zajęcia z aquaerobiku czy coś takiego:)

      Usuń
    30. To chyba raczej coś takiego. Swego czasu uczęszczałam na aquaerobik i robiłam za zdecydowanie najszczuplejszą z całego grona. A poza tym te dmuchane pasy, w które trzeba się przyodziać, zdecydowanie nie dodają uroku:P

      Usuń
    31. Ale szczupłe i wygimnastykowane panie instruktorki chyba bez pasów są, co?:P

      Usuń
    32. Od razu widać głęboką męską wspólnotę doświadczeń:) Starsza też na basen chodzi?

      Usuń
    33. Chodzimy rodzinnie i trafiamy co najwyżej na trening kadry juniorów okręgowych:P

      Usuń
    34. Skoro w Waszym gronie trzy kobiety (w tym dwie z kategorii juniorskiej właśnie) i jeden mężczyzna, to w sumie się nie dziwię. Oto uroki bycia w mniejszości:( Ja na tej samej zasadzie muszę tułać się po zlotach pojazdów wojskowych i wszelkich muzeach techniki.

      Usuń
  2. To ja już chyba dziecko innej epoki jestem, bo mnie "Hobbit" znudził od razu przy pierwszym czytaniu ;) A szata graficzna tej książki faktycznie makabryczna :O Dobrze, że jest jakaś alternatywa...

    "Uprzędziona" to jak najbardziej poprawna wersja, nie ma innej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wersji to w zasadzie pewnie nie ma już żadnej - kto dziś jeszcze używa tego słowa, do tego w takiej formie?:)
      Z powodu "Hobbita" w zasadzie nawet trochę mi smutno; nie lubię tak strącać z piedestału legend dzieciństwa. Pod tym względem jesteś więc w lepszej sytuacji.
      Kusi mnie, aby nabyć to wydanie z Muchomora i zrobić wersję porównawczą (tłumaczenia i ilustracji), ale rozsądek jak na razie stawia opór:)

      Usuń
    2. Momarto, czy czytałaś to wydanie "Hobbita", które widnieje na zdjęciu? Bo ja tak, i też się mocno wymęczyłam... a to chyba wina tłumaczenia ;-( Byłam już wprawdzie po lekturze "Władcy pierścieni", ale nie przyszło mi do głowy, że dostępny jest inny przekład niż Łozińskiego lub Skibniewskiej, i wzięłam tego "Hobbita" bezmyślnie. I miałam za swoje ;-(

      Usuń
    3. Tak, właśnie to wydanie czytałam (starannie dobierałam zdjęcie, jak widać:P). Myślisz, że to wina przekładu? Reklamowanego jako "zupełnie nowy przekład"? Hm...
      A próbowałaś potem wrócić do starej wersji? Łozińskiego nie zniosę, to wiem na pewno (Bilbo Bagosz jest ponad moje siły, podobnie zresztą jak Fredzia Phi Phi), ale może faktycznie warto byłoby sięgnąć po Skibniewską?

      Usuń
    4. Jestem niemal pewna. Gdy już skończyłam czytać, ktoś mi powiedział, że był nacisk na nowy przekład w związku z wprowadzeniem Hobbita do kanonu lektur szkolnych. Jak widać, nie wyszło to książce na dobre... :-/
      Nie próbowałam, ale na pewno kiedyś to zrobię. "Władcę" czytałam właśnie w przekładzie Łozińskiego (zgrzytając przy tym zębami, ale i tak czytanie poszło mi nieźle), i też chcę drugi raz w tłumaczeniu Skibniewskiej. Nawet szkoda, że nie zrobiłam tego od razu, ale znawcy poradzili mi na początek Łozińskiego.

      Usuń
    5. Aż poszłam sprawdzić, w jakim tłumaczeniu mam "Władcę" Uf, Skibniewska:))
      Szczerze powiedziawszy, średnio wierzę w ten "nacisk na nowy przekład". Jako lektury szkolne wszak najlepiej sprawdzają się wersje najtańsze, a najlepiej ograniczone wyłącznie do bryka. Po sugestiach ZWL obejrzałam sobie w księgarni parę lektur wydanych przez Grega - któż bawiłby się w zabawę z przekładem, gdy najważniejsze jest tylko to, co wytłuszczą na marginesach?

      Usuń
    6. Nie weryfikowałam tej informacji, sprzedaję jak kupiłam ;-). Hobbita czytałam (o ile dobrze pamiętam) w końcówce lat studenckich, czyli dobre 10 lat temu (jeśli nie więcej). Może wtedy wydawnictwa stosowały jednak trochę inną politykę wobec lektur?

      Usuń
    7. Może? W końcu, jak śpiewał Czerwony Tulipan, jedyne co mam, to złudzenia!:P

      Usuń
  3. U mnie Tolkien i pochodne jeszcze nie czytane, pewnie z tej racji, że ja nie przepadam. A Starszy w wyborze lektury zdaje się na mnie :-) Oczywiście pomijając Koszmarnego Karola i Cwaniaczka. Do biblioteki szkolnej też nie chce chodzić, bo jak twierdzi nie ma tam nic ciekawego. Czasem go tam na siłę zaciągam i sama wybieram, ale w sumie to nie mamy takiej potrzeby bo toniemy w stosach książek...
    "Mateuszek" może i ciekawy ale sam fakt, że jego młodszy brat nazywany jest przez niego "Głupkiem" - sprawia, że omijam te serię. Nawet nie wspominam o niej Starszemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ostrzeżenie przed "Mateuszkiem" - "głupek" dożywotnio go dyskwalifikuje!
      Ja owszem, przepadam, ale nie jest tak prosto wbrew pozorom znaleźć coś fajnego. Jak na razie rządzą klasycy sprzed wieku (Nesbit i MacDonald); może kiedy przeniesiemy się do wyższej grupy wiekowej, będzie trochę lepiej?
      Nasza biblioteka szkolna zaopatrzona znakomicie (z tego, na ile udało mi się zorientować), ale to może zasługa nietypowo awangardowej pani bibliotekarki?

      Usuń
    2. Nesbit to ja na razie sama czytam, bo czytanie na głos Starszemu już nie wchodzi w grę. On czeka w kolejce.. Ale jeszcze kazał mi czytać "Doktora Proktora ..." Jo Nesbo i staram się pogodzić te dwa światy :-)
      Zapomniałam dodać, że podobają mi się te 3 pierwsze zdania z twego wpisu. Mam tak samo...;-)

      Usuń
    3. Ja liczę na to, że Starszemu tak szybko wspólne czytanie się nie znudzi... Do "Doktora Proktora" coś nie mogę się przekonać, choć tak naprawdę nie mam pojęcia, co jest w środku.
      Pewnie że masz tak samo - w końcu była mowa o doborowym towarzystwie, nie?:P

      Usuń
  4. Mam w biblio wersję Muchomora, jeśli chcesz, to pchnę tą samą drogą co wiesz :D Ja na razie nie podchodziłem, a teraz to tym bardziej. Nie ma szybkiej ekszyn, to będą jęki. Choć o dziwo sterroryzowani "Pożyczalskimi" w nowej wersji, nie protestują. Póki co :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcę, chcę! Przy okazji, oczywiście:) Ale doprawdy, nie rozumiem, czemu: "teraz to tym bardziej", hę? No nie ma szybkiej ekszyn, ale daje radę, naprawdę. W porównaniu z "Hobbitem" (btw, w którym tłumaczeniu czytaliście?) akcja posuwa się w tempie błyskawicznym:P
      "Pożyczalskich" zostawiłam na czas następnych zakupów w Dwóch Siostrach, choć mam wahania, bo mnie w dzieciństwie jakoś nie zachwycili.

      Usuń
    2. Zobaczymy. "Hobbit" w tłumaczeniu pani Skibniewskiej, ale nawet to mu nie pomogło :) Skoro mówisz, że żwawsza, to może zanim poślemy, spróbujemy. Ale jeśli szansa na zassanie jest większa dopiero od szóstego rozdziału, to wieszczę lipę :(
      Ja w dzieciństwie "Pożyczalskich" nie czytałem, a książkę kupiłem sobie - dla ilustracji :D

      Usuń
    3. To wydanie Pożyczalskich jest faktycznie cudne plastycznie; też pewnie głównie z tego powodu pęknę (bo moja biblioteka jakoś nie uznaje zakupów w Dwóch Siostrach, niestety).
      Widzę, że jeśli chodzi o "Hobbita", chyba na razie pozostanę przy pierwotnym planie (tj. nieczytania dziecku). Ale koboldy przetestujcie, a nuż już w drugim rozdziale któreś z dzieci zachwyci się czarem i urokiem Irenki?:)

      Usuń
    4. Może gdyby Irenka miała kumpli z Lego Chiba albo chociaż chodziła do tej samej, niedzielnej szkółki co Lord Vader ... Ale dzielny jestem, więc spróbuję, tym bardziej, że muchomorowe ilustracje nie dają tak po oczach :D

      Usuń
    5. W tym kontekście niestety chiba marnie widzę szanse Irenki:P Bądźcie jednak dzielni i niech podczas lektury pierwszych rozdziałów moc będzie z Wami!

      Usuń